5 powodów, dla których kochamy „Atak klonów”

Atak klonów, podobnie jak Mroczne widmo, nie wywołał może zachwytu fanów (delikatnie mówiąc), ale mimo to ma w sobie mnóstwo świetnych rzeczy. Na przykład tych.

Hrabia Dooku

Z postacią Dooku (lub, jak kto woli – Dartha Tyranusa) jest pewien problem. Jedni fani uwielbiają tę mroczną personę, głównie za jej świetne odegranie przez legendarnego już wręcz aktora, Christophera Lee. Drudzy z kolei upatrują się w niej generycznego czarnego charakteru skleconego na szybko i na siłę (być może, by wypełnić pustą lukę po odrzuconym pomyśle na innego potężnego Mrocznego Lorda Sithów…). Osobiście zaliczam się do tych pierwszych. Z kilku powodów. Po pierwsze, jako się już rzekło, Dooku w filmach to po prostu świetnie odegrana postać. Po drugie, nie można powiedzieć, że jest wciśnięty do fabuły „na siłę” – sam fakt, że jest byłym mistrzem Qui-Gona i do tego Jedi, który odszedł z zakonu (co pasuje też do buntowniczej natury jego ucznia), sprawia, że obecność tej postaci wydaje się naturalna. Po trzecie wreszcie, rozwinięcie charakteru i historii hrabiego w książkach, komiksach, grach i serialach sprawiło, że zaczął się jawić jako podstępny i groźny złoczyńca, lecz zarazem skonfliktowana i złożona wewnętrznie postać. Choć warto podkreślić, że na to drugie większy nacisk położony był w twórczości zaliczającej się obecnie do starego kanonu. Tak czy siak, debiutujący (i to z przytupem – widowiskowo pojedynkując się na koniec i ukazując swą potęgę) w Ataku klonów Dooku zapisał się złotymi zgłoskami w historii Star Wars jako jeden z bardziej charyzmatycznych Lordów Sithów. [Suweren]


Jango Fett

Boba Fett stał się postacią kultową ze względu na jego ciekawy wygląd, małomówność i groźną postawę. Niestety, jedyna scena akcji z jego udziałem kończy się bezsensownym końcem w paszczy Sarlacca. Dopiero postęp technologiczny pozwolił Lucasowi stworzyć po wielu latach pojedynek z prawdziwego zdarzenia, w którym mogliśmy zobaczyć jak wygląda starcie technologii i wyszkolenia Mandalorian z nadprzyrodzonymi zdolnościami Jedi. Na pochwałę zasługuje także walka w kosmosie z udziałem „Slave I”, jednak sceny z Jango nie polegają jedynie na starciach. Spotkanie z Obi-Wanem na Kamino jest jedną z niewielu scen, gdzie dialogi są świetne i opierają się na niuansach, a ostateczna dekapitacja łowcy nagród również jest tym, czego potrzebował (a nie dostał) Boba w Powrocie Jedi. Wśród niewielu rzeczy, które nowa trylogia zrobiła lepiej od starej, Mandalorianie zasługują na pochwalną wzmiankę. [Marik Vao]

Coruscant nocą

Scena, w której pościg za zabójcą zabiera Anakina i Obi-Wana w serce tętniącego życiem nocnego Coruscant to jedna z niewielu sekwencji z Epizodu II, którą naprawdę lubię. Za nawiązania estetyczne do cyberpunku. Za pościg śmigaczami ponad bezkresną przepaścią. Za tłumy zróżnicowanych, interesujących obcych i wiele mniejszych smaczków, jak np. transmisje sportowe w tle. No i za mistrzowsko zrobioną scenę w klubie, w tym kultowe „Jedi business” i dialog z dealerem. Ten ostatni zapadł fanom w pamięć na tyle, że nawet przez chwilę niektórzy podejrzewali, że to ten nieznajomy skrywa się pod maską Dartha Kraya. [Vidar]

Muzyka

Muzyka była dla mnie zawsze tą integralną częścią Star Wars, która budowała klimat filmów na równi z fabułą i grą aktorską. Za szczyt formy Johna Williamsa uważam właśnie czasy komponowania ścieżki dźwiękowej do Trylogii Prequeli, w której każda część miała swój niezapomniany przewodni motyw. W Epizodzie I mamy Duel of the Fates, w III Battle of the Heroes, a w Ataku klonów niezwykle emocjonalne Across the Stars, w którym można wyczuć zarówno charakter Padme, jak i Anakina oraz ich połączenie w wątek miłosny (żeby tylko fabularnie wyszło choć w połowie tak dobrze…). Williams nie tylko jednak tworzył nowe kompozycje (choćby scena pościgu), ale też umiejętnie wykorzystywał znane tematy. W ten sposób otrzymujemy również monumentalne rozwinięcie muzyki bitewnej znane ze sceny aktywacji droidów z poprzedniego epizodu, które w tym momencie zostaje całkowicie zawłaszczone przez Wielką Armię Republiki. W tym wszystkim gdzieś w tle słyszymy też znany Imperial March, który w pełni objawia się w scenie odlotu Acclamatorów z Coruscant, ale również zawierający nutki dostojeństwa Republiki. Dzięki Trylogii Prequeli pokochałem muzykę filmową i dlatego tak bardzo mnie boli jej nijakość w sequelach… [Jedi Przemo]

Życie Jedi w Świątyni od kuchni

Po raz pierwszy w historii o rycerzach Jedi usłyszeliśmy w Nowej nadziei z ust Obi-Wana Kenobiego. Jednak w Klasycznej Trylogii dowiadujemy się o nich niewiele. W 1999 roku w Mrocznym widmie mamy okazję zobaczyć Jedi przy pracy oraz obrady Rady Jedi, ale dopiero Atak klonów pokazuje nam fragmenty życia codziennego w Świątyni Jedi, siedzibie Zakonu, miejsca niedostępnego postronnym. Poza znaną już widzom salą zgromadzeń Rady mamy okazję towarzyszyć bohaterom w korytarzach, zaglądamy do Archiwów Jedi nadzorowanych przez Jocastę Nu. Była to wielka biblioteka, która gromadziła i przechowywały wszelkiej maści informacje oraz gwiezdne mapy. W korytarzu Archiwów mijamy rzeźby przedstawiające Straconą Dwudziestkę, w tym oblicze Hrabiego Dooku. Trafiamy również na szkolenie Młodzików prowadzone przez Mistrza Yodę, którzy pomagają Kenobiemu rozwikłać problem zagubionej planety Kamino. Scena ta ma tyle uroku, że zapada w pamięć wielu widzom, bo ciężko się nie uśmiechnąć, gdy niczym w planetarium pojawia się holograficzne morze gwiazd, które otacza młodych Jedi. [Taraissu]

Spotkaj się z nami na Facebooku!