To nie jest film, którego oczekiwaliście

Dawno, dawno temu w odległej galaktyce było sobie Expanded Universe. Żyło, rozwijało się i rozrastało przez dobre czterdzieści lat we względnej harmonii. Aż pewnego dnia przyszedł zły Disney i wszystko skasował.

Rządy zła trwają do dziś. Dla wielu nastały prawdziwie mroczne czasy, bo kontrolowany przez Disneya Lucasfilm, nie zważając na ich uczucia i oczekiwania, idzie swoją ścieżką, wykorzystując niektóre pomysły zaczerpnięte (lub ukradzione, jak kto woli) z Expanded Universe. Jednak innym dał nadzieję na coś nowego, nieoczekiwanego, coś, czego wcześniej nie było. I choć Przebudzenie Mocy na to nie wskazywało, to jednak Łotr 1 pokazał, że w Disneyu tli się iskierka czegoś dobrego, ba, nawet bardzo dobrego. Ostatni Jedi był testem, który miał pokazać, czy ta iskra rozpali w widzach ogień uwielbienia dla Gwiezdnej Sagi na nowo. Ale jak to z ogniem bywa, nie da się przewidzieć jego skutków. Iskra roznieciła pożar, który podzielił fanów Gwiezdnych wojen

Na potęgę Posępnego Czerepu, mocy przybywaj!

Moc i odwieczny konflikt dobra ze złem to kwintesencja Gwiezdnych wojen. Jedi i Sithowie, dzień i noc, dwa bieguny siły spajającej całą galaktykę – kto o tym nie słyszał? W Ostatnim Jedi Mocy nie brakuje – wszak jedna z bohaterek wyruszyła na poszukiwania mistrza Jedi i odnalazła go, a główny szwarccharakter “umie w Ciemną Stronę” (chociaż może nie do końca tak dobrze i spektakularnie jak jego przodek, ale jest na właściwej drodze).


Co jednak w momencie, gdy okazuje się, że odnaleziony mistrz ani myśli opuszczać swojej wyspy, na której ma pod dostatkiem wielkookiego drobiu, spokój i ciszę – nie licząc świszczącego wiatru, zacinającego deszczu i dziwnych istot opiekujących się zapomnianą świątynią?

Wątek Luke’a Skywalkera, marzącego tylko o tym, by zostawić go w spokoju, jest jednym z największych zaskoczeń tego epizodu. Dawny chłopak, którego pamiętamy z brawurowego lotu kanionem Gwiazdy Śmierci, bez mrugnięcia okiem oddający się w ręce Imperatora, by spróbować ocalić swego ojca, zamienił się w zgorzkniałego starca nieumiejącego pogodzić się ze swoją porażką. Luke nie zamierza uczyć Rey, ba, nie zamierza biec na ratunek swojej siostrze! Przez lata dzielące Epizod VI od VIII nauczył się wiele o Mocy, a największą prawdą jest ta, że Jedi wcale nie byli tacy święci jak próbuje się ich przedstawiać.

Wątek Mocy przedstawiono nieco inaczej niż w poprzednich epizodach. Istnieje wprawdzie podział na światło i ciemność, jednak mam wrażenie, że nie tak wyraźny jak dotychczas. Samo użycie Mocy pokazano w odmienny sposób – zobaczyliśmy kilka ciekawych sztuczek, których dotychczas nie było i prędzej spodziewalibyśmy się ich w komiksach. Moc pomaga tworzyć połączenie pomiędzy jej użytkownikami i można je wykorzystać w różny sposób – czy to poprzez manipulacje (tak jak to zrobił Snoke), czy też do wytworzenia własnej niezwykle silnej projekcji w innym miejscu (Luke na Crait). Miecze świetlne również mają swoje pięć minut. Walka z pretorianami w sali tronowej Snoke’a jest jedną z ciekawszych w Sadze – nie tyle przez rozmach, co raczej przez swój chaotyczny charakter (Rey walczy bardziej intuicyjnie, natomiast Kylo siłowo).

Rebelia? Nic nowego

Cała galaktyka podporządkowana jest Najwyższemu Porządkowi. Cała? Nie! Jest taka mała baza, gdzie nieugięci członkowie Ruchu Oporu jeszcze stawiają opór (no bo co innego) najeźdźcy. Brzmi znajomo, prawda? Wystarczy podmienić Galów na Sojusz/Ruch Oporu, a Rzymian na Imperium/Najwyższy Porządek i mamy jasną i klarowną sytuację polityczną. Czy aby na pewno? Jedną z bolączek ósmego epizodu jest brak tła politycznego. Jak to się stało, że Snoke tak szybko zdominował Nową Republikę? Dobrze, strzał z bazy Starkiller unicestwił cały system Hosnian Prime wraz z elitą polityczną, ale z kolei Rebelianci – przepraszam, Ruch Oporu – wysadzili samą bazę, więc można powiedzieć, że w rozwalaniu czegokolwiek mamy remis (ze wskazaniem na Snoke’a). Biorąc pod uwagę fakt, że akcja jest bezpośrednią kontynuacją epizodu siódmego, Najwyższy Przywódca (i to dosłownie!) musiałby dysponować ogromnymi zasobami ludzkimi i zapleczem technicznym (poza samą okrąglutką bazą), by opanować taki kawał Republiki w tak krótkim czasie. I tu rodzi się pytanie: skąd takie zasoby w organizacji, która wzięła się właściwie znikąd?

Sam Ruch Oporu wydaje się dość dobrze zorganizowany, chociaż raczej dysponuje niewielkim wsparciem z zewnątrz. Chociaż to jedna organizacja, to w filmie pokazano wewnętrzne rozłamy i rozdźwięk w stylu dowodzenia. Złoty chłopiec, Poe Dameron, na ślepo rzuca się w wir walki, nie bacząc na koszty. Co z tego, że wytłukli nam wszystkie bombowce? Przecież rozwaliliśmy pancernik (a w zasięgu jest jeszcze kilka niszczycieli)! No ale, moi drodzy, pancernik na koncie! Dameron słucha rozkazów wtedy, gdy mu wygodnie i doprawdy, chyba tylko niezrozumiała sympatia Lei sprawiła, że nie postawiono go przed sądem wojennym (swoją drogą, czy rebelianci mają taką formę dyscyplinowania swoich żołnierzy?).

Na drugim biegunie mamy ekscentryczną wiceadmirał Holdo. Kalkulująca na zimno, nie daje ponieść się emocjom, bo wie, że od jej decyzji zależy życie dziesiątek ludzi. Szkoda, że ta postać właściwie pojawiła się i zniknęła, bo dalszy ciąg jej historii mógłby być bardzo ciekawy.

Najwyższy (Nie)Porządek

Tak jak godnym następcą Sojuszu jest Ruch Oporu, tak o podwładnych Snoke’a nie mogę właściwie napisać dobrego słowa. Z resztek Imperium narodził się twór przypominający przedszkolaków nagle obdarowanych wielkimi i drogimi zabawkami, o których używaniu nie bardzo mają pojęcie. Co z tego, że wzorowane na imperialnych niszczyciele są większe, skoro ich dowódcy i tak dają się wywieść w pole maleńkiej flocie? Myślałam, że o braku kompetencji wiem już wszystko, bo oglądałam Rebeliantów, w których imperialni porażają głupotą i kretynizmem, ale to, co wyrabia się z Najwyższym Porządkiem przebija nawet serial dla dzieci. Głównodowodzący siłami zła, generał Armitage Hux, zachowuje się jak niezrównoważony nastolatek (chociaż i tak jest lepiej niż w Przebudzeniu Mocy) i dopiero po śmierci Najwyższego Przywódcy wydaje się odzyskiwać rozsądek (ale tylko odrobinę). Z kolei kapitan Phasma… była. I tyle na jej temat wystarczy.

Sam Snoke, wielka zagadka, o pochodzeniu którego powstały dziesiątki fanowskich teorii, nadal pozostaje tajemnicą. Może i dobrze, bo znając fandom, żadne rozwiązanie nie byłoby zadowalające. Jego śmierć totalnie zaskoczyła wszystkich, ale w moim odczuciu to duży plus – podróbka Imperatora niewiele nowego mogła pokazać (chociaż przyznaję, że korzystanie z Mocy opanował doskonale).

Bohaterowie i złoczyńcy

O niektórych postaciach już wspomniałam, ale nie o tych najważniejszych. Z całej trójki najbardziej interesował mnie los Kylo Rena. Rey stała się może nieco mniej irytująca, ale nie powiem, że jej postać przeszła wielką przemianę, bo tak nie było. Jej połączenie z Benem jest bardzo intrygujące, jednak ona sama nie zmienia się. Z kolei Finn… Tak naprawdę jego postać w Ostatnim Jedi to tylko swego rodzaju zapychacz, nic nie wnosi, a niepotrzebnie zajmuje czas na ekranie (wyprawę do Canto Bight, w założeniu drugiej kantyny z Mos Eisley, z powodzeniem można by wyciąć).

Kylo Ren to prawdziwe zaskoczenie tej części trylogii. Obawiałam się o jego losy, bo – nie ukrywajmy, emo-Vader z siódmego epizodu nie jest kimś, kogo można określić jako szwarccharakter. Jednak scenarzyści przyłożyli się do pracy i emo wyewoluował w rozdartego wewnętrznie mężczyznę, a potem w przywódcę Najwyższego Porządku (scena w sali tronowej Snoke’a, gdy Kylo oznajmia Rey, że ani myśli przechodzić na stronę rebeliantów, jest chyba jedną z najlepszych w całym filmie). Kylo dojrzał (trochę późno jak na trzydziestolatka, ale lepiej późno niż wcale) i zapowiada się na ciekawą postać w wieńczącej trylogię odsłonie.

WTFaki i fakapy

Ostatni Jedi to film zaskakujący na wielu poziomach, nie tylko pozytywnie, niestety. Są momenty, gdzie na fabularne głupoty można litościwie przymknąć oko, ale są też takie, w których na usta ciśnie się ogromne, napisane capslockiem CO??? O kilku mniejszych napisałam wyżej, ale palma pierwszeństwa wśród największych głupot w całej Sadze (a i może nawet kinematografii) zdecydowanie należy się unoszącej się w próżni Lei. Wiem, doszukiwanie się logiki w Gwiezdnych wojnach jest jak zamawianie burgera w wykwintnej lanserskiej restauracji, ale… bez przesady. Lotu księżniczki Lei (ach, jaki byłby z tego tytuł!) po prostu nijak nie da się wyjaśnić, nawet Moc jest tu bezsilna i niewystarczająca. Nie wiem, co scenarzyści wtedy brali, ale mam nadzieję, że w kolejnych epizodach rzucą to w diabły. To było tak żenujące, że nawet porgi wybałuszyłyby oczy ze zdziwienia.

Z patosem i humorem

Skywalker stoi na brzegu klifu i wpatruje się w wyciągnięty w jego kierunku miecz świetlny. Rey, wręczająca ten miecz, wyczekująco patrzy na legendarnego mistrza, na którego twarzy maluje się wiele różnych emocji. W tle słychać podniosłą muzykę, a potem kamera odjeżdża i… czekamy dwa lata na to, jak ta scena się zakończy. Patos bije wręcz po oczach, bo to przecież tak doniosła chwila! A co robi Luke? Bierze miecz i… wyrzuca go za siebie. Ta scena dobitnie pokazała, że Ostatni Jedi będzie zupełnie innym filmem niż dotychczas. Patos przełamywany humorem jest tym, czego w poprzednich epizodach brakowało. I tego też oczekiwałam, bo podniosłe frazy wypowiadane przez Jedi nie należą do moich ulubionych.

Zresztą, w tym epizodzie dużo jest scen humorystycznych, aczkolwiek miejscami za dużo (patrz BB-8 i niektóre jego akcje). Jednak w większości jest to humor dobrze dopasowany do sytuacji (ach, cudowna, wspaniała i jedna z najlepszych scena z żelazkiem!) i nie zalatujący Jar Jarem. A porgi w tych ilościach okazały się… strawne.

Gdzie ja już to słyszałam?

W filmie nie zabrakło również easter eggów. I tu znów pokłon w stronę scenarzystów, bo zostały one umiejętnie wplecione w fabułę i nienachalne. Droid mysz przemykający korytarzami, niektóre umiejętnie przerobione znane wszystkim kwestie… Przytoczę choćby słowa Kylo Rena, gdy z wyciągniętą w stronę Rey ręką proponuje jej wspólne rządzenie galaktyką. Brzmi znajomo, prawda? Jak widać, takie propozycje to chyba specjalność rodziny. Pojawienie się zjawy pewnego kurduplowatego zielonego Jedi to również mały powrót do przeszłości. Z kolei bardzo wzruszający był moment, gdy R2 wyświetla Luke’owi wiadomość Lei (Help me, Obi-Wan Kenobi, you’re my only hope), a także chwila, gdy Luke obserwuje zachód podwójnych słońc – tym bardziej, że robi to po raz ostatni.

Niestety, rozczarowuje brak kultowego już I have bad feelings about this, które pojawia się w każdej części Sagi, a częściowo nawet w Łotrze 1.

To nie jest film, którego oczekiwaliście

Po Przebudzeniu Mocy powstało tyle fanowskich teorii, że w pewnym momencie trudno było to wszystko ogarnąć. Mam wrażenie, że specjaliści Lucasfilmu pod kontrolą złego Disneya skrupulatnie zapoznali się z każdą z nich i stworzyli własną. Snoke zginął i nadal nie wiadomo, kim był, Rey okazała się nikim, Leia nadal żyje, a Luke nie. Dla niektórych wielbicieli Sagi to policzek im wymierzony, a dla mnie… miła odmiana.

Tak, Ostatni Jedi ma sporo głupot, kiepską i wtórną muzykę, która czasem bardziej przeszkadza niż pomaga (motyw z Canto Bight za bardzo przypomina kantynowy), ale… ALE… dla mnie to film, który w przeciwieństwie do epizodu siódmego, przesycony jest magią Gwiezdnych wojen. Mam nadzieję, że ta magia będzie trwać i nie zniknie w trakcie drugiego seansu. Ponoć to Rebelia jest zbudowana na nadziei, więc mi chyba nie bardzo pasuje to jej “posiadanie”, ale w tym przypadku mogę być odrobinę rebeliancka.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Heian

    KŁAMSTWO!
    „I have bad feelings about this” mówi BB-8 na samym początku filmu do Poe, co potwierdził Rian 😉

    • Dar0

      Na szczęście wszyscy rozumieją co mówi BB-8 😉

  • Chomik

    Wątek Luke’a ma sens.
    Walka z pretorianami w sali tronowej Snoke’a jest jedną z ciekawszych w Sadze -przewidywalna strasznie!
    Dameron słucha rozkazów wtedy, gdy mu wygodnie -to też jest jakiś pomysł…W tym filmie są fajne pomysły,tylko on mi się jakoś w jedną całość nie składa.
    chociaż przyznaję, że korzystanie z Mocy opanował doskonale – I zginął jak idiota…Mnie się w ogóle ten Snoke nie podobał.Też mi się bardziej podoba Kylo.Szkoda, że śmierć Hana tak przeszła… Żeby chociaż Kylo jakieś sny miał czy coś.
    unoszącej się w próżni Lei–udawajmy, że tej sceny nie było,proszę…
    Miło się czytało Twoja recenzję.

  • Jakub “KuboJakuboKubuś” Wujak

    Szanowni Państwo,
    Jako nieudzielający się dotąd fan Gwiezdnych Wojen, a także regularny czytelnik niniejszego portalu, nie mogłem dłużej milczeć. Tak mieszanych uczuć co do jednego z filmów należących do sagi nie miałem jeszcze nigdy. A Star Wars uwielbiam… i łykałem naprawdę wiele ze świata uniwersum. Cieszyłem się nawet jak dziecko, kiedy w Biedronce zakupiłem talerz z podobizną Dartha Vadera. Zdaje się jednak, że te czasy minęły. Kocham Starą i Nową Trylogię. Tak… prequele również, może za wyjątkiem trochę słabszego Mrocznego Widma. Po wczorajszym seansie czuje się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Dlaczego? Bo nie opuściłem sali kinowej z choć jednym uczuciem przeważającym na „tak” lub „nie”. Odnośnie samego filmu, od początku uderzył mnie sposób prowadzenia fabuły. Kiedy chciałem, żeby dany wątek został rozwinięty on nagle się kończył (odejście Luke’a), kiedy coś – moim zdaniem – strasznie się dłużyło, wątek trwał nadal (Finn, przepychanki wewnątrz ruchu oporu). Przeskakiwanie ze sceny na scenę w niespodziewanych momentach, wielość opowiadanych historii, żadna tak jak należy. Brak jakiejś głównej osi, której mógłbym się bezpiecznie chwycić. Co mnie totalnie zawiodło? Otóż w tej części liczyłem na jakieś tło, wyjaśnienie czemu po upadku imperium, po zmęczeniu całej galaktyki dyktaturą, kiedy pies z kulawą nogą nie zaciągnąłby się do formacji takiej jak Najwyższy Porządek historia powtarza się od nowa. Kto, kiedy, jak i dlaczego utworzył tę organizację? Jak to się stało, że ma tak potężne środki? W jaki sposób pokonała Nową Republikę (czymkolwiek ten twór jest). Przyjąwszy nawet, że to sprawka Snoke’a, który naginał umysły za pomocą mocy, dlaczego Luke się temu nie sprzeciwiał? Jakim cudem nie doszło do bezpośredniego starcia Mistrza Jedi i użytkownika ciemniej strony. I do cholery KIM JEST SNOKE? Skąd przyszedł, w jaki sposób wpłynął na Kylo Rena, dlaczego, skoro taki mocny, to udało się go przechytrzyć „prostym” zdaje się zagraniem? Jego postać została spłycona do poziomu spodeczka spod filiżanki na kawę. Oczywiście nie będę wspominał o innych niegodnych kilku zdań postaciach jak np. Kapitan Phasma. – było i ni ma – jak w ruskim cyrku. Rey? Ma potencjał, ale nadal zbyt płytka. O innych złych stronach może napiszę później. Co mi się podobało? Oczywiście Luke Skywalker. Fakt, że nie jest tym wyśnionym bohaterem, a jedynie starym, zgorzkniałym człowiekiem, który już nie wierzy w to o co walczył. Bardzo doceniam to, że w tej części postawiono na znaną skądinąd „żywą moc”, co jedynie potwierdza rozmowa Yody i Luke’a, a jednocześnie zdaje się tłumaczyć ponadprzeciętne zdolności Rey, która posiadła je bez jakiegokolwiek szkolenia. A jak już jesteśmy przy mocy, to całkiem niezłym wątkiem jest moment, w którym pokazany jest chłopiec przywołujący miotłę. Tak, tak… to przyszły użytkownik mocy, która przecież nie patrzy na pochodzenie czy status majątkowy. 😉 Dużym plusem jest też postać Kylo Rena. W końcu znamy jego motywację (nie jakąś z czapy) zaś jego postać stała się dojrzalsza. Z Huxa fajny nazista, czego nie mam za złe. Choć rzeczywiście jest on ukazany nieco karykaturalnie.
    Innych rzeczy nie poruszę, bo jednym okiem oglądam Zemstę Sithów, która leci na jednej z popularnych stacji. Nieco offtopując, bardzo lubię tę całą politykę w trylogii prequeli, chociaż wiem, że niektórym się nie podobało. Dla mnie – mniam, mniam.

    Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam do dyskusji. Proszę przekonajcie mnie, że nie jest tak źle. 😛

  • Jakub “KuboJakuboKubuś” Wujak

    Szanowni Państwo,
    Jako nieudzielający się dotąd fan Gwiezdnych
    Wojen, a także regularny czytelnik niniejszego portalu, nie mogłem
    dłużej milczeć. Tak mieszanych uczuć co do jednego z filmów należących
    do sagi nie miałem jeszcze nigdy. A Star Wars uwielbiam… i łykałem
    naprawdę wiele ze świata uniwersum. Cieszyłem się nawet jak dziecko,
    kiedy w Biedronce zakupiłem talerz z podobizną Dartha Vadera. Zdaje się
    jednak, że te czasy minęły. Kocham Starą i Nową Trylogię. Tak…
    prequele również, może za wyjątkiem trochę słabszego Mrocznego Widma. Po
    wczorajszym seansie czuje się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł.
    Dlaczego? Bo nie opuściłem sali kinowej z choć jednym uczuciem
    przeważającym na „tak” lub „nie”. Odnośnie samego filmu, od początku
    uderzył mnie sposób prowadzenia fabuły. Kiedy chciałem, żeby dany wątek
    został rozwinięty on nagle się kończył (odejście Luke’a), kiedy coś –
    moim zdaniem – strasznie się dłużyło, wątek trwał nadal (Finn,
    przepychanki wewnątrz ruchu oporu). Przeskakiwanie ze sceny na scenę w
    niespodziewanych momentach, wielość opowiadanych historii, żadna tak jak
    należy. Brak jakiejś głównej osi, której mógłbym się bezpiecznie
    chwycić. Co mnie totalnie zawiodło? Otóż w tej części liczyłem na jakieś
    tło, wyjaśnienie czemu po upadku imperium, po zmęczeniu całej galaktyki
    dyktaturą, kiedy pies z kulawą nogą nie zaciągnąłby się do formacji
    takiej jak Najwyższy Porządek historia powtarza się od nowa. Kto, kiedy,
    jak i dlaczego utworzył tę organizację? Jak to się stało, że ma tak
    potężne środki? W jaki sposób pokonała Nową Republikę (czymkolwiek ten
    twór jest). Przyjąwszy nawet, że to sprawka Snoke’a, który naginał
    umysły za pomocą mocy, dlaczego Luke się temu nie sprzeciwiał? Jakim
    cudem nie doszło do bezpośredniego starcia Mistrza Jedi i użytkownika
    ciemniej strony. I do cholery KIM JEST SNOKE? Skąd przyszedł, w jaki
    sposób wpłynął na Kylo Rena, dlaczego, skoro taki mocny, to udało się go
    przechytrzyć „prostym” zdaje się zagraniem? Jego postać została
    spłycona do poziomu spodeczka spod filiżanki na kawę. Oczywiście nie
    będę wspominał o innych niegodnych kilku zdań postaciach jak np.
    Kapitan Phasma. – było i ni ma – jak w ruskim cyrku. Rey? Ma potencjał,
    ale nadal zbyt płytka. O innych złych stronach może napiszę później. Co
    mi się podobało? Oczywiście Luke Skywalker. Fakt, że nie jest tym
    wyśnionym bohaterem, a jedynie starym, zgorzkniałym człowiekiem, który
    już nie wierzy w to o co walczył. Bardzo doceniam to, że w tej części
    postawiono na znaną skądinąd „żywą moc”, co jedynie potwierdza rozmowa
    Yody i Luke’a, a jednocześnie zdaje się tłumaczyć ponadprzeciętne
    zdolności Rey, która posiadła je bez jakiegokolwiek szkolenia. A jak już
    jesteśmy przy mocy, to całkiem niezłym wątkiem jest moment, w którym
    pokazany jest chłopiec przywołujący miotłę. Tak, tak… to przyszły
    użytkownik mocy, która przecież nie patrzy na pochodzenie czy status
    majątkowy. 😉 Dużym plusem jest też postać Kylo Rena. W końcu znamy jego
    motywację (nie jakąś z czapy) zaś jego postać stała się dojrzalsza. Z
    Huxa fajny nazista, czego nie mam za złe. Choć rzeczywiście jest on
    ukazany nieco karykaturalnie.
    Innych rzeczy nie poruszę, bo jednym
    okiem oglądam Zemstę Sithów, która leci na jednej z popularnych stacji.
    Nieco offtopując, bardzo lubię tę całą politykę w trylogii prequeli,
    chociaż wiem, że niektórym się nie podobało. Dla mnie – mniam, mniam.

    Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam do dyskusji. Proszę przekonajcie mnie, że nie jest tak źle. 😛

  • Jakub “KuboJakuboKubuś” Wujak

    Wstawiam ten komentarz po raz trzeci, bo co wejdę na portal to znika. Jeśli znajduje się w nim coś niestosownego i dlatego jest on usuwany, proszę o kontakt.

    Szanowni Państwo,
    Jako nieudzielający się dotąd fan Gwiezdnych
    Wojen, a także regularny czytelnik niniejszego portalu, nie mogłem
    dłużej milczeć. Tak mieszanych uczuć co do jednego z filmów należących
    do sagi nie miałem jeszcze nigdy. A Star Wars uwielbiam… i łykałem
    naprawdę wiele ze świata uniwersum. Cieszyłem się nawet jak dziecko,
    kiedy w Biedronce zakupiłem talerz z podobizną Dartha Vadera. Zdaje się
    jednak, że te czasy minęły. Kocham Starą i Nową Trylogię. Tak…
    prequele również, może za wyjątkiem trochę słabszego Mrocznego Widma. Po
    wczorajszym seansie czuje się jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł.
    Dlaczego? Bo nie opuściłem sali kinowej z choć jednym uczuciem
    przeważającym na „tak” lub „nie”. Odnośnie samego filmu, od początku
    uderzył mnie sposób prowadzenia fabuły. Kiedy chciałem, żeby dany wątek
    został rozwinięty on nagle się kończył (odejście Luke’a), kiedy coś –
    moim zdaniem – strasznie się dłużyło, wątek trwał nadal (Finn,
    przepychanki wewnątrz ruchu oporu). Przeskakiwanie ze sceny na scenę w
    niespodziewanych momentach, wielość opowiadanych historii, żadna tak jak
    należy. Brak jakiejś głównej osi, której mógłbym się bezpiecznie
    chwycić. Co mnie totalnie zawiodło? Otóż w tej części liczyłem na jakieś
    tło, wyjaśnienie czemu po upadku imperium, po zmęczeniu całej galaktyki
    dyktaturą, kiedy pies z kulawą nogą nie zaciągnąłby się do formacji
    takiej jak Najwyższy Porządek historia powtarza się od nowa. Kto, kiedy,
    jak i dlaczego utworzył tę organizację? Jak to się stało, że ma tak
    potężne środki? W jaki sposób pokonała Nową Republikę (czymkolwiek ten
    twór jest). Przyjąwszy nawet, że to sprawka Snoke’a, który naginał
    umysły za pomocą mocy, dlaczego Luke się temu nie sprzeciwiał? Jakim
    cudem nie doszło do bezpośredniego starcia Mistrza Jedi i użytkownika
    ciemniej strony. I do cholery KIM JEST SNOKE? Skąd przyszedł, w jaki
    sposób wpłynął na Kylo Rena, dlaczego, skoro taki mocny, to udało się go
    przechytrzyć „prostym” zdaje się zagraniem? Jego postać została
    spłycona do poziomu spodeczka spod filiżanki na kawę. Oczywiście nie
    będę wspominał o innych niegodnych kilku zdań postaciach jak np.
    Kapitan Phasma. – było i ni ma – jak w ruskim cyrku. Rey? Ma potencjał,
    ale nadal zbyt płytka. O innych złych stronach może napiszę później. Co
    mi się podobało? Oczywiście Luke Skywalker. Fakt, że nie jest tym
    wyśnionym bohaterem, a jedynie starym, zgorzkniałym człowiekiem, który
    już nie wierzy w to o co walczył. Bardzo doceniam to, że w tej części
    postawiono na znaną skądinąd „żywą moc”, co jedynie potwierdza rozmowa
    Yody i Luke’a, a jednocześnie zdaje się tłumaczyć ponadprzeciętne
    zdolności Rey, która posiadła je bez jakiegokolwiek szkolenia. A jak już
    jesteśmy przy mocy, to całkiem niezłym wątkiem jest moment, w którym
    pokazany jest chłopiec przywołujący miotłę. Tak, tak… to przyszły
    użytkownik mocy, która przecież nie patrzy na pochodzenie czy status
    majątkowy. 😉 Dużym plusem jest też postać Kylo Rena. W końcu znamy jego
    motywację (nie jakąś z czapy) zaś jego postać stała się dojrzalsza. Z
    Huxa fajny radykał, czego nie mam za złe. Choć rzeczywiście jest on
    ukazany nieco karykaturalnie.
    Innych rzeczy nie poruszę, bo jednym
    okiem oglądam Zemstę Sithów, która leci na jednej z popularnych stacji.
    Nieco offtopując, bardzo lubię tę całą politykę w trylogii prequeli,
    chociaż wiem, że niektórym się nie podobało. Dla mnie – mniam, mniam.

    Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam do dyskusji. Proszę przekonajcie mnie, że nie jest tak źle. 😛

  • luk_zloty

    Napisałem ten komentarz na FB Ossusa, napiszę i tu (długo będzie):
    Ja się zastanawiam, o co tak właściwie chodzi z Finnem? Po pierwsze, został porwany jako dziecko kilkanaście-dwadzieścia lat przed wydarzeniami z najnowszej trylogii. Czyli max. kilkanaście lat po powrocie Jedi. Ponadto nigdzie nie jest powiedziane, że był w „pierwszej fali” hm… rekrutów. Czyli FO zaczął porywać ludzi praktycznie „od razu” po upadku Imperium. Ale idziemy dalej. Finn był szkolony na szturmowca przez te kilkanaście-dwadzieścia lat. Posiadł nadzwyczajne umiejętności jak jakiś komandos (był chyba nawet jakiś komiks o tym?). Potrafi strzelać oraz posługiwać się bronią białą z łatwością (miecz świetlny, elektryczna tonfa czy co to tam było). Ponadto należy do odziału kapitan Phasmy. Można śmiało założyć, że kapitan Phasma i jej szturmowcy to „osobiste” wojsko Kylo Rena. Więc logicznym by było, że są to najlepsi z najlepszych. Dodatkowo Finn nie był jakimś pierwszym lepszym no-name, skoro nawet Kylo Ren zna jego numer (choć tu mogą mieć znaczenie umiejętności Mocy Kylo, etc. etc.). Czyli podsumowując – Finn jest szkolonym od dziecka super szturmowcem, potrafi walczyć jak komandos, jest członkiem elitarnego oddziału podlegającego jednemu z najważniejszych dowódców FO… i jest sprzątaczem? Najwyraźniej nie takim pierwszym lepszym sprzątaczem, skoro sprzątał zarówno w bazie Starkiller, jak i na okręcie Snoke’a. Na tyle długo, że dobrze poznał rozkład pomieszczeń i modułów w obu strukturach, a przecież mówimy o całej planecie oraz okręcie wielkości miasta. Tylko mi się to nie klei?
    PS Film mi się podobał, pierwsze reakcje miałem mieszane, ale im więcej o tym myślę, tym więcej rozumiem i bardziej mi się podoba.

    • NoMoRe

      zna jego numer-chyba to wyjaśnia pierwsza scena EP7, gdzie jeden ze trooperów z czerwoną plamą krwi na kasu (Finn) chodzi bardzo zdezorientowany, po morderstwie ludzi. Wtedy Kylo pyta się o numer tego troopera. Potem wiedział, jak ktoś uciekł, że to własnie on, bo widział (i pewnie czuł) już wtedy, jego możliwości.

      • Heian

        Masz rację luk. Finn to postać całkowicie zmarnowana. Szturmowiec sprzątacz, który sprząta w bardzo przydatnych miejscach, jak bardzo wygodnie dla fabuły, ponad to raz jest strachliwy i boi się zabijania, a potem zarzyna własnych braci aż miło. Po praniu mózgu nic nie zostało, jakby nie działało. To skąd reszta armii?
        Finn nie wygląda na geniusza, który się oprze totalnej edukacji. Nie. Wygląda na debila, który słucha wszystkiego i NIGDY nie zadaje pytań. Film nam to wielokrotnie udowadnia. Więc w jaki sposób się obudził?
        Bezsens.
        Gdyby był czuły na Moc, ok. Jednak inaczej? Głupota.

        • luk_zloty

          No i kiedy powstał Najwyższy Porządek? Nie zagłębiałem się w inne źródła niż filmy, ale wychodzi mi, że Najwyższy Porządek musiał porwać Finna jakieś 10 lat po zabiciu Imperatora (ROTJ).
          Ale to chyba jeden z takich przypadków, gdzie SW nie przejmuje się liczbami, czasem i „prawdziwością” (1.5 prędkości światła Sokoła Milenium, albo milion klonów w Ep.II – jak na całą Galaktykę i czas ich tworzenia to bardzo malutko).

          • Najwyższy Porządek zaczął powstawać tuż po bitwie o Jakku w zbadanych przez Imperium częściach Nieznanych Regionów, ale kiedy dokładnie wyłoniła się organizacja, którą widzimy na ekranie nie wiadomo. Jeśli jednak chodzi o „pozyskiwanie” dzieci na szturmowców, to zaczęło się ono od razu, w roku 5 ABY.

            Co do tych 0,5 „past light speed” Hana Solo, jest to potoczne wyrażenie na klasę hipernapędu, chociaż oczywiście mowa tu ewidentnie o retconie, tak jak w przypadku tych 12 parseków.

            Czy przypadek Finna jest niewiarygodny? Nie. Pamiętajmy, że FN-2187 jest pierwszym i jedynym (!) szturmowcem z prawdopodobnie milionów innych szturmowców, który się zbuntował. Podkreślam: jedynym. Tu nie chodzi o poziom inteligencji, ani skuteczność prania mózgu, chodzi zapewne o jakąś cechę (wrażliwość emocjonalną?) która być może za sprawą jakiegoś genetycznego błędu w nim jednym nigdy nie zanikła.

            Co się zaś tyczy sprzątania etc., przewodniki zaznaczają, że w Najwyższym Porządku każdy zwykły trooper przechodzi serię rotacji w celu nieprzywiązywania go do jednego miejsca, a wykonywanie obowiązków sanitarnych jest częścią rotacji. Biorąc zaś pod uwagę, że „Supremacy” to ruchoma stolica państwa, a Baza Starkiller to najważniejszy garnizon, zapewne każdy szturmowiec był tam i tu i tam co najmniej raz w życiu.

          • luk_zloty

            Co do 0.5 past light speed itd. to się nie czepiam, wiadomo że Lucas chciał aby było bardziej „saj faj”, wszelkie kanoniczne wyjaśnienia rozumiem i kupuję, zostawmy wątek 🙂

            Co do początków Finna – okej, fajnie że jakieś są, ma to może nawet dwie lewe ręce i nogę, jako tako działa. Ale innych bohaterów można od razu i łatwo sklasyfikować/zrozumieć skąd się wzięli/co potrafią. Rey – zbieraczka złomu, Mary Sue i super-jedi. Poe – pistolet, najlepszy pilot, zawadiaka i trochę łobuz. Finn – ? szturmowiec, sprzątacz, odważny tchórz i do tego… mechanik? W końcu z Rose się dogadywał jak dwójka nerdów na konwencie.

            Ok, rozumiem wyjaśnienie, że szturmowcy byli rotowani. I nawet rozumiem, że w ramach szkolenia/obowiązków mogli sprzątać (choć ciężko mi sobie wyobrazić, aby kazać operatorom GROM sprzątać pałac prezydencki). Ale Finn w swojej karierze szturmowco-sprzątaczo-mechanika posiadł deus-ex rozwiązania na wszystko co związane z FO (no ok, dwa rozwiązania, po jednym na film, ale jednak dość duże).

            Więc tak. Porwany za młodu jako dziecko (ok, wyjaśnienie spoko), szkolony na super-komandosa (bo „zwykły trooper” nie mógłby być w oddziale Phasmy, albo nie mógłby umieć wszystkiego, jakaś ekonomia musi tam istnieć), w ramach służby i przygotowania zdarza mu się sprzątać (powiedzmy że logiczne wyjaśnienie) w dwóch najważniejszych miejscach jego organizacji (obecność i na Starkillerze i na Supremacy – logiczna), do tego sprzątał tam na tyle długo że nie tylko poznał rozkład całej bazy/okrętu na pamięć (okeeej?), ale nauczył się jeszcze ich funkcjonowania? I to nie na zasadzie „musimy nacisnąć ten guzik i będzie bum”, ale na poziomie przynajmniej mechanika na okręcie flagowym rebeliantów (z Rose mówią to samo zdanie w jednym czasie, do tego w temacie nowinki technologicznej i dość hermetycznej wiedzy).

            John Boyega to sympatyczny gość, ale mam wrażenie że twórcy nie wiedzieli jak pospinać niektóre wątki, jak dać rozwiązanie problemu, a jednocześnie mieli nie do końca zdefiniowaną postać, więc wrzucili wszystko do jednego worka, nazwali to Finn i lecimy!

          • To, że bohatera nie można od razu sklasyfikować to chyba dobrze, przynajmniej nie jest z papieru 😉

            Finn nie był szkolony na super-żołnierza, znalazł się w oddziale Phasmy dlatego, że był najlepszym szturmowcem z całego rocznika pod względem umiejętności bojowych (vide książka „Beyond the Awakening”) na ćwiczeniach. I czemu go nazywasz tchórzem? Zdezerterował po ujrzeniu zbrodni wojennej Najwyższego Porządku i starciu z rzeczywistością. Potem nie chciał brać udziału w walce z przekonania, że NP nie da się pokonać, interesował go tylko los Rey.

            Z tego, co pamiętam w „Przebudzeniu Mocy” Finn nie wiedział nic poza tym, że oscylator jest ważny. Nie miał pojęcia, jak pozbawić bazy tarcz, jak zresztą elokwentnie powiedział Hanowi już na powierzchni. Fakt, w „Ostatnim Jedi” wie więcej, i kojarzy technologię namierzania nadprzestrzennego, ale może akurat Finn interesował się nieco mechaniką, a wewnątrz NP nie było tajemnicą, że taka technologia istnieje? To też jest logiczne wytłumaczenie. I, cóż, może Finn ma znakomitą pamięć przestrzenną? Jeśli być znakomitym szturmowcem, najlepszym z rocznika, to może wynikało to np. z dobrej pamięci, szybkiego przyswajania wiedzy.

          • luk_zloty

            Owszem, wszystko można rozwinąć, rozbudować itd. Jednak ja opieram swoje wrażenia tylko na „filmowym” Finnie. Stąd duża doza niezrozumienia.

            Nie był szkolony na super-żołnierza (choć o ile pamiętam z ekhem Legend, to szturmowcy Imperium byli elitą, szturmowcy FO chyba mają kontynuować tradycję?), ale był najlepszym szturmowcem z całego rocznika… więc był super-żołnierzem 😛 Dajemy najlepszemu uczniowi stypendium za wyniki w nauce a potem wysyłamy go na zajęcia wyrównawcze 😉 ?

            Filmowego Finna wg mnie nie da się sklasyfikować w złym tego słowa znaczeniu – w moim odczuciu ta postać się miota. Ale nie jak skonfliktowany wewnętrznie Ben Solo, tylko jak ktoś kto nie został najlepiej napisany w scenariuszu.

            Skoro być może się interesował technikaliami/mechaniką, to czemu wcześniej nie pokazać jak coś dłubie w wolnym czasie? Majstruje? Może CZYTA? (choć w SW książki się chyba tylko pali 😉 ) Z całym szacunkiem, ale jego wiedza o technologii namierzania nadprzestrzennego jest „z dupy”.

            Tak czy siak, liczę, że będzie jakoś lepiej rozwinięty IX części, może jakiś motyw z przeszłością, skąd się wziął, czemu „ocknął się” z prania mózgu, albo może odnajdzie dawno zaginionego brata (lub ojca, który był kiedyś szmuglerem, kanciarzem i zarządcą kolonii górniczej na Bespinie), lub kolegę szturmowca (TR8-R tylko bardziej)? Pewnie nie, skoro są książki/komiksy, które Finna „tłumaczą”. Czuję że inne postacie się rozwijają, a Finn to eks-szturmowiec śmieszek, który akurat sprzątał tam gdzie trzeba.

            A skoro jesteśmy przy retrospekcjach, to tylko ostatnie moje pytanie – czy mi się wydaje, czy Ostatni Jedi to jedyny póki co film ze świata SW z takim zabiegiem?

            P.S. Mógłbym jeszcze poruszyć temat wielkiej floty wielkiego Najwyższego Porządku, która przez prawie dobę musi gonić parę stateczków i nie ma, po prostu nie ma, żadnych innych sił w promieniu tych kilkunastu godzin… hiperprzestrzennych? (Przepraszam, teraz sobie uświadomiłem, że nie wiem w jakiej jednostce mierzy się prędkość w hiperprzestrzeni).

            Ale to już chyba poruszaliście. A i tak za długo się rozpisuję.
            Pozdrawiam!

    • Magdalena Ithilnar Idziak

      A może sprzątanie było karą za jakieś drobne przewinienia i niesubordynację? Z drugiej strony, gdyby Finn wcześniej okazywał jakieś objawy niewierności FO to by go Phasma… sprzątnęła. Permamentnie.

      • luk_zloty

        Wydaje mi się że w TFO Phasma wyraźnie powiedziała, że FN-tralala nie sprawiał wcześniej żadnych problemów.