Satysfakcjonujący powrót „Star Wars” do single playera – recenzja „Jedi: Fallen Order”

Odkąd pięć lat temu Disney przejął markę Star Wars, brakowało nam na rynku gier video. Niby powstały dwa Battlefronty i kilka mobilnych wyciągaczy pieniędzy, ale przy całym potencjale Disneya i Electronic Arts jest to śmiesznie mała ilość. Wreszcie pojawił się news o tym, że uznane studio Respawn pracuje nad kolejnym tytułem, który nie dość, że będzie pozbawiony jakichkolwiek DLC, to ma być w 100% nastawiony na solową rozgrywkę! Długo przyszło nam czekać (aż chce się zacytować Long have I waited…) na kolejną grę, ale w końcu nadeszło Jedi: Fallen Order. Niedawno udało mi się zdobyć wszystkie osiągnięcia, zatem śmiało mogę opisać swoje wrażenia z rozgrywki! Sprawdźmy, jak spisało się studio!

Fabuła sztampowa, ale spójna i satysfakcjonująca

Unikając większych spoilerów: historia rozpoczyna się około pięciu lat po Czystce Jedi. Naszym bohaterem jest ocalały padawan Cal Kestis, który ukrywa się przed Imperium jako złomiarz (naprawdę? znowu?), pracujący przy demontażu okrętów z Wojen Klonów. Oczywiście, nie byłoby fabuły, gdyby na skutek różnych okoliczności tajemnica się nie wydała i Cal wraz z nowymi towarzyszami musi uciekać przed ściągającymi ich oddziałami Inkwizycji. Oprócz przeżycia, przyświecać im będzie jeszcze jeden cel: odnalezienie artefaktu, mogącego okazać się kluczem do przetrwania Zakonu Jedi.

Tak prezentuje się wstęp do historii, która z biegiem czasu rozwija się, wprowadzając nowe postaci, wydarzenia oraz kilka nowych perspektyw. Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że jest pisana na kolanie, do bólu przewidywalna i w ciągu całej rozgrywki zaskoczony byłem tylko raz, a wiązało się to z przymusową podróżą do nowej lokacji. Pomimo tego, że fabuła nie jest najmocniejszą stroną, nie mogę również powiedzieć, że jest ona zła. Historia potrafi wciągnąć i zaangażować, postacie są barwne i nie brakuje w nich wielowymiarowości (choć Greez i BD-1 kradną całe show). Dialogi czasem biją sztampą, ale zaraz potem zaskoczą nas swoim humorem i trafnymi wnioskami, więc chcemy je przesłuchać w całości. Jesteśmy po prostu w stanie uwierzyć w autentyczność tych postaci i nie czujemy w nich sztuczności. A to, że fabule brakuje polotu? Mówi się trudno, wszak same filmy opierają się na sprawdzonych schematach.


Fani każdego typu miecza świetlnego znajdą tu coś dla siebie!

Mechaniczny amalgamat

Mechanicznie gra zdaje egzamin, sprawiając wrażenie połączenia takich marek jak Uncharted, Dark Souls i The Force Unleashed. Z pierwszej czerpie filmowe rozwiązania: mnóstwo przygody, a fabuła płynnie przechodzi od akcji do kolejnych przerywników. Dodatkowo duży nacisk położono na eksplorację mapy, na której czeka na nas pełno znajdziek takich jak nasiona roślin, nowe ubrania, skórki na miecz, droida i statek oraz wzmocnienia żywotności i Mocy. Kolejnym elementem do odnalezienia będą tak zwane „echa Mocy”. Cal ma talent do psychometrii, zatem badając niektóre znaleziska będzie w stanie poznać ich historię, uzupełniającą odpowiedni wpis do leksykonu i pozwoli dowiedzieć się więcej o otaczającym nas świecie.

Personalizowanie miecza też może trochę zająć! Do wyboru mamy aż pięć części w kilkunastu wariantach.

Z serii Dark Souls gra czerpie mechanikę walki, opierającą się tutaj na precyzyjnych atakach i blokach, zamiast zwyczajnym zaklikiwaniu przeciwników na śmierć. Owszem, są tacy, którzy giną od jednego uderzenia (biedni szturmowcy…), ale nie brakuje też istot stanowiących dla nas większe zagrożenie. Spotkałem się z zarzutami, że nasz bohater to w porównaniu z takim Starkillerem lub Katarnem zwykła lebiega, ale autorzy tych opinii zdają się nie rozumieć, że Cal to zwykły padawan. Ba! Padawan, który nawet nie był w połowie szkolenia, gdy został sam. Jak można kogoś takiego porównywać do ucznia, szkolonego przez kilkanaście lat przez samego lorda Vadera? Leczyć się można na dwa sposoby: BD-1 może poratować nas leczniczym stymem (odpowiednik soulsowego estusa), ale ich liczba jest ograniczona, albo zdecydujemy się odpocząć w punkcie medytacji (soulsowe ognisko), gdzie zregenerujemy wszystkie nasze zdolności i poznamy nowe moce. Druga opcja wiąże się jednak z tym, że lokacja ulega całkowitemu restartowi i wszyscy pokonani na niej przeciwnicy wracają do życia. Fabularnie wytłumaczone jest to w taki sposób, że przez parę godzin odpoczynku przybyły nowe oddziały/zwierzęta (cóż za przypadek, że dokładnie w takiej samej sile…).

Mapa potrafi być chaotyczna, ale da się w niej odnaleźć.

Z The Force Unleashed gra czerpie często irytujące aspekty zręcznościowe. W Fallen Order znajdziemy całą masę terenów, na które dostaniemy się tylko dzięki perfekcyjnemu skokowi, huśtaniu się na linie lub najbardziej znienawidzonemu przez wszystkich ślizgowi po zjeżdżalni. Niektóre lokacje będą wymagały od nas także rozwiązania paru łamigłówek i trochę szkoda, że nie pokuszono się o ich większą liczbę.

Jeśli komuś zależy na „splatynowaniu” tej gry, to całość nie powinna zająć więcej niż 20 godzin na normalnym poziomie trudności. Zaraz, skoro tylko 20 h, to czemu tyle czekaliśmy na recenzję? Otóż gra zawierała sporą liczbę bugów i glitchy. Nie brakowało sytuacji, w których kompletnie się zaciąłem i jedynym rozwiązaniem stał się całkowity reset gry, a wtedy trzeba było zaczynać od ostatniego punktu zapisu. Dodatkowo przez trzy tygodnie twórcom nie udało się wrzucić aktualizacji naprawiającej zachowanie konkretnego typu wrogów, który zwyczajnie się nie pojawiał. Nie było to niezbędne do ukończenia fabuły, ale do zdobycia trzech osiągnięć już tak. W tym momencie gra powinna już działać bez zarzutów, ale nie zdziwcie się, jeśli nagle nie będziecie w stanie przyciągnąć liny lub uciec od szatkujących Cala wiatraków.

Pozostaje niedosyt

Oprawa audiowizualna jest jak najbardziej w porządku, choć niczym specjalnym nas nie zachwyci. Ba, widziałem gry z ładniejszą grafiką i tu pojawia się kolejny „problem”. Ewidentnie widać, że EA bało się wyłożyć większe pieniądze na stworzenie tego tytułu i w porównaniu do innych gier sygnowanych logiem Electronic Arts, można powiedzieć, że Fallen Order jest tytułem budżetowym. Krótka kampania, ograniczona liczba planet, na które trzeba kilka razy wracać przebiegając przez te same lokacje, stosunkowo niewiele umiejętności… W teorii wszystko wytłumaczono fabularnie, ale w praktyce widzimy, że były to działania maskujące braki w budżecie na rozwinięcie skrzydeł w pełni.

Krajobrazy potrafią zachwycić.

Podsumowując, Fallen Order to gra, która ma swoje problemy, ale i tak zapewni dużo rozrywki! Każdy jej aspekt wykonano co najmniej porządnie, więc śmiało mogę ją polecić każdemu fanowi Star Wars. Nie jest to tytuł, który trafi do panteonu najlepszych gier w uniwersum, ale zdecydowanie stanowi krok w dobrą stronę i biorąc pod uwagę jej oceny i wyniki sprzedaży, możemy być pewni wydania kontynuacji! 8/10.

Spotkaj się z nami na Facebooku!