Leia jakiej nie znaliście – recenzja „Więzów krwi”

Niewątpliwym problemem Epizodu VII okazała się olbrzymia luka czasowa między nim a Powrotem Jedi. 30 lat pustki, 30 lat, o których po skasowaniu starego kanonu nie wiemy tak naprawdę nic. Dla wielu osób był to problem nie do przeskoczenia, ciężko tak naprawdę zrozumieć, o co chodzi, skąd wziął się Ruch Oporu, skoro mamy (nie) funkcjonującą Nową Republikę, spod jakiego kamienia wypełzł Najwyższy Porządek… Szybko zaczęto wydawać książki próbujące naprawić ten brak, niektóre gorsze, niektóre lepsze. Szczęśliwie, Więzy krwi zdecydowanie należą do tej drugiej kategorii.

Akcja książki koncentruje się wokół księżniczki Leii, senator Nowej Republiki. Niestety, jak można się spodziewać, mimo zwycięstwa, sytuacja nie układa się pomyślnie, jako że każdy ma swój pomysł na to, jak rządzić galaktyką. Podobnie jak w przypadku starego porządku, tak i tutaj brakuje silnego przywództwa. Rada może być tylko jedna: powołać kogoś, kto ogarnie ten bałagan, a któż lepiej nadaje się na takie stanowisko niż księżniczka, mająca za sobą niejedną batalię, zarówno z blasterem, jak i datapadem w dłoni? Jednak problemy polityczne to nie jedyne kłopoty Nowej Republiki – za kulisami knują bowiem przywódcy galaktycznego półświatka oraz ludzie, z którymi lepiej nie zadzierać, a którzy wydają się reprezentować dosyć tajemniczą organizację militarną, mającą pewne powiązania z dawnym Imperium…


Jak widać nawet po tak krótkim opisie, osią fabularną książki jest polityka i to polityka w bardzo realistycznym wydaniu, co zresztą wydaje się dosyć charakterystyczną cechą nowego kanonu. W nowej rzeczywistości nie wystarczy być bowiem bohaterką wojenną, symbolem Rebelii, by zainspirować wszystkich, by doprowadzić do powszechnej zgody. Nie. Ilu światów, ilu senatorów u władzy, tyle opinii, tyle celów, chwilami aż rozumie się Palpatine’a. Pamiętacie scenę na Coruscant, kiedy Padmé Amidala próbuje wyłożyć sprawę Naboo przed Kanclerzem? Stała się symbolem absolutnej niemocy Senatu, korupcji, utknięcia w procedurach i tutaj właściwie mamy do czynienia z bardzo podobnym zachowaniem. Każde słowo może wywołać sprzeciw, jałową dyskusję i wzajemne obrzucanie się błotem. A przecież wcale nie jest tak idealnie – jak już wspomniałam, są światy cierpiące w tym nowym porządku niemal tak, jak za rządów Palpatine’a, pod tym względem nic się nie zmienia.

Senat jest mieszanką istot o przeróżnym nastawieniu i przeróżnych celach, co powoduje, iż w książce pojawia się cały wachlarz postaci, które… które wcale nie są tak jednoznaczne, jakby można to podejrzewać. Co więcej, Claudia Gray bardzo umiejętnie bawi się czytelnikiem, nastawiając go do postaci dosyć pejoratywnie w kilku scenach, by później przedstawić ją w zupełnie innym świetle. Oczywiście mamy fantastyczną, bardzo wiarygodną Leię, targaną rozterkami, pragnącą zrezygnować ze swego stanowiska, dołączyć do Hana, szlajającego się jak zwykle po galaktyce. Leię, którą jeszcze czasem dopada przeszłość, niekiedy w bardzo spektakularny sposób (który zresztą może być bardzo wiarygodnym powodem dla takiego, a nie innego zachowania Bena Solo). Jej sztab, pomijając Threepio, to także ludzie z krwi i kości, choć mają swoje wady, wybierają jednak rzeczy słuszne. Rewelacyjnym bohaterem jest Ransolm Casterfo, młody przedstawiciel opozycji o zainteresowaniach, powiedzmy, dość kontrowersyjnych. Stworzenie kogoś, kto dotrzyma kroku takiej postaci jak Leia nie należy do zadań łatwych, a tutaj udało się wręcz koncertowo. Powiem więcej – jeśli miałabym wskazać swojego ulubieńca w tej powieści, myślę, że byłby to właśnie Casterfo. Niewiele ustępuje mu także lady Carise Sindian, niewiarygodnie wręcz skoncentrowana na osiągnięciu swoich celów, nawet jeśli ceną tego jest czyjeś nieszczęście i poniżenie.

Wiecie, że zawsze marzyły mi się gwiezdnowojenne powieści, które będą po prostu inne, nie opowiadające po raz setny czwarty o kolejnym zagrożeniu spoza galaktyki, o kolejnym Sithu wygrzebanym niewątpliwie spod jednego z kamieni na Korribanie czy następnym Jedi ukrywającym się przed Vaderem i Imperatorem podczas Wielkiej Czystki. Marzyły mi się powieści nieschematyczne, inne, również gatunkowo – wszak wszechświat Gwiezdnych wojen jest naprawdę bardzo urozmaicony. W starym Expanded Universe próbowano tego z marnym skutkiem (zmarnowany potencjał Nocy Coruscant), teraz widzę pewien postęp, również za sprawą tej pozycji. Jak wspomniałam, to bardziej powieść polityczna niż przygodowa, choć zawiera i elementy przygodowe, bardzo umiejętnie wplecione w akcję, a do tego została napisana wyjątkowo sprawnie i absolutnie nie znuży czytelnika.

Co jednak dla mnie stanowi zaletę, dla kogoś może być sporą wadą, bo na pewno nie otrzyma klasycznej przygodówki starwarsowej. No cóż, warto, by przynajmniej spróbował, bo to kawał solidnego czytadła, w dodatku, jak wszystkie pozycje Uroborosa wydana bardzo przyzwoicie, w doskonałym tłumaczeniu Anny Hikiert. Absolutnie nie należy się jednak spodziewać wyjaśnienia wszystkich zagadek Przebudzenia Mocy – tych było zdecydowanie zbyt wiele, by „załatwić” to jedną książką, choćby nawet i znakomitą.


Autor: Claudia Gray
Okładka: Scott Biel
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 19 lipca 2017 (Polska), 3 maja 2016 (USA)
Objętość: 480
Czas akcji: 28 ABY

Ocena: 10/10

Dziękujemy wydawnictwu Uroboros za udostępnienie egzemplarza książki na potrzeby naszej recenzji.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook66Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Wojciech Dzieliński

    Powiem szczerze, że jak dla mnie obecny kanon właśnie takimi książkami bije na głowę stary.Na 12 książek na półce, tylko 4 traktują o użytkownikach mocy. Bohaterami reszty są właśnie wojskowi i politycy, pokazujący zupełnie inaczej niż wcześniej uniwersum, gdzie było skupienie właśnie na Jedi i Sithach. I to jest bardzo dobre.

  • Krzysztof Rojowski

    Skończyłem czytać Więzy Krwi na krótko przed premierą The Last Jedi i była to książka, która jeszcze bardziej dokręciła mój hype na nowy epizod. Chociaż szczerze powiedziawszy, na początku miałem pewne problemy z lekturą. Fabuła moim zdaniem rozwija się bardzo powoli (tak do 1/3 całości), ale potem jak ruszyła z kopyta, to się nie mogłem oderwać.

    A swoją drogą wydaje mi się, że gry Snoke mówi do Kylo o jego krwi Skywalkerów, to taki mały ukłon w stronę książki Grey 😉 Bloodlines stawiam nawet wyżej aniżeli Lost Stars.