Fan fanowi wilkiem?

Jak to powiedział kiedyś jeden z niewielu oglądanych przeze mnie vlogerów, Linkara – fandom to dziwna rzecz. Bardzo łatwo uznać społeczność fanów jakiegoś fenomenu kulturowego za najgorszą możliwą grupę ludzi. Z przykrością stwierdzam, że w ostatnie tygodnie myślałem tak coraz częściej o nas – fanach Gwiezdnych wojen.

Zacznę może od tego, iż w każdej z grup związanych z moimi zainteresowaniami mają miejsce wewnętrzne podziały. W każdej z nich toczą się kłótnie, w każdej znaleźć można (mniejszą lub większą) grupę osób obracających się w danym środowisku dłużej i osób z nimi związanych, które przypisują sobie jedyne słuszne spojrzenie na zagadnienie i często w niekoniecznie wyrafinowany sposób starają się zwalczać niepasujące do ich wizji elementy oraz stojących za nimi ludzi. Ale z przykrością stwierdzam, że tylko w naszym wypadku zauważyłem, że przyczyną sporów jest tak drobna rzecz: po prostu to, że jednym się film nie podobał, a drugim nie. I tylko u nas jest aż tak wiele grupek, które uzurpują sobie jedyne słuszne spojrzenie, innych traktując jak niedorozwiniętych idiotów –  zarówno po jednej, jak i drugiej stronie. I to u nas ilość osobistych, wykraczających poza granicę dobrego smaku wycieczek przekracza ludzkie pojęcie.


 Finn, Rose i wcielający się w nich aktorzy są ostatnio popularnymi obiektami złośliwych, rasistowskich komentarzy ze strony niektórych ich antyfanów. Nie sądzę, że muszę cokolwiek tu dodawać – takie zachowanie jest po prostu żenujące.

Czego bowiem można się dowiedzieć z Internetu? Podam tylko wybrane przykłady, bo szkoda mi zdrowia na szeroką analizę. Ludzi, którzy lubią Epizod VIII należy posłać na stryczek. To wyłącznie bezmyślni, zmanipulowani przez media idioci – myślący człowiek i ‘prawdziwy fan’ tego w życiu nie łyknie. Albo takich ludzi nie ma w ogóle. To trolle lub ludzie opłaceni przez Disneya, który niszczy artystyczne dziedzictwo wizji Lucasa i myśli tylko o kasie. Myślący, wybredny, wyrafinowany widz tego filmu nienawidzi – lubić go może półanalfabeta, który pochłonie wszystko, co mu zaserwują i zagryza popcornem. Z drugiej strony – jeśli komuś się nie podobało, to jest grubym, mieszkającym w piwnicy domu rodzinnego pryszczatym nerdem bez planów na przyszłość, hejterem który zionie ogniem na wszystko, co nie spełnia w stu procentach jego wizji lub rasistą/seksistą czy też innym przedstawicielem ciemnogrodu.

Wiecie, co mnie przeraża? Nie tak znowu dawno temu pisałem o tym, jak to „normalni” ludzie nieraz gardzą fantastami i wyśmiewają się z ich zainteresowań. I, niestety, od niedawna fan Star Wars fanowi wilkiem. Wystarczy przejrzeć strony na Facebooku, wystarczy przejrzeć fora… Litości, nie chodzi o nic ważnego! To nie spór polityczny, od którego zależy przyszłość milionów ludzi! To nie jest konflikt w środowisku zajmującym się czymś naukowo, od którego zależy jakość publikacji na dany temat! Chodzi o Gwiezdne wojny – fikcyjny świat, którego jedynym zadaniem jest odrywać nas od rzeczywistości i sprawiać przyjemność! Dlaczego odmienne zdania na temat jego elementów muszą tak dzielić fanów, których ten świat przede wszystkim połączył? Ja rozumiem – istotną częścią każdego fandomu są dyskusje i wymiana zdań. W niektórych przypadkach są oczywiste – każdy film ma swoje wady, zalety oraz elementy kontrowersyjne, oczywistym jest więc, że fani mają zróżnicowane opinie i czują potrzebę ich wymiany z innymi. Ale niektórzy zdają się nie potrafić pogodzić z tym, że pewnych rzeczy nie można drugiej stronie wyperswadować, bo po prostu mają inny gust, i że dyskusja nie musi polegać na wywyższaniu siebie i swojego punktu widzenia przy jednoczesnym poniżaniu oponenta. Ostrą wymianę zdań można przeprowadzić bez wycieczek osobistych i przesadnie wielkich porównań.

Właśnie tak chciałbym widzieć nas, fanów. Ludzi wspólnie czerpiących radość z ulubionego świata. Niestety, ostatnio jest o to coraz trudniej.

No i inna sprawa – jak daleko niektórzy są w stanie zajść tylko dlatego, że coś im się nie spodobało… Nie wierzę, że niska ocena Ostatniego Jedi spowodowana jest wyłącznie sabotażem, to było pewnie kilka kropel w morzu rozczarowania i niezadowolenia. Niemniej sam fakt, że pewna jednostka (jednostki?) nie może zrozumieć, że Ostatni Jedi jest filmem na tyle odmiennym od pozostałych w sadze i na tyle nierównym, by wzbudzić zarówno zachwyt, jak i zdegustowanie poświęca niemało czasu, by przygotować skrypt, który ma na celu generować negatywne opinie na Rotten Tomatoes mnie zdumiewa. Podobnie, jak przewijające się w Internecie w różnych jego zakamarkach wypowiedzi TYCH SAMYCH OSÓB, które naprawdę dużo energii poświęcają, byle w każdym możliwym miejscu wyrazić swoje zdanie i negatywny stosunek do osób o zdaniu odmiennym. Współczuję, te cenne minuty (a może i godziny?) można by spędzić na czymś dużo bardziej rozwijającym.

No i na zakończenie – prawdziwi fani. Kim niby są? Tymi, którzy lubią post-lucasowskie Star Wars? Tymi, którzy lubią tylko stary kanon? Tymi, którzy lubią oba? Guzik. To kolejny z wielu przykładów sytuacji, gdy pewna wąska grupa stara się wyróżnić na tle większej całości. Dobrą analogią jest tu chyba dyskurs o wyższości „podróżnika” nad „turystą”. W skrócie – chodzi mniej więcej o to, że zdaniem pewnych ludzi, prawdziwy podróżnik przemierza cały kraj, zatrzymuje się w małych wioskach, gdzie nic nie ma, przemierza rozdroża, nocuje pod gołym niebem lub w najtańszych hostelach i skupia się na kontakcie z miejscowymi ludźmi. Taka osoba nie jest turystą – członkiem bezmózgiej masy, który całymi dniami leży na plaży lub siedzi w hotelu all-inclusive, świat poznaje tylko chodząc do muzeów lub sklepów z pamiątkami i nie zapuszcza się nigdzie, gdzie nie zabierze go autokarem pilot. Brzmi znajomo, nieprawdaż? Dwa pokrewne sposoby spędzania wolnego czasu, zwolennicy jednego z nich stawiający siebie ponad drugimi. Podobno przygłupimi, bezmyślnymi, łykającymi wszystko…

A ja powiem tak: prawdziwy fan to osoba, która zaangażowała się w obcowanie ze światem odległej galaktyki, czerpie z tego radość i czyni to ważnym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Czy robi to analizując materiały zakulisowe filmów i wyłapując wszystkie detale z kadrów Gwiezdnej Sagi, czy zaczytując się w książkach i komiksach czy tworząc własne dzieła nawiązujące do Star Wars  – nieważne. Nie jest dla mnie prawdziwym fanem ten, kto swe fanostwo manifestuje przede wszystkim krzycząc o jedynym słusznym Star Wars, naskakując w sieci na ludzi o odmiennym zdaniu, kto próbuje sterroryzować innych i zalać Internet niekoniecznie przyjemnymi w lekturze wypowiedziami na ten temat. Wszystkim krzykaczom życzę, by się opamiętali. Odetchnęli. I zaczęli szukać w Star Wars RADOŚCI.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook297Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • W punkt 🙂

  • nieznajomy43

    od kiedy Linkara to vloger? jedynie co podchodzi pod vlogi u niego to unboxingi…
    Reszta to recenzje zazwyczaj kiepskich komiksów.

  • Εμπαθεων

    A mnie wcale nie dziwi to, co dzieje się w fandomie SW, zwłaszcza po filmie takim jak „The Last Jedi”. Sądzę, że absolutną rację ma David Stuart, opisujący pracę Johnsona jako nienawistny list do Gwiezdnych wojen i ich fanów (w przeciwieństwie do „Przebudzenia Mocy”, które było odpowiednikiem listu miłosnego do Sagi i również mu się nie podobało, właśnie z tego powodu, że nie prezentowało odrębnej historii, a powieliło i otoczyło cenione, nostalgiczne elementy dodatkową patyną, komentując SW jako zjawisko kulturowe). Jeżeli nie widzieliście pogadanki Stuarta [https://www.youtube.com/watch?v=vOdobc7jtQo], polecam – jeśli przypadł wam do gustu TLJ, to pozwoli Wam zrozumieć, dlaczego tak naprawdę wielu ludzi pogardza tą pozycją i uznaje, że napluto im nią w twarz.

    „Ostatni Jedi” w takim wydaniu musiał spolaryzować publiczność. Odszedł on bowiem od podstawowego załozenia, które dawnym „Gwiezdnym wojnom” dało powodzenie: eskapistycznej przygody głęboko osadzonej w mitologii, uciekającej od rozwodzenia się nad realiami politycznymi epoki, w której powstał film. „Nowa nadzieja” kończyła z amerykańskim odpowiednikiem kina moralnego niepokoju, sceptycyzmem i krytyką społeczną, wieloznacznością moralną; rozpoczęła natomiast kino nowej przygody z jasnym podziałem na dobro i zło, klasycznymi archetypami i najbardziej podstawowym, campbellowskim monomitem – mitem bohatera odbywającego swoją podróż od zera ku dojrzałości…

    Dzięki temu odcięciu się od społecznych realiów lat ’70 i później ’80 Saga stała się ponadczasowa i uniwersalna. Przemawiała do wszystkich, bo oparcie się na mitologii, z samej istoty przynależnej do czasów przednowoczesnych, w których współczesne ideologie nie istniały a liczyły się głównie osobiste wartości witalistyczne i rodzinne, pozwalało odciąć się od bierzączki i poglądów dotyczących obecnego społeczeństwa, w jakim się żyło i stanowisk ideologicznych jakie się w nim zajmowało. To w pierwszej kolejności zostało zaprzepaszczone.

    Disney nie wyciągnął właściwych wniosków na temat SW albo sądził, że ujdzie mu na sucho, jeśli sprzeniewierzy się takiej tradycji – postanowił w siermiężny sposób agitować politycznie na rzecz kobiet i innych mniejszości, czyli umoczył Gwiezdne wojny w problematyce i aksjologii dzisiejszych czasów na Zachodzie, zamiast opowiedzieć dobrą, ponadczasową, mitologiczną historię. Klasyczne SW można oglądać w każdej kulturze, w każdych czasach. Nieważne czy to Indie, Japonia czy inny Pakistan albo Polska. Nieważne, czy dana kultura uznaje równouprawnienie kobiet czy nie. Czy jest progresywna, czy nie. Archetypowość i mitologiczność sprawia, że dawne filmy są zrozumiałe wszędzie, niezależnie od stopnia emancypacji jakichkolwiek grup w społeczeństwie.

    Gdyby się zastanowić nad wątkiem politycznym, to możnaby dojść do wniosku, że przez swoją mitologiczność SW są franczyzą skrajnie konserwatywną. Przednowoczesność, w której nie istniała nigdy żadna lewica (ani prawica, dodajmy), w której nie negocjowano reguł społecznych w głosowaniach, w której nikogo nie emancypowano, lecz żyło się według sztywnych wytycznych religii i wyprowadzonych z nich rytuałów i obyczajów – niezmiennych i odwiecznych praw, respektując naturalny porządek rzeczy wpisany w tradycję, cóż, kiepsko wiąże się z lewicowym, reformatorskim i rewolucyjnym oglądem świata. „Gwiezdne wojny” są z samej swojej natury spirytualistyczne i „ciemnogrodzkie” [Luke atakując Gwiazdę Śmierci wyłącza komputer i zdaje się na wiarę.]. Sama konwencja uniemożliwia wiarygodnego wprowadzania elementów progresywistycznych, bo to zrywa z ich baśniowością. Dlatego mamy monarchie, księżniczki, hrabiów i Imperatora. To nie „Star Trek”, gdzie można sobie pozwolić na wprowadzanie agendy nowocześniackiej; gdy będę miał ochotę na emancypację dyskryminowanych sztucznych inteligencji, to sobie włączę „Treka”, ale nie będę takich tematów szukał w Gwiezdnych wojnach, bo to po prostu zły adres.

    Sądzę, że w tym tkwi podstawowy szkopuł: nie da się zrobić dobrych SW, ignorując, pozbywając się warstwy mitologicznej albo ją umniejszając. Nie da się zrobić świeckich SW, które by się obroniły. Ich nie można unowocześnić bez zniszczenia i
    zbanalizowania. Nie zostaną zakładnikiem żadnej egalitarnej propagandy,
    bo ich treścią jest zawsze inicjacja a nie walka o jakieś postulaty,
    parytety i inne role społeczne. Jeżeli bohater/bohaterka nie dojrzeje,
    nie przejdzie swoich prób, nie otrzymamy również wiarygodnej historii
    mitycznej. Bycie wybrańcem, posiadanie jakiejś misji z natury rzeczy
    jest nieegalitarne.

    W „The Last Jedi” mieliśmy do czynienia z próbą uczynienia tego. Na przykład z filmu wyniknęło, że tak naprawdę losami Galaktyki i przeznaczeniem nie rządzi wcale aspekt duchowy – Moc, lecz zwykli handlarze bronią i kapitał. Jedi czy Sithowie są jedynie pożytecznymi idiotami wierzącymi w jakieś bzdury, stającymi na czele jakichś frakcji, ale tak naprawdę pełnią rolę służących wobec burżujów bawiących się w Canto Bight, robiących na ich wydumanych konfliktach hajs. Materialistyczne, marksistowskie diagnozy w Gwiezdnych wojnach? Serio? To ma być jakaś autoparodia? „Pan życia i śmierci” w odległej Galaktyce?

    SW w swojej naturze zawsze były dość fatalistyczne, ale fatum w nich nie
    było banalne i redukowane do bandy croniesów, którzy robią biznes z
    władzą i opozycją, aby napędzać nieustannie wojny. Przy takim ujęciu
    konflikt dobra i zła nie ma tam żadnego znaczenia – nie ma też większego
    sensu, kto jest po czyjej stronie, bo i tak wszyscy są tylko
    marionetkami kapitału a religia pełni wobec niego rolę służebną.

    Tego obrazoburczego materializmu jest zresztą więcej: mamy do czynienia z ostatecznym bankructwem wierzeń
    Jedi, którzy sami zniszczyli swój cywilizacyjny dorobek, uznając swe
    nauki za bezwartościowe (z uzasadnieniem, że skoro jedna
    uczennica przyjęła pewne lekcje, to już cała nauka jest zbędna i lekką
    ręką można ją zniweczyć ot tak). Yoda bez większego powodu, postanawia zniszczyć pierwszą świątynię Jedi,
    s#%@c na swoją tradycję religijną. [To trochę tak, jakby pokazać papieża
    podpalającego Watykan i uznającego, że w sumie po co cały ten wysiłek
    poprzednich pokoleń, i tak na nic się to zdało..].

    Z bardzo silnym tropem przemysłu
    zbrojeniowego i wyrazistą kreacją del Toro, mamy całkowite zniweczenie
    znaczenia Mocy i całego mistycyzmu SW.

    Podobnie zniesmaczył mnie wątek mentorski w TLJ. Nie dlatego, żeby mentor
    nie mógł być człowiekiem złamanym, zgorzkniałym i przez większość czasu
    bezużytecznym dla ucznia – istnieje bowiem film z natury podobny do
    „Gwiezdnych wojen”, opierający się na takim toposie; to jest „Ostatni
    smok” z Dennisem Quaidem. Tam, grany przez niego rycerz Bowen, piewca
    starego kodeksu w wyniku katastrofalnego niepowodzenia wychowawczego,
    staje się właśnie takim antybohaterem, rozczarowanym życiem dupkiem,
    cynikiem i oportunistą robiącym w ciula wieśniaków, odrzucającym po
    porażce swoje dawne wartości. Cały jego character arc opiera się
    na odnowieniu dawnego ja i doprowadzeniu się do poprzedniego stanu
    używalności, po to, by naprawić dawną pomyłkę oraz wesprzeć stronę,
    która bez jego wiedzy i pomocy nie da sobie rady.

    De facto historia Luke’a jest w TLJ identyczna, ale przedstawiają ją bez
    podobnego ducha i szacunku do postaci czy widza. Jakby zupełnie od
    niechcenia. Tutaj w ogóle nie czuje się wagi wewnętrznej przemiany,
    wszystko jest od razu zaironizowane (bo jak Skywalker odpowiada na
    szantaż emocjonalny R2?). Nie mówiąc już o tym, że dla sporego grona
    fanów SW już sam powód upadku Luke’a jest niewiarygodny, bo niezgodny z
    charakterem postaci. Mark Hamill – z zawodu Luke Skywalker, też zresztą
    nie kupuje tego, co ma grać.

    Dlatego mamy to, co mamy. Motyw nauki, kuszenia Rey przez Ciemną Stronę
    też nie jest nijak rozwinięty – coś tam nam rzucają, nawet ładne
    wizualnie, ale po chwili okazuje się, że w mistycyzmie Mocy nie leżą
    żadne przełomowe wskazówki, żadna ważna wiedza życiowa, niezbędna dla
    samopoznania i przemiany Rey. Czyli kwestia w gruncie rzeczy bez
    większych konsekwencji dla rozwoju postaci. Tego zresztą też nie uświadczymy, więc ten film to absolutny niewypał pod względem struktury podróży bohatera.

    TLJ to po prostu wypada blado jako lewicowa próba zmodernizowania Starwarsów; ich laicyzacja i relatywizacja w postaci osłabienia wymowy
    aspektów religijnych nie mogła się udać, bo istotą SW jest właśnie
    spirytualizm Mocy i uderzanie w niego z automatu jest próbą samobójczą;
    niezrozumieniem konwencji, co nigdy nie zostanie wybaczone. Egalitaryzacja użytkowania Mocy również wypada słabiutko i Jedi tracą swój unikalny charakter, w dodatku nie muszą już nad tym pracować

    Kończąc wpis, dotknę zresztą najważniejszego, co często jest w ogóle pomijane, gdy ludzie skupiają się na aspektach technicznych filmu: wizualiach i ich widowiskowości, muzyce, udźwiękowieniu… Co z przesłaniem moralnym tych nowych Gwiezdnych wojen? Czy po obejrzeniu TLJ uznalibyście, że ten film nadaje się do pomocy w wychowaniu swoich dzieci? Oryginalne SW pokazał mi we wczesnych latach ’90 mój ojciec – wychowałem się na tamtych filmach, ale niestety nie mogę przekazać pałeczki dalej, bo ta część jest do bólu nihilistyczną trucizną dla duszy. Subwersja nie przynależy do filmów na jakie można zabrać dzieci, bo cóż one z tego wyniosą? Że bohaterstwo to przeżytek i nie warto być heroicznym? Że należy bezwarunkowo słuchać przełożonych, zwłaszcza gdy są biseksualnymi kobietami, nawet gdy fatalnie przekazują informacje niezbędne do skutecznego działania? Że nie warto poświęcać się dla większej sprawy, a w wojnie chodzi o ratowanie kochanych, nie zaś pokonywanie przeciwnika?

    [Josh Cowart

    I said the same thing. Star Wars was the heroes journey which is a
    romantic notion. Post modernists don’t believe in romantic notions.
    That’s why Luke basically said nothing matters, Jedi, Sith, whatever.
    The movie also says there’s no heroes.​]

    TLJ gubi dawny, jasny podział na dobro i zło. Nie nadaje się na godną przypowieść czy moralitet, który chciałbym pokazać komuś niedojrzałemu pod moją opieką, aby go ukształtował. Czyli w zasadzie dyskwalifikuje się jako „Gwiezdne wojny”, bo dla kogo one są, jeśli nie dla dzieci i ich ojców, którzy pod płaszczykiem rozrywki chcą im przekazać wartościową lekcję?

    Ten film to zwykły śmieć. Dziś klakierzy opłaceni przez Disneya mogą go chwalić, ale za kilkanaście lat
    nikt o nim nie będzie już pamiętał, bo nie niesie ze sobą niczego
    godnego uwagi. To są Gwiezdne wojny odarte z całej swojej godności,
    wyrzucone do rynsztoka. Strach się bać, jacy ludzie się na nim
    wychowają…

  • karpczonisko

    Ale mi się wydaje, że po prostu część fanów której nie podobało się The Last Jedi pisała o tym w ten sposób, że druga zwyczajnie… uruchomiła reakcje obronną. Gdyby w tej dyskusji rzeczywiście pojawiały się argumenty, a nie „hurr diznej SJW i psuje filmy Lucasa” (pomijając już fakt, że Lucasowi TLJ się podobało XD) + teksty, że „prawdziwemu fanowi nie będzie się podobać ta abominacja” to nie dziwne, że ta część której TLJ się podobało, się striggerowała. Gdyby ktoś serio przedstawił normalne argumenty, typu „film mi się nie podobał, bo był przeładowany akcją” albo „postać Kylo Rena mi się nie podobała bo ARGUMENT X i ARGUMENT Y” to okej, uszanowałbym to zdanie i podjąłbym pewnie cywilizowaną dyskusję. Ale jak ktoś pisze, że „TLJ jest do dupy, bo jest filmem Disneya, a Kylo Ren jest gówniany” (a takie opinie spotykam często) no to sorry. Jedyne co pozostaje to albo zniżyć się do jego poziomu, albo zwyczajnie olać.

    • Dużo w tym prawdy. Bardzo ciężko jest się powstrzymać od reakcji, jak ktoś zwyczajnie zaczyna Ci ubliżać i twierdzić, że np. nie jesteś prawdziwym fanem albo Disney Cię kupił, i zwykle prowadzi to właśnie do zniżenia się do poziomu obrażającego. Tak działa ludzka psychika… Nawet ja miałem problem z powstrzymaniem się od pewnych słów, mimo że jestem tu redaktorem naczelnym i mi zwyczajnie nie wypada wchodzić w pyskówki z takimi osobami.

      • M.T.

        Hehe, pamiętam jak w grudniu widziałem komentarz z zarzutem, że jesteście opłacani przez Disneya, to parsknąłem śmiechem, bo bardziej absurdalnego oskarżenia wysuniętego w kierunku redakcji małego portalu, gdzie aktywność użytkowników jest średnia nie widziałem 🙂

    • Antares_PL

      Cóż, mój kulturalny i umiarkowanie krytyczny komentarz dotyczący Ostatniego Jedi na niniejszym portalu został oznaczony jako spam i ostatecznie nie był dostępny dla użytkowników. Tutaj można się zastanowić kto, dlaczego i gdzie jest wolność słowa. 😉

  • Viktor Hark

    Był tu taki długi, genialny komentarz odnoszący się m.in. do tego jak bardzo TLJ jest umoczony w różnego rodzaju ideologiach i obecnych realiach politycznych. Co się z nim stało? :/
    Pytam bo byłem bardzo ciekaw dyskusji jaka się pod nim wywiąże.

    • Εμπαθεων

      Disqus go zgubił, dlatego się nie wyświetla. Gdy wyłączy się skrypty (na przykład za pomocą wtyczki NoScript), widać jego pierwotną wersję, bez poprawek i z rozwalonym formatowaniem.

      Mogę go spróbować wrzucić na nowo, podzielony na kilka części. Może wtedy zostanie poprawnie osadzony na stronce.

  • Εμπαθεων

    A mnie wcale nie dziwi to, co dzieje się w fandomie SW, zwłaszcza po filmie takim jak „The Last Jedi”. Sądzę, że absolutną rację ma David Stuart, opisujący pracę Johnsona jako nienawistny list do Gwiezdnych wojen i ich fanów (w przeciwieństwie do „Przebudzenia Mocy”, które było odpowiednikiem listu miłosnego do Sagi i również mu się nie podobało, właśnie z tego powodu, że nie prezentowało odrębnej historii, a powieliło i otoczyło cenione, nostalgiczne elementy dodatkową patyną, komentując SW jako zjawisko kulturowe). Jeżeli nie widzieliście pogadanki Stuarta https://www.youtube.com/watch?v=vOdobc7jtQo, polecam – jeśli przypadł wam do gustu TLJ, to pozwoli Wam zrozumieć, dlaczego tak naprawdę wielu ludzi pogardza tą pozycją i uznaje, że napluto im nią w twarz.

    „Ostatni Jedi” w takim wydaniu musiał spolaryzować publiczność. Odszedł on bowiem od podstawowego załozenia, które dawnym „Gwiezdnym wojnom” dało powodzenie: eskapistycznej przygody głęboko osadzonej w mitologii, uciekającej od rozwodzenia się nad realiami politycznymi epoki, w której powstał film. „Nowa nadzieja” kończyła z amerykańskim odpowiednikiem kina moralnego niepokoju, sceptycyzmem i krytyką społeczną, wieloznacznością moralną; rozpoczęła natomiast kino nowej przygody z jasnym podziałem na dobro i zło, klasycznymi archetypami i najbardziej podstawowym, campbellowskim monomitem – mitem bohatera odbywającego swoją podróż od zera ku dojrzałości…

    Dzięki temu odcięciu się od społecznych realiów lat ’70 (i później ’80) Saga stała się ponadczasowa i uniwersalna. Przemawiała do wszystkich, bo oparcie się na mitologii, z samej istoty przynależnej do czasów przednowoczesnych, w których współczesne ideologie nie istniały a liczyły się głównie osobiste wartości witalistyczne i rodzinne, pozwalało widzom odciąć się od bierzączki i poglądów dotyczących obecnego społeczeństwa, w jakim żyli i stanowisk ideologicznych jakie w nim zajmowali. To w pierwszej kolejności zostało zaprzepaszczone.

    • Εμπαθεων

      Disney nie wyciągnął właściwych wniosków na temat SW albo sądził, że ujdzie mu na sucho, jeśli sprzeniewierzy się takiej tradycji – postanowił w siermiężny sposób agitować politycznie na rzecz kobiet i innych mniejszości, czyli umoczył Gwiezdne wojny w problematyce i aksjologii współczesnego Zachodu, zamiast opowiedzieć dobrą, ponadczasową, mitologiczną historię. Klasyczne SW można oglądać w każdej kulturze, w każdych czasach. Nieważne czy to Indie, Japonia czy inny Pakistan albo Polska. Nieważne, czy dana kultura uznaje równouprawnienie kobiet czy nie. Czy jest progresywna, czy nie. Archetypowość i mitologiczność sprawia, że dawne filmy są zrozumiałe wszędzie, niezależnie od stopnia emancypacji jakichkolwiek grup w społeczeństwie.

      Gdyby się zastanowić nad wątkiem politycznym, to możnaby dojść do wniosku, że przez swoją mitologiczność SW są franczyzą skrajnie konserwatywną. Przednowoczesność, w której nie istniała nigdy żadna lewica (ani prawica, dodajmy), w której nie negocjowano reguł społecznych w głosowaniach, w której nikogo nie emancypowano, lecz żyło się według sztywnych wytycznych religii i wyprowadzonych z nich rytuałów i obyczajów – niezmiennych i odwiecznych praw, respektując naturalny porządek rzeczy wpisany w tradycję, cóż, kiepsko wiąże się z lewicowym, reformatorskim i rewolucyjnym oglądem świata. „Gwiezdne wojny” są z samej swojej natury spirytualistyczne i „ciemnogrodzkie” [Luke atakując Gwiazdę Śmierci wyłącza komputer i zdaje się na wiarę.]. Sama konwencja uniemożliwia wiarygodnego wprowadzania elementów progresywistycznych, bo to zrywa z ich baśniowością. Dlatego mamy monarchie, księżniczki, hrabiów i Imperatora. To nie „Star Trek”, gdzie można sobie pozwolić na wprowadzanie agendy nowocześniackiej; gdy będę miał ochotę na emancypację dyskryminowanych sztucznych inteligencji, to sobie włączę „Treka”, ale nie będę takich tematów szukał w Gwiezdnych wojnach, bo to po prostu zły adres.

      • That Immo

        Ale wiesz, że zadaniem współczesnego mitu jest „umoczenie się w problematyce i
        aksjologii współczesnej”?

        • Εμπαθεων

          Zależy jak to rozumiesz. Współczesna aksjologia najchętniej upupiłaby po Gombrowiczowsku jednostkę za pomocą państwa i polityki, odebrała jej wszelką samodzielność i ograniczyła kompetencje do absolutnego minimum, całość z kolei zabetonowała konformizmem i wygodnictwem. Mit pozwala na pracę nad sobą, wytyczenie ścieżki życiowej i stały wzrost, mierzenie się z kolejnymi trudnościami w następujących próbach.

          Współczesny mit, jeżeli miałby być klasycznym monomitem, powinien walczyć z jałowymi treściami, jakie są dziś obecne w kulturze; znajdować odpowiednie środki, aby się temu przeciwstawić i uruchamiać ludzkie działanie, nie zaś powielać treści, które możemy znaleźć dziś w ideologiach, upośledzających ludzi.

          W TLJ zresztą nie mamy żadnych prób mitologizacji, raczej demitologizację i zastąpienie jej nachalnym, tandetnym moralizatorstwem nakierowanym na specyficzne problemy.

    • Εμπαθεων

      Sądzę, że w tym tkwi podstawowy szkopuł: nie da się zrobić dobrych SW, ignorując lub pozbywając się warstwy mitologicznej albo ją umniejszając. Nie da się zrobić świeckich SW, które by się obroniły. Ich nie można unowocześnić bez zniszczenia i zbanalizowania. Nie zostaną zakładnikiem żadnej egalitarnej propagandy, bo ich treścią jest zawsze inicjacja a nie walka o jakieś postulaty, parytety i inne role społeczne. Jeżeli bohater/bohaterka nie dojrzeje, nie przejdzie swoich prób, nie otrzymamy również wiarygodnej historii mitycznej. Bycie wybrańcem, posiadanie jakiejś misji z natury rzeczy
      jest nieegalitarne. Nie pasuje do obecnych czasów i ich przekazu.

      W „The Last Jedi” mieliśmy do czynienia z próbą uczynienia tego na siłę. Na przykład z filmu wyniknęło, że tak naprawdę losami Galaktyki i przeznaczeniem nie rządzi wcale aspekt duchowy – Moc, lecz zwykli handlarze bronią i kapitał. Jedi czy Sithowie są jedynie pożytecznymi idiotami wierzącymi w jakieś bzdury, stającymi na czele jakichś frakcji, ale tak naprawdę pełnią rolę służących wobec burżujów bawiących się w Canto Bight, robiących na ich wydumanych konfliktach hajs. Materialistyczne, marksistowskie diagnozy w Gwiezdnych wojnach? Serio? To ma być jakaś autoparodia? „Pan życia i śmierci” w odległej Galaktyce?

      SW w swojej naturze zawsze były dość fatalistyczne, ale fatum w nich nie było banalne i redukowane do bandy croniesów, którzy robią biznes z władzą i opozycją, aby napędzać nieustannie wojny. Przy takim ujęciu konflikt dobra i zła nie ma tam żadnego znaczenia – nie ma też większego sensu, kto jest po czyjej stronie, bo i tak wszyscy są tylko
      marionetkami kapitału a religia pełni wobec niego rolę służebną.

      Tego obrazoburczego materializmu jest zresztą więcej: mamy do czynienia z ostatecznym bankructwem wierzeń Jedi, którzy sami zniszczyli swój cywilizacyjny dorobek, uznając swe
      nauki za bezwartościowe (z uzasadnieniem, że skoro jedna uczennica przyjęła pewne lekcje, to już cała nauka jest zbędna i lekką ręką można ją zniweczyć ot tak). Yoda bez większego powodu, postanawia zniszczyć pierwszą świątynię Jedi, s#%@c na swoją tradycję religijną.
      [To trochę tak, jakby pokazać papieża podpalającego Watykan i uznającego, że w sumie po co cały ten wysiłek poprzednich pokoleń, i tak na nic się to zdało..].

    • Εμπαθεων

      Z bardzo silnym tropem przemysłu zbrojeniowego i wyrazistą kreacją del Toro, mamy całkowite zniweczenie znaczenia Mocy i całego mistycyzmu SW.

      Podobnie zniesmaczył mnie wątek mentorski w TLJ. Nie dlatego, żeby mentor nie mógł być człowiekiem złamanym, zgorzkniałym i przez większość czasu bezużytecznym dla ucznia – istnieje bowiem film z natury podobny do „Gwiezdnych wojen”, opierający się na takim toposie; to jest „Ostatni smok” z Dennisem Quaidem. Tam, grany przez niego rycerz Bowen, piewca starego kodeksu w wyniku katastrofalnego niepowodzenia wychowawczego,
      staje się właśnie takim antybohaterem, rozczarowanym życiem dupkiem, cynikiem i oportunistą robiącym w ciula wieśniaków, odrzucającym po porażce swoje dawne wartości. Cały jego character arc opiera się na odnowieniu dawnego ja i doprowadzeniu się do poprzedniego stanu używalności, po to, by naprawić dawną pomyłkę oraz wesprzeć stronę,
      która bez jego wiedzy i pomocy nie da sobie rady.

      De facto historia Luke’a jest w TLJ identyczna, ale przedstawiają ją bez podobnego ducha i szacunku do postaci czy widza. Jakby zupełnie od niechcenia. Tutaj w ogóle nie czuje się wagi wewnętrznej przemiany, wszystko jest od razu zaironizowane (bo jak Skywalker odpowiada na szantaż emocjonalny R2?). Nie mówiąc już o tym, że dla sporego grona
      fanów SW już sam powód upadku Luke’a jest niewiarygodny, bo niezgodny z charakterem postaci. Mark Hamill – z zawodu Luke Skywalker, też zresztą nie kupuje tego, co ma grać.

      Dlatego mamy to, co mamy. Motyw nauki, kuszenia Rey przez Ciemną Stronę też nie jest nijak rozwinięty – coś tam nam rzucają, nawet ładne wizualnie i zastanawiające, ale po chwili okazuje się, że w mistycyzmie Mocy nie leżą żadne przełomowe wskazówki, żadna ważna wiedza życiowa, niezbędna dla samopoznania i przemiany Rey. Czyli kwestia w gruncie rzeczy bez większych konsekwencji dla rozwoju postaci. Tego zresztą również nie uświadczymy, więc ten film to absolutny niewypał pod względem struktury podróży bohatera, z papierową wszechkompetentną protagonistką, która bez przygotowania wszystko potrafi. Antyteza dramaturgii!

    • Εμπαθεων

      TLJ to po prostu wypada blado jako lewicowa próba zmodernizowania Starwarsów; ich laicyzacja i relatywizacja w postaci osłabienia wymowy aspektów religijnych nie mogła się udać, bo istotą SW jest właśnie spirytualizm Mocy i uderzanie w niego z automatu jest próbą samobójczą; niezrozumieniem konwencji, co nigdy nie zostanie wybaczone. [Jedynie bardzo inteligentny KOTOR II był w stanie w interesujący sposób zaatakować za pomocą Krei starwarsowe sacrum.] Egalitaryzacja użytkowania Mocy również wypada słabiutko i Jedi tracą swój unikalny charakter, w dodatku nie muszą już nad tym pracować, przez co przestają być godnymi szacunku.

      Kończąc wpis, dotknę zresztą najważniejszego, co często jest w ogóle pomijane, gdy ludzie skupiają się na aspektach technicznych filmu: wizualiach i ich widowiskowości, muzyce, udźwiękowieniu…

      Mianowicie – co z przesłaniem moralnym tych nowych Gwiezdnych wojen? Czy po obejrzeniu TLJ uznalibyście, że ten film nadaje się do pomocy w wychowaniu swoich dzieci? Oryginalne SW pokazał mi we wczesnych latach ’90 mój ojciec – wychowałem się na tamtych filmach, ale niestety nie mogę przekazać pałeczki dalej, bo ta część jest do bólu nihilistyczną trucizną dla duszy. Subwersja nie przynależy do filmów na jakie można zabrać dzieci, bo cóż one z tego wyniosą? Że bohaterstwo to przeżytek i nie warto być heroicznym? Że należy bezwarunkowo słuchać przełożonych, zwłaszcza gdy są biseksualnymi kobietami, nawet gdy fatalnie przekazują informacje niezbędne do skutecznego działania? Że nie warto poświęcać się dla większej sprawy, a w wojnie chodzi o ratowanie kochanych, nie zaś pokonywanie przeciwnika?

    • Εμπαθεων

      [Josh Cowart:
      I said the same thing. Star Wars was the heroes journey which is a romantic notion.
      Post modernists don’t believe in romantic notions.
      That’s why Luke basically said nothing matters, Jedi, Sith, whatever.
      The movie also says there’s no heroes.​]

      TLJ gubi dawny, jasny podział na dobro i zło. Nie nadaje się na godną przypowieść czy moralitet, który chciałbym pokazać komuś niedojrzałemu pod moją opieką, aby go ukształtował. Czyli w zasadzie dyskwalifikuje się jako „Gwiezdne wojny”, bo dla kogo one są, jeśli nie dla dzieci i ich ojców, którzy pod płaszczykiem rozrywki chcą im przekazać wartościową lekcję?

      Ten film to zwykły śmieć. Dziś klakierzy opłaceni przez Disneya mogą go chwalić, ale za kilkanaście lat nikt o nim nie będzie już pamiętał, bo nie niesie ze sobą niczego godnego uwagi. To są Gwiezdne wojny odarte z całej swojej godności, wyrzucone do rynsztoka. Poza ich estetyką nie ma niczego z ich prawdziwego ducha. Strach się bać, jacy ludzie się na nim wychowają…

  • Hej, ciekawy i ważny tekst. Po swojej stronie ,,barykady” (w fandomie Star Treka) widze podobną tendencję związaną z pojawieniem się nowego serialu – mam nadzieję, że więcej osób będzie prezentować twoje podejście.
    Pozwoliłam sobie wrzucić linka d Twojego tekstu na stronie inicjatywy, którą zarządzam: https://www.facebook.com/FANaberiaZin/
    Chcemy stworzyć miejsce ciekawej i dojrzałej wymiany (naukowych i nie tylko) zdań na temat fanów i fandomów, gdybyś kiedyś chciał u nas opublikować jakiś tekst, byłoby super 🙂