Gwiezdnowojenny „Bodyguard”, czy może coś więcej? – recenzja „Mrocznych gier”

Uwaga! Artykuł został pierwotnie opublikowany w sierpniu 2013 roku, kilka miesięcy przed zamianą starego Expanded Universe w Legendy

Sam przedstawiany w zapowiedziach zarys powieści Mroczne gry wywołał entuzjazm. Celebrytka i jej ochroniarz czyli Whitney Houston i Kevin Costner w świcie Gwiezdnych wojen. Cudo, oddech i wytchnienie od nieustannego ratowania galaktyki, jedynych nadziei i starć boskich mocy ponad głowami maluczkich. Może w końcu poczytamy o tych właśnie statystycznych obywatelach schwytanych w pole rażenia wielkich wydarzeń, bo przecież akcja powieści toczy się dzień przed rewolucją, w roku zero, w którym Luke Skywalker wspomagany Mocą i szczęściem początkującego trafi tam, gdzie trzeba pierwszym strzałem i…

Zanim jednak dojdzie do wiekopomnych zdarzeń, opisywanych w kronikach historycznych, towarzyszymy gwieździe estrady, sławnej, utalentowanej, bogatej i oczywiście obowiązkowo pięknej Javul Charn w trasie koncertowej. Dziewczyna ma problem nadgorliwego fana, który wysyła listy z pogróżkami i innymi subtelnymi aluzjami daje znać, że najchętniej wysłałby gwiazdę w zaświaty. Artystka wynajmuje ochronę, co odbywa się w dość niecodzienny sposób. Gdyby przełożyć to na realia naszego świata artystka udałaby się na parking dla kierowców wielkich ciężarówek w poszukiwaniu… ochotników do chwilowego przekwalifikowania? I szczęśliwie trafia na takiego, któremu właśnie paskudnie zepsuł się samochód, środków na naprawę brak i musi poszukać innego zajęcia.

Artyści bywają ekscentryczni, udanie się do agencji ochrony byłoby nudne i sztampowe, a czasem w szaleństwie jest metoda… I oto na scenę wkracza Dash Rendar. Powołany do życia z okazji projektu Cienie Imperium, gdzie zastępował chwilowo unieruchomionego Hana Solo, pilot, przemytnik, wolny strzelec z przeszłością początkowo irytował banalnymi tekstami z nadmiarem słów „najlepszy”, „najszybszy”, „najsprytniejszy”… Po ochłonięciu przypomniałam sobie o własnych przechwałkach dotyczących pokonania pewnej trasy poniżej dziewięciu minut.


Oczywiście problemy gwiazdy rosną z każdym przebytym parsekiem… Czym mielibyśmy się fascynować, gdyby było inaczej? Może Dashowi pracowałoby się łatwiej, gdyby artystka nie była tak tajemnicza w sprawie własnej przeszłości. Powolutku pojawiają się odłamki prawdy, ale pełen obraz sytuacji jest nieustannie ukrywany. Ktoś szkodzi naszej obowiązkowo pięknej ogromnie utalentowanej bohaterce, ale kto i dlaczego, czy jest to jedna osoba, czy kilka oto jest pytanie. Skomplikowanie intrygi rośnie, rośnie zagrożenie, rośnie ranga przeciwnika, z któremu należy ostatecznie stawić czoła.

Opowieść jest dobra i nie nudzi. Postaci już wcześniej spotkane i te zupełnie nowe dokładają swoje cegiełki do budowanej historii. I zupełnie, co dziwne, nie przeszkadza wciągnięty na pokład Han Solo jego obecność wywołuje naturalną rywalizację obu panów, wszak on i Dash zajmują tą samą niszę ekologiczną: rodzaj – awanturnik i słodki drań, gatunek – obowiązkowy przystojniak. A tuż obok panoszy się atrakcyjna i inteligentna dama w opałach. Autorzy oferują nam więc przygodową, kryminalną historię ze znaczną porcją przedstawicieli półświatka, odpowiednim dawkowaniem akcji, kumulującymi się zagadkami i niedopowiedzeniami przyprawioną sporą dozą udanego humoru. Tylko, gdy gdzieś daleko przed końcem lektury zaczyna prześwitywać rozwiązanie, które po chwili zostało potwierdzone słowami jednej z postaci, cały entuzjazm ulotnił się jak sen jaki złoty. Dlaczego? Czy w ogromnej odległej galaktyce nikt nie pracuje wyłącznie dla swojego portfela, państwowych służb bezpieczeństwa, rodziny mafijnej, lokalnej policji, zakamuflowanej organizacji religijnej… Czy wszędzie musi pojawiać się jedynie ideologicznie słuszna droga postępowania bohaterów?

No dobrze, jest jak jest, historię piszą zwycięzcy i zapewne warunkiem publikacji jest zawarcie w opowieści obowiązkowej dawki propagandy, najbardziej sfrustrowany czytelnik nic tu nie zmieni. Ostatecznie mamy dzień przed rewolucją, za chwilę zmieni się kształt świata, gdy pewien farmer z Tatooine… Znowu Tatooine? Czy wszyscy celebryci galaktyki muszą być związani z tym miejscem? Świat najbardziej odległy od wesołego centrum startuje do roli najważniejszego miejsca w historii, tylko biedni włodarze Imperium nie mieli o tym pojęcia.

Do czego tu się jeszcze przyczepić? Do rozwiązania typu deus ex machina, gdy sytuacja wydaje się beznadziejna, wszystko zawodzi i śmierć zagląda w oczy, nagle zjawia się… Tak, to już było. To drugi moment, w którym mój entuzjazm w stosunku do książki zachował się jak indeksy giełdowe w czasie kryzysu. Klisza w stylu „Baba utopiona w wannie zawsze wstaje”, ale tym razem nie był to akcent komediowy. Widać w Gwiezdnych wojnach sama Śmierć nie jest pewna swego, nawet gdy ktoś spada w niebyt, nawet po tym jak ciało przestało być całością.

Pomimo momentów bessy książka Reavesa i Bohnhoff nieco pomogła podnieść się indeksowi Gwiezdnych wojen na mojej czytelniczej giełdzie. Zdecydowanie więcej tu plusów dodatnich niż ujemnych. Oczywiście każda powieść z odległej galaktyki bez ratowania świata, sporów religijnych i rycerzy Zakonu zyskuje u mnie niesamowicie wysoki kurs otwarcia, ale w trakcie czytania może się to zmienić.

Ale Mroczne gry to książka z gatunku tych, które lubię – akcja i przygoda, nawiązania do tego, co było i wprowadzanie nowości, inteligentny humor, postacie, którym nie życzy się nagłej i niespodziewanej śmierci, ale kibicuje ich poczynaniom. Bohaterowie, które na siebie reagują, rozmawiają, odkrywają i poznają, i nie są tylko narzędziami do trzymania blastera czy innego urządzenia w typie niebezpiecznym dla otoczenia i wygłaszania dumnych (i durnych) komentarzy. Nie można odmówić znacznego wkładu Mai Bohnhoff w ożywienie przedstawianego w powieści świata sztuki, muzyka to jej drugi żywioł i to zapewne ona tworzyła Javul Charn, artystkę estrady. Na swoją kolej w świecie Gwiezdnych wojen czekają maklerzy. Prawnicy. Sportowcy. Policjanci. Murarze…

Spotkaj się z nami na Facebooku!