Ranking komiksów „Star Wars” z nowego kanonu

Pierwszy w historii komiks Star Wars zadebiutował jeszcze przed premierą Nowej nadziei, 12 kwietnia 1977 roku, zeszytem, który rozpoczął sześcioczęściową adaptację rzeczonego filmu. Komiks zwał się Star Wars 1, powstał pod egidą legendarnego Marvela i, jak przystało na swoistą powtarzalność ziemskiej historii, blisko trzydzieści osiem lat później ten sam Marvel, doczekawszy się przejęcia licencji od Dark Horse Comics, wydał  komiks o znajomej nazwie Star Wars 1. W tym momencie narodził się komiksowy nowy kanon Star Wars.

Podobnie jak to ma miejsce w przypadku książek, czytam wszystko, co tylko pojawia się na amerykańskim rynku historii obrazkowych, a na czym widnieje logo Star Wars. Przed Wami mój skrajnie subiektywny ranking tychże, od najgorszych do najlepszych. W rankingu ująłem tylko te pozycje, które zostały ukończone, czyli są pojedynczym komiksem (tzw. one-shotem), samodzielną miniserią bądź częścią serii wydanej albo jako trade paperback w USA albo numer polskiego magazynu Star Wars Komiks. Ranking ten jest oczywiście aktualizowany wraz z każdą kolejną zwieńczoną pozycją.

Wszystkie komiksy już wydane w Polsce są zaprezentowane z polskim tytułem oraz informacją, w którym numerze magazynu Star Wars Komiks zostały opublikowane. Te, które zapowiedziano, ale jeszcze ich nie ma w sprzedaży, mają zachowany oryginalny tytuł.

Książkowe i komiksowe adaptacje filmu mają sens jedynie wtedy, gdy coś od siebie dodają, gdy autorzy mają na nie pomysł. Na adaptację Przebudzenia Mocy nie było żadnego pomysłu. Komiks odtwarza film niemal 1 do 1, ale przy okazji zatraca połowę jego humoru i nie dodaje kompletnie nic nowego, poza jednym małym kadrem wrzucanej do śmieci Phasmy. Po kiego Sitha w ogóle powstało to „dzieło”? Nie mam bladego pojęcia, tym bardziej, że wydano je ponad pół roku po premierze kinowej… Jedynym plusem są ładne rysunki, ale co o za sztuka ładnie odtworzyć filmowe kadry?

Gdy już sądziłem, że poziom serii Star Wars (tu akurat w crossoverze) nie może spaść niżej, dostaliśmy historię, której nie potrafię określić inaczej, jak kolosalną pomyłkę. Bezsensowna fabuła, kretyńskie zachowanie Luke’a, absurdalne potwory, gadające kryształy i przejmujące kontrolę nad istotami pasożyty…? Twórcy serii robią absolutnie wszystko, by nam przypomnieć co gorsze momenty z epoki marvelowskiego Star Wars z lat 1977-1986. O ile kolejne pozycje z tej listy, które działy się przed Screaming Citadel broniły się jeszcze rysunkami, o tyle tutaj nawet ta linia obrony się załamuje, gdy 2/5 serii stworzył artysta, który nie powinien nigdy zabierać się ze Star Wars.

Kolejny przypadek komiksu, w którym rysunki są jedynym godnym uwagi elementem. Cała reszta woła o pomstę do Mocy. Nie dość, że w kontekście serii Star Wars ta historia nie ma żadnego uzasadnienia, to roi się od absurdów i bardzo źle pojętego mistycyzmu. Bo jak inaczej nazwać magiczne żywe góry (!) i ledwo trzymający się kupy wątek prymitywnych plemion wojujących ze sobą dzieci? Tajną wojnę naprawdę ratują tylko rysunki, w tym wypadku znakomitego, choć w przypadku Yody mocno chodzącego na skróty (wycięte z kadrów filmowych miny i pozy mistrza) Salvadora Larrocy.

Pomysł jest bardzo fajny, a polega na tym, że Rebelia zdobywa niszczyciel gwiezdny typu Imperial, by wykorzystać go przeciwko swym dawnym właścicielom. Problemem jest wykonanie. Sposób zdobycia okrętu jest debilny i przypomina jeden z mniej oryginalnych odcinków Star Treka (!), a wątek ścigania się Lei i Hana o to, kto zajmie fotel kapitański to jakiś ponury żart. A rysunki? Mocy moja, ratuj… Twarze znane z filmów wyglądają tak, jakby zabrał się za nie szalony chirurg plastyczny. Jedynym, ale za to bardzo poważnym plusem tej historii jest kompetentny i świetnie ukazany oddział szturmowców-komandosów Imperium, Oddział SCAR.

Chewbacca nigdy nie był moją ulubioną postacią i powiem Wam jedno: komiks ten niczego w tej materii nie zmienił. Jest całkiem ładnie narysowany, choć momentami ze świecą szukać w nim gwiezdnowojennego klimatu, ale absolutnie niczym nie porywa. Szczególnie oklepana i naciągana historia, która kręci się wokół gangsterów i ratowania niewolników. Nie pomaga też fakt, że tytułowy bohater posługuje się tylko rykami, które być może fajnie wypadają w filmie, bo ich intonacja i brzmienie oddają część sensu wypowiedzi, ale w komiksie są kompletnie nie do zrozumienia.

Zaraz za Chewbaccą plasuje się jego partner i przyjaciel, Han Solo. Czemu? Z powodu głupiutkiej fabuły, zakładającej udział tytułowego bohatera w najniebezpieczniejszym wyścigu galaktyki (którego zasad nigdy w pełni nie poznajemy) w celu zebrania szpiegów Rebelii, z których jeden jest zdrajcą. Wszystko ledwo trzyma się sensu, nigdzie nie zaskakuje, a końcówka z tunelem czasoprzestrzennym i interprzestrzenną znowu bardziej przypomina Star Treka, niż stare, poczciwe Star Wars. Wszystko to zaś dzieje się w nieokreślonym czasie po Nowej nadziei, z Hanem, który pod względem rozwoju postaci gryzie się z tym, co oglądamy chociażby w opisywanej tu serii Star Wars. Zgadnijcie, co jest największym plusem komiksu. Tak, zgadza się, znowu – znakomite rysunki.

Kontynuacja całkiem dobrego i ciekawego komiksu, gdy podąża dokładnie tym samym schematem, co oryginał, rzadko jest udana. I choć First Blood nazwałbym raczej średnim niż nieudanym, nie da się nie zauważyć, że nie tędy droga. Chodzi mi przede wszystkim o częste i gęste wykorzystanie retrospekcji w sytuacji, gdy aż prosiło się o kontynuację wątków zawiązanych w The Last Padawan. Sytuacji nie pomagają także rysunki tego samego autora, o których wątpliwych walorach napisałem nieco niżej – tym bardziej, że szósty zeszyt miniserii robi ktoś zupełnie inny, niż pierwszych pięć.

Wątpiący w dalsze podążanie ścieżką Jedi Anakin (że też wtedy nie zrezygnował!) i jego mistrz są odcięci na dziwnej planecie. Co z tego wynika? Średniawa fabuła, która raczej nikogo niczym nie zaskoczy i bezbarwne postacie drugoplanowe, za to zaprezentowane za pomocą momentami wbijającej w fotel grafiki. Najciekawszymi fragmentami komiksu jest poważne i świetnie rozwinięcie wątku przyjaźni Anakina z kanclerzem Palpatine’em. Na ten wątek czekałem chyba najbardziej, sięgając po kolejne zeszyty miniserii, co nie do końca dobrze świadczy o głównym wątku, prawda?

Pierwszy komiks dziejący się po Powrocie Jedi, oczekiwania wielkości superniszczyciela gwiezdnego i… no, lekkie rozczarowanie na pewno. Choć jest to opowieść znakomita pod względem graficznym (pomimo dwóch osobnych rysowników), natomiast fabularnie wpada na pewne mielizny. Są to w zasadzie trzy różne historyjki z udziałem rodziców Poe Damerona, co samo w sobie jest niezwykle interesujące, i Wielkiej Trójki czyli Luke’a, Leii i Hana, ale wszystkie są takie dość zwyczajne, proste, nieco nijakie. Najkrócej mówiąc: lekkie rozczarowanie.

Jeśli wydawało Wam się, że stworzona w serii Darth Vader Aphra to żeńska wersja Indiany Jonesa, to ten komiks tylko wzmocni to wrażenie, bo jest swego rodzaju gwiezdnowojenną wersją Ostatniej krucjaty. Podobieństwa są oczywiście zamierzone, ale przez to całość wypada wyjątkowo mało oryginalnie. Świetnie wychodzą postacie – główna (anty)bohaterka, dwa mordercze droidy 0-0-0 i BT-1 i imperialna pani oficer – jest sporo humoru, natomiast poza fabułą mam też zastrzeżenia do rysunków. Bardziej przywodzą mi na myśl ilustracje do młodzieżowych książek, niż komiks o postaciach, z których tylko jedna jest w miarę pozytywna.

Druga miniseria o Aphrze (a trzecia licząc ten koszmarny crossover z początku rankingu) wypada lepiej, niż pierwsza, bo nie odgrzewa fabuły filmu o słynnym archeologu z fedorą, a poza tym jest zabawniejsza i zaskakuje zwrotami akcji. Ale nie można też niestety powiedzieć o głównym wątku, że jest oryginalny – aukcja supercennego obiektu, która idzie nie tak to żadna nowość w Star Wars. Rysunki też się specjalnie nie poprawiają; ciągle odczuwam wrażenie, że po prostu nie pasują do historii o doktor Aphrze. Przede wszystkim zaś są troszkę nieklimatyczne.

Oto komiks, jakiego w Expanded Universe brakowało, opowieść o efekcie zniszczenia Alderaana na zachowanie i psychikę tytułowej księżniczki. Fabuła może szczególnie nie olśniewa – ot, zbieramy rozbitków-Alderaańczyków, chce nas załatwić Imperium, na każdym rogu czyha zdrajca – ale lektura jest niezwykle przyjemna i satysfakcjonująca. Najciekawsze są postacie dwóch Alderaanek, zwykłej pilotki Sojuszu, Evaan i rzecz jasna Lei, na którą komiks rzuca zaskakująco nowe, świeże spojrzenie. Rysunki są kwestią dyskusyjną; wielu się mocno nie podobały, zresztą nie winię ich, bo wśród niezłych rysunków trafiają się takie wołające o pomstę do Mocy.

Pierwsza seria o nazwie Darth Vader ukazywała tytułowego antybohatera po Nowej nadziei, nowa o dokładnie tej samej nazwie (serio…) ukazuje go z kolei po Zemście Sithów – a dokładniej tuż po słynnym „Nooooo!”. Jest to dziwny komiks, mieszający kilka historii. Z jednej strony niesamowicie ukazuje pierwsze chwile Vadera jako zakutego w zbroję Sitha i to, jak zdobył swój czerwony miecz świetlny, z drugiej straszliwie gubi się w szczegółach i wątkach – odnoszę wrażenie, że scenarzysta chciał pokazać zbyt wiele rzeczy naraz. Ale największym grzechem The Chosen One są słabe rysunki.

Gdyby nie bezsensowny pomysł, że imperialny droid taki jak K-2SO ma prosty wyłącznik, do którego każdy średnio rozgarnięty Rebeliant może bez problemu sięgnąć, to byłby całkiem niezły komiks. Króciutka, bo jednozeszytowa historia zapoznania się Cassiana i K-2SO nie należy do szczególnie oryginalnych, ale jest w niej sporo z humoru, który tak polubiliśmy w Łotrze 1. Rysunki są poprawne, jednak nie wyróżniają się ani na plus, ani na minus.

Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto ogląda Rebels, i komu podoba mu się postać Kanana Jarrusa. Komiks całkiem nieźle, na przemian humorystycznie i mrocznie, pokazuje drogę, jaką przebył Caleb Dume – to prawdziwe imię Kanana – od padawana po „niezależnego przedsiębiorcę”. Sęk w tym, że w miniserii kompletnie nie przypadły mi do gustu rysunki. Za bardzo mangowe, z dużymi oczami i postaciami, które zupełnie nie odzwierciedlają swoich filmowych i serialowych pierwowzorów. Bo historia jest naprawdę interesująca, ma szybkie i nieoczekiwane zwroty akcji, ale ta grafika…

Wraz z książką Phasma, celem tego komiksu było sprawienie, by wrzucona naprędce do Przebudzenia Mocy postać pani kapitan nabrała sensu. Zadanie wykonane! Tutaj dowiadujemy się, jak Phasma przeżyła zniszczenie Bazy Starkiller, i co zrobiła, by zatuszować fakt, że stało się to w głównej mierze przez nią. Szkoda tylko, że z komiksu godne zapamiętania są tylko zeszyty tworzące początek i koniec – to, co znajduje się pomiędzy jest do bólu wtórne i zwyczajnie nudne. Od strony rysunkowej Captain Phasma jest jednak adekwatnie olśniewająca i za samo to warta przeczytania.

Chociaż w nowym kanonie Maula jest pełno, to o czasach, gdy był uczniem Sidiousa nie wiemy prawie nic. W tę lukę wstrzeliła się ta miniseria, ukazując m.in. pierwsze starcie Dartha Maula z Jedi. Główny bohater wydaje się być tylko maszynką do zabijania, ale tu na szczęście poznajemy go pod nieco innym kątem. Główny wątek jest nieco naciągany (schwytanie Jedi i wystawienie go na aukcję? Poważnie?) i mógłby się obyć bez gangu łowców nagród pomagających Maulowi, ale i tak daje nam satysfakcjonujące spojrzenie na jego postać. Rysunki są nieco specyficzne, za to wyjątkowo klimatyczne i pełne różnych smaczków. Fani ras obcych będą wprost zachwyceni.

Komiks, w którym Darth Vader pokazuje, jakim jest badassem? Wyszło całkiem nieźle, ale byłoby znacznie lepiej, gdyby twórcy nie przesadzili z potęgą Mrocznego Lorda, który w pojedynkę niszczy dwie eskadry X-wingów i kilkanaście Y-wingów, a także zabija kilkuset żołnierzy Rebelii, wychodząc z tego bez najmniejszego zadrapania. Komiks wizualnie porywa, natomiast fabularnie, abstrahując od wątku głównego antybohatera, głównie rozśmiesza, co zawdzięczamy licznym droidom, Wookieem, doktor Aphrze i Hanowi Solo.

Zobaczyć Sidiousa, Dooku, Grievousa i Maula w jednej scenie wykracza poza wszelką skalę epickości – do tego zobaczyć jeszcze, jak ze sobą walczą? Son of Dathomir dostarcza nam nie tylko tego, ale też bardzo dobrą i emocjonującą historię walki złych ze złymi (aczkolwiek przez jeden zeszyt do opowieści niepotrzebnie wepchnięto Jedi i Republikę) i świetnie domyka urwaną w The Clone Wars historię Maula i jego organizacji Shadow Collective. Rysunki są w miarę przyzwoite, chociaż hrabia Dooku wygląda koszmarnie, a i nie lepiej jest z innymi postaciami z filmów.

Ten one-shot to długo, dłuuugo zapowiadany komiks o tym, jak Threepio zdobył swoje czerwone ramię, które widzimy w Przebudzeniu Mocy. Jest to nietypowa dla Star Wars słodko-gorzka historyjka z droidami różnych rodzajów w roli głównej, z ciekawymi rozważaniami na temat droidziej pamięci i funkcji jakby nie było świadomych maszyn w świecie żywych istot. Rysunki w „C-3PO” spokojnie mogę nazwać jednymi z bardziej zapadających w pamięć, a to za sprawą niezwykle intensywnych kolorów, głównie odcieni fioletu i błękitu. Wygląda to niesamowicie, chociaż przypuszczam, że wielu fanom tego typu eksperyment nie przypadnie do gustu.

Frapujący przykład komiksu, który zaczyna się tak idiotycznie, że zastanawiamy się, czy autor scenariusza nie pomylił Star Wars z jakąś tragifarsą, a który koniec końców staje się zabawnie i fantastycznie zakręcony. Jest to pod wieloma względami świetny komiks, bo choć może zbyt wiele treści za sobą nie niesie, to jego strona humorystyczna i zwariowane zwroty akcji z nietuzinkowymi postaciami nie mają sobie równych. No i dostajemy nową, kanoniczną wersję Nar Shaddaa, co trochę naprawia ten kretyński wstęp.

Od tego tytułu zaczęło się marvelowe panowanie w gwiezdnowojennym świecie komiksu. Spore oczekiwania, rekordowa sprzedaż pierwszego numeru (grubo ponad milion sprzedanych egzemplarzy), kilkadziesiąt wariantów okładek i… bardzo dobry, udany, doskonale narysowany i klimatyczny wstęp do serii. Nie oszukujmy się, nie jest to dzieło wybitne, ale stanowi niemal idealną mieszankę tego, co w Star Wars jest najlepsze: akcji, humoru i charakterystycznego zachowania głównych bohaterów.

Wprawdzie trzecia odsłona – ponownie składająca się z dwóch trzyzeszytowych historii – serii nie jest tak dobra, jak pierwsze dwie, ale to niewielki spadek jakości. Tak po prawdzie jest to wina Legend Lost, pierwszych trzech zeszytów, które troszkę za bardzo przypominają gwiezdnowojenną wersję filmu Speed, mimo świetnego wątku związanego ze śmiercią pewnej postaci. War Stories jest za to perfekcyjne jeśli chodzi o ukazanie postaci (szczególnie dziennikarki Suralindy), jak i też podjęty tu temat niesprawnej propagandy Ruchu Oporu. Poza tym, rysunkowo jest to zdecydowanie najlepszy z Poe Dameronów.

Czy problemy imperialnego górnictwa mogą być ciekawie przedstawione? Ten komiks jest bardzo mocnym dowodem na to, że tak – mogą. I to jak mogą! Przede wszystkim Mroczny Lord w tym komiksie prawdziwie przeraża. Akompaniuje mu królowa Shu-Torun, w której oglądamy wiarygodną i równie przerażającą przemianę, i która tworzy z Vaderem pokrętną relację mistrz-uczeń, co wypada rewelacyjnie. Rysunki Salvadora Larrocy są zazwyczaj świetne, ale w przypadku mieszkańców tytułowej planety artysta za bardzo poszedł w kierunku stylistyki rodem z epoki napoleońskiej.

Komiksowe Przebudzenie Mocy było kompletnym niewypałem, bez krzty oryginalności i pomysłu. Co innego, gdy autorzy mają pomysł. W przypadku Łotra 1 tym pomysłem była niezupełnie linearna struktura historii oraz wiele zupełnie nowych, choć krótkich scen (także w kontekście adaptacji powieściowej) i usunięcie tych, które nie są w zasadzie potrzebne. Jestem pod wrażeniem tego, jak został rozwinięty wątek Bodhiego Rooka, dodatkowych kadrów z Mon Mothmą i przedstawienia retrospekcji u Jyn i Galena Erso. Jedynym minusem jest pewna żonglerka rysownikami; trzeci zeszyt i połówkę pierwszego wykonali artyści, których prace nijak się nie mają do wysokiego poziomu rysunków głównego rysownika.

Jak sama nazwa wskazuje, jest to koniec całej serii. Koniec jak najbardziej godny i przede wszystkim sensowny. Scenarzysta doskonale domknął wątek pozostającego w niełasce Dartha Vadera i rozwiązał problem pretendentów do roli ucznia Palpatine’a, a do tego wysłał w dalszą drogę postać doktor Aphry. Sam Vader sportretowany jest bezbłędnie, natomiast rysunki Salvadora Larrocy w Końcu gry to mistrzostwo świata – szczególnie wyróżnia się złowroga paleta barw. Jedynym minusem tej finałowej miniserii są wszelkiego rodzaju sceny z Voidgazer i Cylo; dialogi tych postaci z Vaderem wypadły tragicznie.

Tajne rebelianckie więzienie dla Imperialnych i innych wrogów wolności i demokracji…? To dobra okazja, by postawić przeciwko sobie dwie wizje tego, czym musi być lub stać się Rebelia, by nie tyle przetrwać, co zwyciężyć. Fabularna zagrywka ze zgorzkniałym Rebeliantem, który chce wybić do nogi wszystkich więźniów wyszła nadzwyczaj ciekawie, podobnie jak tymczasowa współpraca trójki niesamowicie charyzmatycznych kobiet, Lei, Sany i doktor Aphry. Rysunki są dość specyficzne i zupełnie różne od tych pojawiających się dotąd w serii Star Wars, ale zdecydowanie pasują do wydźwięku tej historii.

Wstęp do serii o najlepszym pilocie Ruchu Oporu jest udanym połączeniem komedii, przygody i zwariowanej akcji, czyli tego wszystkiego, z czym wielu z nas kojarzy tegoż właśnie pilota. Jego i perypetie jego pilotów oraz oryginalnego i przebiegłego agenta Najwyższego Porządku Terexa czyta się z ogromną przyjemnością – dla mnie ten komiks to kwintesencja dobrej i przede wszystkim lekkiej gwiezdnowojennej rozrywki. Rysunki Phila Noto dobrze współgrają z warstwą fabularną, są klimatyczne i zwyczajnie ładne, i pozytywnie odróżniają się od wprawdzie świetnych, ale bardziej typowych grafik, z jakimi mamy do czynienia w seriach Star Wars czy Darth Vader.

Druga część serii o najlepszym pilocie Ruchu Oporu nie spuszcza z wysokiego tonu. Jest to tak samo przyjemna, pięknie narysowana i przepełniona humorem (i oczywiście akcją!) historia, jak Eskadra Czarnych. A jest nieco lepsza głównie ze względu na fakt, że mocno się koncentruje na oryginalnej i fascynującej postaci agenta Terexa, jak również dlatego, że ukazuje C-3PO w zupełnie nowej roli, przy okazji oddając mu honor za bycie bohaterem Rebelii na równi z Lukiem czy Leią. Sporym plusem miniserii jest też jej zaskakujące zakończenie.

Druga miniseria Dartha Vadera, choć nie tak świetna, jak pierwsza (o niej poczytacie niżej), wciąż prezentuje się wyśmienicie. Ciekawe nowe postacie, z pewnym wścibskim inspektorem na czele, i kilka intryg związanych z poszukiwaniami Skywalkera, skradzionych kredytów i bazy grupki Rebeliantów sprawiają, że Cienie i tajemnice to komiks nieco nietypowy, za to znakomicie zrealizowany. Co więcej, sam Mroczny Lord zostaje w nim ukazany od innej, bardziej znanej z poprzedniego wcielenia strony – dużo myśli, kombinuje i jest równorzędnym przeciwnikiem bardziej intelektualnych postaci.

Po koszmarze poprzednich części moje oczekiwania co do serii Star Wars spadły na łeb, na szyję. Trochę przedwcześnie, jak się na szczęście okazało. Ta miniseria zbiera sześć zeszytów, z których każdy stanowi osobną historyjkę. Cztery z nich – o Sanie i Lando, szturmowcach SCAR, R2-D2 i Grakkusie – są najlepszymi one-shotami w całym nowym kanonie i generalnie bardzo fajnymi opowieściami z inteligentnymi twistami. Jedynie dwie historie z Leią, która najpierw gubi się na wyspie z Lukiem, a potem na lodowym pustkowiu z Hanem (Star Wars Annual #3), nie są doskonałe, ale i tak wypadają nieźle.

Powiedzmy sobie szczerze – fabuła tego komiksu jest totalnie odjechana. Lando, z pomocą Lobota, dwójki dziwnych kotowatych klonów i Ugnaughtki-profesorki (!) kradnie osobisty jacht Imperatora. To nie może być dobra historia, prawda? A właśnie, że może! Lando jest zadziwiająco oryginalną i zabawną opowiastką z odrobiną refleksji na temat głównego bohatera i motywów jego działania. Tak po prawdzie, to najśmieszniejszy ze wszystkich dotychczas wydanych komiksów, nawet wliczając Eskadrę Czarnych. Przy tym znakomicie się sprawdza w swojej awanturniczo-przygodowej formule. Rysunki są bardzo specyficzne, szczególnie ich paleta barw, ale mogę mi zarzucić tylko tyle, że momentami nieco nie pasują do charakteru komiksu.

Powieść Kenobi z Legend jest doskonałym dowodem na to, że przygody Obi-Wana na Tatooine nie muszą być nudne. Drugim dowodem na to jest ten, rozstrzelony między innymi miniseriami, komiks. To najpiękniej wykonany komiks z nowego kanonu, a przy tym perfekcyjnie pokazuje rozterki Obi-Wana i jego kłopoty przy wykonywaniu swojego nadrzędnego zadania: ochrony Luke’a. Charakter Kenobiego jest oddany tak wiernie, jak nigdy dotąd. Sęk tylko w tym, że Obi-Wan momentami wygląda, jakby w prequelach grał go nie Ewan McGregor, a… Ethan Hawke. Rysownik zawalił tylko tą jedną rzecz, wszystko inne jest wspaniałe.

Jest to dzieło, które (podobnie jak kilka poprzednich pozycji z tej listy) praktycznie w niczym nie ustępuje najlepszym komiksom Dark Horse Comics; praktycznie, bo może odrobinę rozmachem. Rysunki, fabuła, postacie – ach, ta doktor Aphra i jej mordercze droidy! – są perfekcyjne. Pomysł, by skupić się na „pokucie” tytułowego bohatera za porażki i utratę Gwiazdy Śmierci wypalił w stu procentach. Próbowałem znaleźć coś odstającego od wysokiego poziomu w tej miniserii, ale poza drobnostkami nie udało mi się nic znaleźć. To jeden z najlepszych komiksów gwiezdnowojennych, jakie kiedykolwiek czytałem.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook58Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • mkn

    No w końcu się doczekałem podsumowania komiksowego. Jak zwykle z większością się zgadzam, gdzieś bym dał oczko lub dwa więcej gdzieś mniej, ale to jest zrozumiałe. Natomiast przy 2 pozycjach przecierałem oczy ze zdumienia 😛

    Leia – 7.0 – Co?! Serio?! Przecież to jest najsłabszy komiks NK, fabuła tak sztuczna i tragiczna, że zęby bolą. Na końcu jeden z największych baboli w NK. Na pewno czytaliśmy ten sam komiks? 🙂

    Vader v2 – 7.0 – Przecież to z kolei jedna z najlepszych serii, którą zrobił marvel, cały zagraniczny fandom pieje z zachwytu. Słabe rysunki?! W jakich wątkach się gubi?! Gdybyś inne pozycje ocenił surowiej to 7.0 byłoby ok, ale tyle samo co Leia?! Come on! 🙂

    Mimo drobnych zgrzytów 😛 fajna lista, aż nabrałem ochoty żeby zrobić sobie włąsną 😛

    P.S. Lando chyba miał 5 zeszytów

    • Wiem, wiem, jestem wyjątkiem jeśli chodzi o odbiór „Lei” 😉 Ta miniseria ma swoje minusy, ale jednak strasznie mi się spodobała relacja głównych bohaterek i inne spojrzenie na księżniczkę.

      Ale z pozytywnymi opiniami o „The Chosen One”, no, nie mogę się zgodzić. Przykładowo, piąty i szósty zeszyt są strasznie oderwane od akcji wcześniejszych czterech zeszytów – szczególnie szósty. Komiks powinien był się skończyć na czterech numerach, ewentualnie rozciągnąć wątek mistrza Jedi tak, by było ich pięć. Po co nagle od czapy wprowadzać cały osobny wątek Inkwizytorów? Strasznie mnie to zirytowało. I kompletnie nie rozumiem, po co była ta akcja ze zniszczeniem oddziału klonów na stacji Jedi, nie ma to żadnego sensu. Stąd tekst o pogubieniu wątków 😉 A rysunki… wygląd Vadera! Do siedmiu Huttów, to jest straszne… Imperator nie lepszy, wygląda jak pokraczna karykatura samego siebie. Kurczę, teraz jak o tym piszę, to mam wrażenie, że powinienem dać nawet niższą ocenę 😉

      Dzięki za zauważenie pomyłki 🙂

      • mkn

        Piąty zeszyt nie jest oderwany, przecież cały arc opowiada o ostatecznym pogodzeniu się Vadera z tym, że jest potworem i o stworzeniu swojego pierwszego miecza. I dokładnie o tym piąty numer opowiada! Fakt szósty wprowadza Inkwizytorów, nowe wątki i zgadzam się powinien być pierwszym zeszytem kolejnego arcu, ale czy to naprawdę jest tak poważna wada, żeby od razu komiks do Lei przyrównywać? 😛
        Rzeź klonów mi idealnie pasuje – Vader dopiero co dowiedział się od Padme, jest kłębkiem najgorszych emocji, próbuje pogodzić się z tym czym się stał. Z jednej strony jest to wyładowanie całej nienawiści i żądzy mordu, z drugiej próba zaakceptowania nowego siebie i sprawdzenia się w nowej roli, co ostatecznie udaje mu się w zeszytach 4-5.
        Co do rysunków gusta są różne,nie ma co dyskutować. Dla mnie te rysunki są takie „komiksowe” i „superbohaterskie”, wnoszą powiew świeżości do komiksów SW i po prostu mi się podobają. Do tego rysownik bardzo dużo opowiada w tych rysunkach, często dymki są zbędne, bez nich też byłby wszystko wiadomo.

        Tak ogólnie to nie mam problemu, że średnio Ci się nowy Vader podoba, tylko że dałeś tę samą ocenę najgorszemu i najlepszemu w mojej ocenie komiksowi NK 🙂

        Acha i w liście zabrakło mi kilka słów podsumowania tak jak zrobiłeś to w przypadku książek. Jak oceniasz ogólny poziom komiksów i jak nowe komiksy wyglądają w porównaniu do legendarnych.

        • No właśnie ja takich rysunków nie cierpię – generalnie nie jestem fanem komiksów samych w sobie, czytam wyłącznie tie-iny, konkretnie komiksy SW, Star Trekowe, Back to the Future i czasem coś jeszcze, co oznacza również, że mam niższą tolerancję na odstępstwa od tego, co widzimy na ekranie. Dotyczy to też stylistyki.

          Podsumowanie postaram się dopisać przy następnej aktualizacji – teraz już nie miałem ani czasu, ani siły, pracowałem nad rankingiem do późna w nocy, by zdążyć na sobotę 😉

          • Trajforce

            Najgorsze twarze i tak są te co robi Salvador Larroca, niepotrzebnie realistyczne twarze i cienie ciemniejsze od…wiadomo czego

          • Tak jak pisałem na FB, to nie tyle Larroca, co jego kolorysta, Edgar Delgado. Za te twarze wyrwane z kadrów filmowych (bo tym de facto są) odpowiadają obaj, natomiast w serii „Darth Vader” twarze były normalne – i tam ich praca bardzo mi się podobała. Ale kiedy już przeszli do serii „Star Wars”, to zaczęli eksperymentować i w tym momencie, w pierwszym zeszycie „The Ashes of Jedha” chyba każda postać ma tą niby-realistyczną, a tak naprawdę okropnie sztuczną i niepasującą do reszty rysunków twarz. Nie rozumiem, po co oni poszli w tą stronę…

          • Trajforce

            O ile u kosmitów to jeszcze pasuje, tak u ludzi się zbytnio nie nadaje.

      • Trajforce

        Bo to nigdy nie miała być miniseria? Naprawdę trzeba takie rzeczy tłumaczyć? Co do stylu – ja tam sobie chwale.

        • Dla rozjaśnienia dodam, że używam słowa „miniseria” jako zamiennika słowa „story arc”, głównie z powodów językowych. Każdy story arc w dłużej serii to dla mnie miniseria wewnątrz serii. Anyhow, gdyby „The Chosen One” zakończyło się na 5 zeszytach to już byłoby lepiej – wątek Inkwizytorów można było otworzyć w nowej miniserii (zaznaczę jednak, że nie czytałem jeszcze 7 zeszytu).

          • Trajforce

            Moim zdaniem jednak powinny być dwa rankingi – jeden dla miniserii i one shotów oraz drugi dla tych dłuższych (Vader, Star Wars, Kanan, Aphra, Poe i Nowy Vader.

          • Może gdybym nie robił jeszcze rankingu książkowego… Nie chcę znowu przesadzać z liczbą tych rankingów.