Ranking powieści „Star Wars” z nowego kanonu [aktualizacja po „Leia – Princess of Alderaan”]

Literacki kanon Star Wars w swojej nowej inkarnacji istnieje od września 2014 roku, czyli od premiery Nowego świtu Johna Jacksona Millera. Oprócz kilkunastu pozycji „dla dorosłych”, w skład aktualnego kontinuum odległej galaktyki wchodzi także całkiem sporo książek młodzieżowych. Jak na blisko trzy lata istnienia nowego książowego kanonu ogólny bilans absolutnie nie jest zły – i to nie tylko pod względem ilościowym. Moim skromnym zdaniem, jak dotąd nie tylko nie trafiła się żadna zła powieść (przynajmniej dla dorosłych), za to mamy parę naprawdę wyśmienitych; w zestawieniu z Expanded Universe, i mówię to z pełną mocą kogoś, kto przeczytał wszystko ze starego kanonu, nowe pozycje nie mają się czego wstydzić. Ba, są po prostu lepsze.

To powiedziawszy, prezentuję Wam mój skrajnie subiektywny ranking wszystkich dotychczas wydanych książek nowego kanonu, od najgorszej ze średnich, aż po najlepszą z najlepszych. Należy się słowo wyjaśnienia: czytam dosłownie każdą pozycję, jaka tylko wychodzi, wliczając w to także powieści młodzieżowe, stąd są one ujęte w rankingu. Nie zawiera on jedynie wszelkiego rodzaju adaptacji odcinków serialu Rebels i quasi-powieściowych pozycji dla absolutnie najmłodszych czytelników.

Na koniec wstępu jeszcze uwaga techniczna: wszystkie książki już wydane w Polsce są zaprezentowane z polskim tytułem. Te, które zapowiedziano, ale jeszcze ich nie ma w sprzedaży, także mają zachowany oryginalny tytuł. W przypadku książek, których tytułem jest imię postaci, informacja o braku polskiego wydania zawarta jest na końcu minirecenzji-opisu.

W dalszych częściach tego zestawienia znajdziecie wiele dowodów na to, że książki Star Wars przeznaczone dla zarówno młodszych, jak i starszych dzieci są całkiem niezłe… ale ta takim dowodem nie jest. Jest to za to najbardziej zaprawiona absurdem i nielogicznościami pozycja całego (!) nowego kanonu. Główny bohater trafia do Ruchu Oporu z kretyńskich powodów, nie mając pojęcia, czym jest Najwyższy Porządek, ani nawet jak wyglądają jego żołnierze. Potem on i grupka innych pożal-się-Mocy nastolatków przeżywa nudne i męczące przygody, wykonując dla Ruchu bezsensowne zadania. Może dzieciakom to się podoba, ale starszym fanom? Zdecydowanie nie.

Ta młodzieżowa książka to nic innego, jak przedstawienie wydarzeń Przebudzenia Mocy z punktu widzenia jego głównego bohatera. O ile jednak druga pozycja tego typu, wydana także w Polsce Historia Rey jest napisana tak, że posiada jakąś wartość dodatnią, to w tym wypadku tak nie jest. Nie ma żadnego powodu, by sięgać po tę książkę, absolutnie żadnego. Nawet ten najciekawszy fragment, krótki prolog poprzedzający film, to zaledwie skrócona wersja pewnego wydarzenia ukazanego w znacznie lepszej książce Before the Awakening.

Podobnie jak w przypadku Finn’s Story mamy tu do czynienia z książką, która ma jeden podstawowy problem – po prostu jej sens istnienia jako adaptacji jest zerowy. Pod niemal każdym względem jest gorsza od „dorosłej” wersji Alana Deana Fostera. Niczego nie wyjaśnia, jest pozbawiona większości humorystycznych dialogów i gagów z filmu (co niektórzy mogą jednak uznać za plus) i skrótowo przeskakuje ze sceny do sceny. Do plusów można zaliczyć wartkie tempo, a także kilka nowych scenek, w tym pierwsze spotkanie Poe i Rey. Poza tym jednak, jeśli nie jesteśmy młodzieżą w wieku do 12 lat, raczej nic tu ciekawego dla siebie nie znajdziemy.

Po Przebudzeniu Mocy kapitan Phasma miała być nową ulubienicą fanów – jak się skończyło, wiemy wszyscy. Autorka co prawda zrehabilitowała panią kapitan, ale przy tym przedstawiła ją jako dwuwymiarową postać, wrzucając w bardzo oklepaną fabułę opartą na najbardziej wyświechtanych pomysłach z historii z gatunku… postapo. Tak, choć trudno w to uwierzyć, Phasma jest pierwszą w historii Star Wars książką postapo. I to, że ma świetny postapokaliptyczno-gwiezdnowojenny klimat tak naprawdę w głównej mierze ją ratuje. Moją pełną recenzję Phasmy znajdziecie pod tym linkiem. Książka jeszcze nie ukazała się w Polsce.

Dość ciekawy przypadek – oto książka, która została napisana jako część trylogii Empire and Rebellion z Expanded Universe, a która w ostateczności doczekała się premiery w nowym kanonie. Jest to powieść wybitnie średnia, w zasadzie o niczym, z paroma solidnymi nagięciami w sferze tego, co w Star Wars jest możliwe (Interdictor zniszczony przez jednego X-winga, i to pilotowanego przez Luke’a? Naprawdę?) i pierwszą, jak się okazuje, kanoniczną dziewczyną Luke’a Skywalkera w roli wspierającej. W miarę przyjemna lektura, przy czym szybko się ją czyta i jeszcze szybciej zapomina.

Znany z dość specyficznej, by rzec delikatnie, książki Spotkanie na Mimban, która de facto rozpoczęła stare Expanded Universe, Alan Dean Foster wykonał tu typowo rzemieślniczą robotę. To i owo dodał (jest kilka nowych informacji o stanie galaktyki, szczególnie na pierwszych stronach powieści), to i owo zmienił (zasada działania bazy Starkiller jest zupełnie inna i wyjaśnia, czemu wszyscy w galaktyce jednocześnie widzą zniszczenie Hosnian Prime), ale do poziomu Matthew Stovera nie sięgnął nawet w jednej setnej. Adaptacja Epizodu VII jest stosunkowo solidna i… to w zasadzie wszystko, co można o niej powiedzieć.

Czas na kontrowersyjną opinię. Otóż nie uważam powieści Chucka Wendiga za słabą powieść. Owszem, jest na tym, a nie innym miejscu listy, ale według wielu jej krytyków (także w naszej redakcji) powinna być na samym początku. Dlaczego nie jest? Bo polubiłem postacie w niej występujące. Temmin, jego kuriozalny droid „Bones”, ex-oficer lojalnościowy Sinjir, Jas Emari, czy wreszcie admirał Sloane – zapamiętałem ich z sympatią, a w Star Wars o to przecież chodzi. Bardzo ciekawe są też wstawki z tzw. szerszej galaktyki. Jedyny większy ból stanowił fakt, że przedstawieni w książce Imperialni to, z wyjątkiem admirał, banda krzykliwych idiotów, a wybór Akivy jako miejsca konferencji to szczyt kretynizmu.

Ryder Windham to jeden z tych młodzieżowych i przewodnikowych pisarzy, którzy mieli Expanded Universe w małym palcu, a teraz z powodzeniem rozbijają się po nowym kanonie. Ezra’s Gamble to szybka i zabawna książka przygodowa, będąca bezpośrednim prequelem pierwszego odcinka serialu Rebels – jej akcja kończy się tam, gdzie zaczyna się serial. Fabuła jest może nieskomplikowana, za to sporo w niej zwrotów akcji, a dialogi… tak, ta powiastka zdecydowanie stoi dialogami między Ezrą a Bosskiem. Zgrzyta mi jedynie to, jak niską wartość mają tu kredyty… Astronomiczne 500 kredytów za pokazanie komuś drogi? Aż ciężko w to uwierzyć.

Wspominałem o tej książce przy okazji oceniania pozycji Finn’s Story. I tak jak pisałem, choć idea jest ta sama – pokazać Przebudzenie Mocy oczami jednej postaci – to wykonanie jest o niebo lepsze. Nie ma tu słownych fajerwerków, długich opisów i wielu scen pozafilmowych – ale za to, gdy już się pojawiają, całkiem dużo mówią o Rey i objaśniają między innymi jej przeróżne umiejętności, od pilotażu po znajomość obcych języków. To sprawnie napisana książeczka dla zdecydowanie młodszych fanów, ale jak na swój target robi zaskakująco dobre wrażenie także na dorosłych.

Trylogia młodzieżowych powieści o Wielkiej Trójce (Ucieczka szmuglerów, Ruchomy cel oraz Miecz Jedi) występujących pod mianem W oczekiwaniu na Przebudzenie Mocy tak naprawdę z Przebudzeniem Mocy ma tyle wspólnego, co X-wing z Gwiazdą Śmierci, tym niemniej pozycje te czyta się całkiem przyjemnie. Są dobrze napisane, nie nudzą i pokazują coś nietypowego w historii Hana, Luke’a i Leii. Najlepszą z tej trójki jest historia o księżniczce, w wiarygodny sposób pokazująca trudy i poświęcenia członków Rebelii. Bardzo miły bonus: z książki dowiadujemy się, jak (kanonicznie) zdobyto słynny prom „Tydirium”.

Naprawdę chciałem pokochać tą książkę. Naprawdę. Ale mimo, że napisał ją John Jackson Miller znany ze prześwietnego Kenobiego (że nie wspomnę o komiksowych Rycerzach Starej Republiki), a do tego występuje tu w roli głównej moja ulubiona postać z Rebels, Hera Syndulla, jakoś nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sporo elementów tej książki zgrzyta. Jest humor, jest fajna relacja Hera-Kanan, która niestety nie jest tak dobrze zarysowana w serialu, są ciekawe postaci – choćby hrabia Denetrius Vidian, czy wspomniana przy innej okazji Rae Sloane (jeszcze w randze kapitana) – ale fabuła mnie nie porwała. Potencjał był dużo większy. Ale to tylko moja opinia, warto też poczytać, co o książce myśli Cathia.

Prawdę mówiąc, mógłbym tu żywcem przekopiować swoją opinię z Nowego świtu, bo Ahsoka jest niemal identycznym przypadkiem – ogromny potencjał, z którego nie urodziło się nic szczególnie wielkiego. Nie zrozumcie mnie źle, powieść jest dobrze napisana, główna bohaterka zaprezentowana jest doskonale, widzimy od podszewki nowy rodzaj imperialnej rabunkowej eksploatacji surowców (jak widać, wątek ten pojawia się w nowym kanonie zastanawiająco często), jednak historii brakuje polotu, a o postaciach drugoplanowych zapomina się niemal od razu. Książka jeszcze nie ukazała się w Polsce.

Ta seria króciutkich książeczek dla dzieci (w Polsce ukazały się na razie tylko dwa pierwsze tomy), które można przeczytać w godzinę, sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Są to proste historyjki, ale z zaskakująco nieirytującymi dziecięcymi bohaterami i równie zaskakująco sensowną fabułą. W odróżnieniu od chociażby Join the Resistance, przygody Milo i Liny Grafów są ciekawe, zabawne i mieszczą się w granicach wewnętrznej logiki Star Wars. I chociaż arcywróg rodzeństwa Grafów, kapitan Korda, daje się ciągle ogrywać dzieciarni, to nie wypada przy tym jak ostatni idiota. Plusem serii są też liczne biało-czarne ilustracje, ukazujące przeróżne sceny z książek.

Stworzona na podstawie jednego z najgorszych odcinków Rebels w historii, tetralogia ta jest dowodem, że potencjał tli się nawet w czymś, co wydaje się zupełnie niegodne naszej uwagi. Historia o zmaganiach Zare’a Leonisa i Merei Spanjaf z Imperium jest fascynującą podróżą w świat imperialnych metod szkoleniowych, indoktrynacji, zbrodni i łupienia zasobów planetarnych, a do tego nadzwyczaj udanym dopełnieniem serialu. Seria może jest młodzieżowa, ale biorąc pod uwagę jej treść, jak najbardziej zasługuje na uwagę także ze strony dorosłych fanów.

Momentami miałem ochotę rzucić w kąt słuchawki, w których leciała audiobookowa wersja tej powieści, tak bardzo mnie irytowały sceny z gatunku „Jak można być tak tępym, by tego nie zauważyć?!” Z drugiej jednak strony to niesamowicie wciągająca i niezwykle wiarygodna opowieść miłosna (tak, miłosna!) o Quinlanie Vosie i Asajj Ventress, pełna zwrotów akcji, elementów z gwiezdnowojennego półświatka, z nieco zaskakującym zakończeniem. Dość rzec, że po lekturze Mrocznego ucznia troszeczkę polubiłem tą ostatnią – a, wierzcie mi, to dotąd była to jedna z najbardziej nielubianych przeze mnie postaci w Star Wars.

Po wielce udanym Długu życia liczyłem na jeszcze lepsze zwieńczenie trylogii Aftermath… i nieco się przeliczyłem. Empire’s End należy się ogromny plus za znakomicie zobrazowaną bitwę o Jakku, dokładne nakreślenie przyczyn tak szybkiego upadku Imperium (wyjaśnia się kilka istotnych tajemnic) i fantastyczną gorzko-słodką końcówkę. Ale jest tu też sporo mielizn, nadmiernie rozciągniętych, a niekiedy wręcz niepotrzebnych wątków, szczególnie z udziałem łowców nagród, Niimy Hutt i polityków Nowej Republiki, których autor trochę przesadnie pokazuje z najgorszych stron. Za to wreszcie Imperialni zostali w miarę sensownie pokazani, chociaż po Rae Sloane, jak i po całym Empire’s End, spodziewałem się nieco więcej.

Prequelowa opowieść o Chirrucie Îmwe i Bazie Malbusie pokazuje przede wszystkim ich podejście do imperialnej okupacji Jedhy oraz relację z Sawem Gerrerą. Książka znakomicie pogłębia rys psychologiczny tej dwójki charyzmatycznych postaci, poza jest napisana na naprawdę dobrym poziomie. Autorowi doskonale udało się oddać przekomarzanie się dwójki przyjaciół; jeśli szukacie humoru w stylu Łotra 1 w ich wykonaniu, to tutaj znajdziecie go w dużych dawkach. Powiedziałbym, że największym problemem Guardians of the Whills jest niczym niezaskakująca i stosunkowo prosta fabuła, chociaż mnie akurat ta swoista skromność przypadła do gustu.

Nowy kanon może jeszcze nie do końca okrzepł, ale jednego nie można mu odmówić – szerokich poszukiwań oryginalności. Choć powieść o „przygodach” Dartha Vadera i Imperatora Palpatine’a ściganych przez wrogów na wrogiej, a jakże, planecie brzmi kompletnie niedorzecznie, to jakimś cudem działa. I na dokładkę czyta się bardzo dobrze! Mimo, że jest oczywistym, że dwójki tytułowych Lordów Sithów nikt nie zabije, to są momenty w tej książce, gdzie gorąco kibicujemy Twi’lekom, by osiągnęli swój cel. Niewątpliwą zachętą do przeczytania tej pozycji powinna być postać ojca Hery, Chama Syndulli, przewijającego się przez seriale animowane, od The Clone Wars po Rebels.

Ta książeczka o przydługim tytule to pierwsza antologia nowego kanonu, o mieszkańcach zamku Maz Kanaty i osady Niima, swego rodzaju współczesna wersja Opowieści z Pałacu Jabby i kantyny Mos Eisley – tyle, że krótka i skrojona pod nieco młodszego czytelnika. Mimo to jest fantastyczna i niesłychanie świeża. Każde z opowiadań ma jakiś mniej lub bardziej zaskakujący „twist”, a większość czyta się z wielką przyjemnością i wrażeniem, że świat nowego kanonu wcale nie jest mniej barwy od świata starego.

Gdy mowa o Star Wars, nigdy, przenigdy nie sugerujcie się faktem, że na książce napisane jest, że to niby pozycja przeznaczona dla młodzieży. Rebel Rising to jedna z najbardziej dołujących i smutnych powieści nowego kanonu – opowieść o tym, jak bardzo życie dało w kość Jyn Erso (śledzimy jej losy od tragedii na Lah’mu aż po dotarcie na Yavin IV). Co jest zarazem zaletą, jak i wadą książki. Cierpimy wraz z Jyn i zarazem buntujemy się, że tak musi być, szczególnie, że znamy jej ostateczny, tragiczny los. Książka mocna, świetnie pokazuje Saw Gerrerę i ciemne strony Rebelii, chociaż nie da się ukryć, że fabularnie rzadko czymkolwiek zaskakuje i bez trudu będziemy w stanie przewidzieć każdy kolejny zwrot akcji.

Książka zdecydowanie lepsza, niż pierwsza część. Jest w niej wiele dobrego: drużyna Norry Wexley (Sinjir Rath Velus absolutnie rządzi!), wielka admirał Rae Sloane, wątki polityczne, wreszcie sytuacja galaktyczna, której zaprezentowanie jest teraz, po premierze Epizodu VII, znacznie szersze i ciekawsze. To pierwsza książka Star Wars, gdzie czytamy o wydarzeniach naprawdę dużej skali. Pod względem fabuły, postaci, intryg i tego wszystkiego, co nazwę gwiezdnowojennością, Dług życia jest całkiem niezły, a momentami świetny. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami, Imperialni wciąż są pokazani jak banda zapatrzonych w siebie, megalomańskich kretynów.

Jakoś tak dziwnie się składa, że obie książki związane z grami Battlefront są jedna pod drugą. Pierwsza z nich, ta nieco gorsza, znakomicie przybliża nam imperialny punkt widzenia Galaktycznej Wojny Domowej i jest znakomitym wstępem do kampanii fabularnej Battlefronta II. Świetnie rozpisani bohaterowie, czy raczej antybohaterowie – bo z jednej strony dostajemy twardogłowych Imperialnych, a z drugiej terrorystów – są bez dwóch zdań największą siłą Inferno Squad, natomiast największą wagą jest powszechny brak logiki. Moją pełną recenzję Inferno Squad znajdziecie pod tym linkiem.

Kolejny doskonały przykład tego, że twórcy nowej gwiezdnowojennej literatury lubią odchodzić od zwyczajowych schematów i podejmują ryzyko. Tym ryzykiem jest znakomita, choć rozpoczynająca się nieco ociężale, powieść wojenna o zwykłych, szeregowych żołnierzach Rebelii. Jej bohaterami są wyłącznie nowe, pełne wątpliwości postacie, zmagające się z bitwami, których w filmach nie znajdziemy (z wyjątkiem tej o Hoth). Jest to krwawa, mocna książka, po części demitologizująca „bojowników o wolność waszą i naszą”, po części urealniająca odległą galaktykę.

Trzecia książka błyskotliwej Claudii Gray i trzeci wielki sukces – choć nie aż tak wielki, jak dwie poprzednie pozycje. Powieść znakomicie ukazuje rozterki nastoletniej Lei, a także to, jak zaangażowała się w rebelię przeciwko Imperium. Szczególnie spodobał mi się fakt, że księżniczka zrobiła to na przekór swoim rodzicom; taka rebelia przeciwko rebeliantom. Swoje pięć minut chwały dostają dwie inne bohaterki: królowa Breha Organa, dotąd zupełnie nieobecna w Star Wars, a także Amilyn Holdo, niesamowicie oryginalna przyszła wice admirał Ruchu Oporu z Ostatniego Jedi. A czemu „tylko” dziewiątka? Ze względu na niepotrzebny i ślamazarnie poprowadzony wątek romansowy oraz nieco karykaturalne ukazanie Imperium.

Najlepsza z pozycji wydanych w ramach serii W oczekiwaniu na Przebudzenie Mocy. O jej zaletach często i gęsto rozpisywała się nasza Taraissu, a ja dodam od siebie, że to kawał dobrych, gwiezdnowojennych opowieści. Każda z trójki postaci, Rey, Finn i Poe, zyskuje dodatkową warstwę, pozwalającą na łatwiejsze zrozumienie wszystkiego, co robią potem w czasie Przebudzenia Mocy – w szczególności tyczy się to naszego czarnoskórego szturmowca i jego decyzji o dezercji. Poza tym żadna inna książka tak dobrze nie tłumaczy, czemu Rey zna się na mechanice i pilotowaniu statków. Zaręczam, że oglądanie filmu po przeczytaniu tej mini antologii jest o wiele, wiele przyjemniejsze.

Nasze trzy swexowe recenzje tej książki były tak skrajne, że aż zdumiewające w swej skrajności. Ja jednak stoję zdecydowanie bliżej pozycji Caedusa, ale przede wszystkim Cathii i jej opinii, że to jedna z lepszych powieści nowego kanonu. Co za tym stoi? Oprócz znakomicie rozpisanej postaci wielkiego moffa, także niezwykły talent Jamesa Luceno do ukazywania politycznych aspektów odległej galaktyki i wiązania ze sobą różnych pozornie niezwiązanych elementów. Tarkin jest niewiele gorszy od wcześniejszych, znakomitych dzieł tego pisarza, jak Labirynt zła czy Maska kłamstw, choć oczywiście nie jest to poziom jego magnum opus, Dartha Plagueisa.

Gdy tylko usłyszałem, kto otrzymał zadanie napisania adaptacji książkowej Łotra 1, wiedziałem, że film będzie – tak, jak zapowiadano – brutalniejszy i bardziej wojenny, niż przygodowy. Co więcej, wiedziałem też, że Alexander Freed napisze ją dobrze. Nie spodziewałem się jednak, że zrobi to aż tak dobrze! Ta książka to adaptacja-marzenie, dokładnie to, czym powinna być adaptacja. Wyjaśnia niejasności, dodaje sporo nowych scen, ale przede wszystkim wchodzi w głowy postaci do tego stopnia, że nie ma żadnych wątpliwości, co do ich motywacji, zachowania i czynów. Więcej takich adaptacji, poproszę!

Moją pełną recenzję Thrawna znajdziecie pod tym linkiem. A w skrócie? Moje oczekiwania wobec tej książki, jak i pewnie oczekiwania większości fanów, były ogromne. I Timothy Zahn całkowicie jest spełnił. Thrawn to świetna powieść, z niezwykle intrygującą historią, dobrze rozpisanymi intrygami polityczno-militarnymi oraz znakomitymi postaciami z perfekcyjnie ukazanym Thrawnem na czele, ale też równie dobrze rozpisanymi Eli Vanto (jego adiutantem), a także Arihndą Pryce. Podobnie jak opisany na następnym miejscu Katalizator, nie jest to książka o wielkich wydarzeniach, z wielkimi bitwami i wylewającą się zewsząd epickością, ale nie zmienia to faktu, że Thrawn jest jedną z najlepszych pozycji nowego kanonu. Książka jeszcze nie ukazała się w Polsce.

Kolejna znakomita książka Luceno, która jest swego rodzaju wstępem do filmu. To dzięki niej – dopiero dzięki niej, wstyd się przyznać – wpadłem w pełen „hype” na Łotra 1. Nie ma w tym przypadku najmniejszej wątpliwości, ponieważ to powieść świetnie napisana, która nie mogłaby nam lepiej przybliżyć postaci Galena i Lyry Erso oraz Orsona Krennica. W odróżnieniu od wielu, by nie rzec: wszystkich, książek Star Wars, jest tu bardzo niewiele akcji utożsamianej zwyczajowo z odległa galaktyką; mało bitew, mało walk, za to mnóstwo dialogów, nieco polityki, sporo intryg, a nawet wątków szpiegowskich. Całość sprawia wprost fantastyczne wrażenie i jest doskonałym, choć może nieszczególnie istotnym, dodatkiem do Łotra 1.

Księżniczka Leia, intrygi polityczne Galaktycznego Senatu i spiski antyrepublikańskie – tym są właśnie Więzy krwi, pozycja druga w moim osobistym rankingu nowego kanonu. Powieść Claudii Gray, jak wspomniany Tarkin czy Thrawn, jest najlepszym dowodem na to, że da się stworzyć gwiezdnowojenne dzieło z idealną mieszanką polityki, akcji i przygody. Co więcej, Więzy krwi, jako książka umiejscowiona na sześć lat przed wydarzeniami Epizodu VII, stanowi bardzo ciekawy doń wstęp, ukazując zarówno zadziwiająco realistyczną dekadencję Nowej Republiki, jak i początki ujawniania się sił związanych z Najwyższym Porządkiem.

The best of the best to powieść niby młodzieżowa (główni bohaterowie są młodzi i osią historii jest ich miłość do siebie, ergo: młodzieżowa), jednak w rzeczywistości porusza wszelkie możliwe „dorosłe” tematy i jest przy tym absolutnie znakomita. W perfekcyjny sposób przybliża nam funkcjonowanie Imperium na poziomie osobistych doświadczeń służących mu oficerów; postacie są tak skonstruowane, że ani na moment nie wątpimy w ich motywacje i sens rozumowania, nawet, gdy muszą przed sobą usprawiedliwiać imperialne zbrodnie, ze zniszczeniem Alderaana na czele. Poza tym, Utracone gwiazdy to świetna historia, może pod pewnymi względami oklepana, ale zrealizowana w błyskotliwy, wspaniały sposób. To bez dwóch zdań najlepsze, co powstało w ramach nowego kanonu, nie licząc filmów, Przebudzenia Mocy i Łotra 1.

Podsumowanie

Jak sami widzicie, na mojej liście niepodzielnie rządzi i dzieli jedna osoba: niezrównana Claudia Gray. Jej dwie pierwsze książki to najjaśniejsze punkty na niewielkim, bo i istniejącym krótko firmamencie nowego kanonu Star Wars. Warto znać to nazwisko, ponieważ Gray wyrasta na nowy odpowiednik Timothy’ego Zahna czy Jamesa Luceno, obu równie wysoko umiejscowionych na liście. Jak już wspominałem, ogólny bilans nowej gwiezdnowojennej literatury jest niezwykle korzystny; jeśli przypatrzycie się moim ocenom, to zauważycie, że wśród wszystkich wyżej wymienionych pozycji są tylko dwie z jednoznacznie negatywnymi ocenami (czyli 3/10) i cztery ze średnimi (od 5 do 6/10) – resztę książek mogę określić albo mianem dobrych albo bardzo dobrych. Rzecz jasna, oceny te są skrajnie subiektywne i wiem chociażby po opiniach w naszej redakcji, że niektóre z wyżej wymienionych powieści przyjęto chłodno; część, jak Koniec i początek czy Tarkin, wręcz lodowato. U mnie chłodu, jak wyraźnie widać, raczej nie znajdziecie.

A jak wyglądałby Wasz ranking przeczytanych książek? Podzielcie się w komentarzach swoimi rankingami, nawet jeśli zawierają tylko parę pozycji.

Share on Facebook43Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Nie wszystko czytałem, i z wieloma opiniami się nie zgodzę, ale generalnie lista fajnie pokazuje które książki są wybitnie słabe, a które jeszcze dadzą radę… Można się kłócić, czy książka ma mieć 6 na 10 czy 7/10, ale generalnie jak ma 4/10 to lepiej nie brać… 🙂

  • Taraissu

    Staram się być w na bieżąco z lekturami SW od początku powstawania Nowego Kanonu (choć ostatnio brakuje mi trochę na to czasu). Do tej pory głównie czytałam wydania polskie, ale zostałam niedawno szczęśliwym posiadaczem czytnika ebooków, więc coraz częściej wybieram oryginalną wersję językową. Z tego powodu wracam do niektórych pozycji, dlatego mój ranking jest ciągle w ruchu. Książką, którą się bardzo męczyłam (czytałam kilka tygodni) była Battlefront: Kompania Zmierzch – Alexandra Freeda i do niedawna dawałam jej bardzo niskie noty. Jednak po przeczytaniu adaptacji książkowej Łotra 1 (w wykonaniu tego samego autora) zdecydowałam się na drugie podejście. Wszystko dlatego, że zaczęłam przypuszczać, że na mój negatywny odbiór mogło wpłynąć polskie wydanie oraz stylistyka, która wydawała się nie pasować do SW. Jednak po Rogue One patrzę na tę druga kwestię nieco inaczej, dlatego „Zmierzch” dostanie drugą szansę.

  • Chomik

    Bardzo ciekawie się czytało.Nie zawsze się zgadzam,mnie się akurat Koniec i początek średnio czytało
    (Oczywiście, łowczyni nagród musiała być na Endorze ! Bo jakżeby inaczej! Połowa bohaterów nowych książek chowała się tam po krzakach i głaskała Ewoki.).Vader i Imperator walczący z czymś w rodzaju mamusi Obcego też średnio..Utracone gwiazdy były fajne.Catalyst : muszę!

  • Niedługo opinia o „Łotrze 1” Freeda, tymczasem wypada mi coś dodać (oprócz ponownego podkreślenia kompletnej nieobiektywności tego rankingu). Jeśli uważacie powyższe oceny, a zwłaszcza książek z oceną niższą od 7/10, za zawyżone, spokojnie możecie im odjąć z 1-2 punkty. Mógłbym je niżej ocenić, szczególnie w świetle naprawdę świetnych pozycji w czołówce, ale nawet tam, gdzie w nowym kanonie jest średnio, w „Dziedzicu Jedi”, w młodzieżowym „Przebudzeniu” etc, nawet w ułamku nie jest tak źle, jak w najgorszych pozycjach starego Expanded Universe. Nic nie przebije absolutnych gniotów pokroju „Kryształowej gwiazdy” czy „Dzieci Jedi”.

    Porównując najgorsze pozycje nowego kanonu z najgorszymi starego… No, sorry, żadna nie zasługuje na mniej, niż 5/10, po prostu nie. Teraz książki Star Wars piszą ludzie, którzy nawet jeśli nie potrafią wymyślić dobrej fabuły, ciekawych postaci i nie piszą jakoś wybitnie, to i tak reprezentują pewien określony poziom. W przeszłości tak nie było, zarówno na początku (wspomniane wyżej pozycje), jak i na końcu (fatalne „Crucible” i momentami zahaczająca o żałość końcówka „Przeznaczenia Jedi”).

    • Cathia

      Nadiru, nie mów „hop”. Wprawdzie w starym kanonie gnioty dostaliśmy dosyć szybko, ale i tutaj jest parę pozycji… dyskusyjnych…

      Ciekawa jestem, gdzie wrzucisz „Łotra” – u mnie krąży w okolicy Luceno, ale nie wykluczam, że jestem nieobiektywna… 😉

      • Wszystko, co ma „Przebudzenie” w tytule, perhaps? 😀

        Nie mówię hop, ale na razie nic takiego, chwalmy Moc, się nie pojawiło. Nawiasem mówiąc, jak tylko uporam się z pewnymi zaległościami na froncie swexowym, zabieram się identyczny ranking komiksów, a tam już będzie nieco więcej narzekania, jak sądzę.

        Spoilerowo powiem, że „Łotr 1” dostanie u mnie 9/10, ale już nie powiem, czy nad, czy pod „Tarkinem” 😉

  • M.T.

    „Lordowie Sithów” – 6/10. Ogromne oczekiwania miałem co do tego tytułu, które niestety nie zostały spełnione. Autor wolał poświęcić więcej uwagi konfrontacjom naszych Sithów z fauną Ryloth niż ich psychice i relacjom, przez co wyszło trochę płytko. Rozumiem, że ukazanie potęgi Imperatora i jego ucznia(choć momentami odczuwałem lekką przesadę) jest na pewno łatwiejsze niż wejść w głowę Vadera, ale na miejscu autora postawiłbym sobie pytanie, czy jestem odpowiednią osobą, by brać na siebie taki wysiłek. Co do pozostałych wątków i bohaterów nie mam zastrzeżeń.

    „Tarkin” – 7,5/10. Druga powieść nowego kanonu po jaką sięgnąłem. Uważam, że Luceno świetnie ukazał drogę, jakę przebył Tarkin, by stać się tym, kogo widzimy w epizodzie IV. Niejako uczłowieczył tę postać. Ogromne wrażenie zrobiło na mnie kształtowanie się jego relacji z Vaderem. Autora należy także docenić za „kanonizowanie” pewnych elementów legend.

    „Dziedzic Jedi” – 6/10. W przypadku tej książki podzielam zdanie Nadiru Radeny. Przeciętniak, którego czyta się bardzo szybko, jednak nie wnosi zupełnie nic do kanonu. No może poza tajemniczym stworzeniami z księżyca Fex, które chciałbym jeszcze gdzieś ponownie zobaczyć.

    „Battlefront: Kompania Zmierzch – 8/10. W końcu powieść, która skupia się na tych, których poświęcenia zazwyczaj nie widać. Szeregowi rebelianci z bezimiennego mięsa armatniego stali się centralnymi bohaterami. Cieszę się, że trend ten jest coraz bardziej popularny w uniwersum. Ostatnia bitwa tytułowej kompanii lekko mnie rozczarowała(liczyłem na zwycięstwo imperialnych) ale i tak nie jest źle. Lekkie pióro autora pozwala szybko przebrnąć przez tę dość obszerną jak na realia gwiezdnowojenne powieść. Mam nadzieję, że to nie ostatni występ Alexandra Freeda w „Gwiezdnych wojnach”

    „Utracone gwiazdy” – 9/10. Zdecydowanie mój faworyt, jeśli chodzi o obecny kanon. Już dawno nie czułem tylu emocji podczas czytania książki osadzonej w uniwersum. Do ostatniej strony miałem nadzieję, że bohaterowie odrzucą na bok swoje przekonania i skupią się przede wszystkim na wzajemnym uczuciu. Razem z Thanem czułem bezradność w stosunku do postawy wybranki, Cienie zaś życzyłem, żeby w końcu dokonała słusznego wyboru. Niestety, moje życzenia się nie spełniły. I dobrze, bo dzięki temu przeczytałem niestandardową powieść, jak na realia „Star Wars”. Bardziej dojrzałą niż wiele „dorosłych”. Dziwi mnie sklasyfikowanie jej jako „młodzieżówki”,

  • Zakrza

    Serio?! Nowy kanon jest lepszy niż EU?!

    Najlepszej książce dałbym z 7/10 (Lordowie Sithów), najsłabszej (Koniec i początek) z 3/10.

    • To tylko moja osobista opinia 😉 Chociaż nie wzięła się znikąd – przeczytałem wszystko ze starego kanonu, za wyjątkiem pewnej części młodzieżówek. Sporo zależy od tego, co się preferuje. Literatura nowego kanonu w głównej mierze rozwija elementy serialowo-filmowe i pokazuje wydarzenia, które po prostu nie mają wielkiego rozmachu i epickości. Oprócz tego, nie koncentruje się na Mocy, Jedi i Sithach. Mnie się to bardzo podoba, te wszystkie intrygi, knucie, rozmyślania i interakcje interpersonalne, bez udziału Mocowładnych, ale rozumiem, że inni mogą mieć z tym problem.

      Może nawet fakt, że tak dobrze znam EU jest powodem, dla którego nowy kanon tak mi podchodzi 😉 Jak sobie przypomnę cykl „Fate of the Jedi” i jego kretyński finał, napakowany bezsensowną sieczką i niekończącymi się wybuchami, to czuję tylko ulgę, że nie dostaniemy więcej tego rodzaju crapu…

      • Zakrza

        No właśnie w tym problem, że nowy kanon nie rozwija kompletnie nic! Przeczytałem wszystko co wyszło po polsku do października zeszłego roku i te powieści nic nie wnoszą.

        • To zdaje się, że nie zgodzimy się co do definicji „rozwoju elementów serialowo-filmowych” (bo dokładnie tak to ująłem) i wnoszenia czegoś do uniwersum. Dla mnie to rozwinięcie znanych postaci (jak Thrawn, Tarkin, Ahsoka i inni), a także rozbudowa uniwersum wokół planet i zdarzeń z seriali i książek. Takie dopełnianie luk i zarazem dobudowywanie „tła”. Rozumiem, że może się nie podobać fakt, że jest mało książek w rodzaju „Końca i początku” czy dawnej literatury post-Powrót Jedi, gdzie mamy do czynienia z nowymi postaciami i nowymi wydarzeniami, ale książki w rodzaju tych, o których ja mówię są moim zdaniem naprawdę dobre.

          • Zakrza

            Disney poszedł w tę stronę, że są filmy, a cała reszta to ich ubogi krewny. Do tej pory najważniejszym wydarzeniem w książkach/komiksach było pokazanie skąd C3PO wziął czerwoną rękę. Może ta trylogia Wendinga coś wniesie, ale poziom pierwszej książki jest żałosny.

  • mkn

    Ezra’s Gamble aż 7/10?! Phasma tylko 5,5 czyli tyle samo co totalnie beznadziejny Dziedzic Jedi?! No i czemu Tarkin tak wysoko – 9/10?! Nie, nie i jeszcze raz nie!!! 😛

    • Tak jakoś wyszło 😉 A tak serio, jak już mówiłem przy okazji innego komentarza, gdybym nie był fanem kina postapo i nie znał tego gatunku na wylot, być może „Phasmę” oceniłbym wyżej. Ale ta książka pojechała po wszystkich schematach tak bardzo, jak swego czasu „Szturmowcy śmierci” po zombiackich schematach. Co chwila ziewałem i przewracałem oczami. No i jeszcze to powoooolne tempo akcji w pierwszej połowie książki. Ale wszystko to jest w recce, więc się nie będę powtarzał.

      Co do Ezry, po prostu spodobała mi się ta historyjka, ot co. Zabawna, szybka, chociaż oczywiście głupawa. A „Tarkin”… oj, tutaj są tak zdania podzielone, jak przy żadnej innej książce nowego kanonu. Dla mnie był świetny, dla Cathii też, ale w redakcji mamy np. Yako, który kompletnie ją znielubił.

      • mkn

        Czytałem recenzję Phasmy 🙂 Nie znam dobrze postapo, ale pewnie masz rację z tą wtórnością, która może skutecznie zabić przyjemność z czytania. Dla mnie jest to jedna z najbardziej wciągających książek z obecnego kanonu, wraz z komiksem zupełnie „naprawia” postać Phasmy i do tego dokłada kolejne ważne cegiełki z okresu pomiędzy ROTJ a TFA, więc oceniam ją wysoko, ale spoko, przecież każdy ma swój własny gust, tak tylko zażartowałem z tymi ocenami 😉