Ostatni pojedynek

9 lat przed zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci
***

Nadiru Radena stanął na szczycie wzgórza i spojrzał w górę, na krwistoczerwone niebo.

Czekał.

Czekał, bo tylko to mógł teraz robić.

Restuuri. Kolejna bezwartościowa planeta, usytuowana gdzieś w przestworzach Zewnętrznych Rubieży, świat porzucony tysiąclecia temu, przez zmęczonych nim kolonistów. Z góry przypominał czerwonobiałą kulę, odpychającą zarówno swym wyglądem, jak i cechami. Okrążający orbitę gwiazdy, która lada dzień mogła zamienić się w supernową, nie przyciągał żadnego księżyca, ani też uwagi cywilizowanych istot żywych. Na mapach gwiezdnych Republiki jego istnienie ograniczało się do krótkiej wzmianki o „opuszczonej kolonii”. Gdyby miał zgadywać, powiedziałby że na kartach Imperium zachowała się co najwyżej jego nazwa.

Dziesięciogodzinna doba, temperatura nie wyższa niż plus dziesięć stopni, ciążenie równe ośmiu dziesiątym coruscańskiego, niemal nieustające lodowate ulewy deszczu, z nieznanego powodu zabarwionego na karmazyn, porywy przeszywającego wiatru, upiorne szkarłatne niebo…

Świat obdarty z jasności, obdarty z życia. Z Mocy.

Jego ostatnia kryjówka. Wiedział, iż następnej już nie będzie.

Nadiru Radena cieszył się jedną z ostatnich chwil spokoju, które mu jeszcze pozostały. Nawałnica zakończyła się moment wcześniej i krople deszczu dudniące bez ustanku o przerdzewiałe poszycie wraku jego statku, nareszcie zamilkły. Zapewne nierozsądne było ukrywanie się w metalowej skorupie bezużytecznego okrętu, lecz już go to nie obchodziło. Czas ucieczki definitywnie dobiegł kresu.

Całym swym ciałem czuł, jak zbliża się ku niemu mroczna mgławica, czarny cień przeszłości. Ostateczne przeznaczenie wszystkich tych, którzy oparli się pokusom Imperatora Palpatine’a – człowieka, który był ongiś Wielkim Kanclerzem Republiki.

Darth Vader, Mroczny Lord Sithów.

Radena ciaśniej otulił się grubym płaszczem Jedi. Biało-rubinowe chmury powtórnie opanowały nieboskłon Restuuri, a w powietrzu rozległ się gromki grzmot błyskawicy, która na moment rozświetliła jego sylwetkę błękitnawym blaskiem. Rzucił okiem na odległy krajobraz nieprzyjemnej planety, poorany płytkimi wąwozami niczym skóra wojownika bliznami i przepełnione wodą jeziora, iskrzące się w nikłym świetle jak tafle lodu. Zaczął powolną wędrówkę w kierunku niedalekiej kotliny po skałach wygładzonych przez silną erozję, gdzie rozbił się jego YT-1000, dawno temu dumnie nazwany przez jakiegoś idealistę „Ostatecznym Zwycięstwem”.

Zbliżała się kolejna burza.

***

Imperialny Niszczyciel Gwiezdny „Zemsta” sunął bezgłośnie przez międzygwiezdną pustkę lodowatej próżni, oddalony od najbliższego bastionu cywilizacji o dziesiątki lat świetlnych. Potężny okręt wojenny w kształcie trójkąta, najeżony dziesiątkami dział turbolaserowych i jonowych, który samym swym istnieniem stanowił niezaprzeczalny symbol upadku Republiki, nie znalazł się tam przez przypadek.

Nic, co czynił Lord Darth Vader nie miało w sobie choćby odrobiny przypadku.

Wraz z specyficznym sykiem rozprężanego gazu otwieranych grodzi, na mostku Niszczyciela Gwiezdnego zapanowała pełna odrętwienia i trwogi cisza. Nawet maszyneria „Zemsty” uległa sile tego przestrachu i dziwnie zamilkła. Podejrzanie spokojny, miarowy odgłos wypełnił szerokie pomieszczenie ciężkim nastrojem niepokoju oraz niepewności. W uszach członków załogi brzmiał zapewne złowrogo i bardzo głośno. Nikt nawet nie odważył się spojrzeć na środkową platformę mostka; metaliczny stukot kroków był wręcz paraliżujący. Na czoła najbliżej stojących podoficerów napłynęły krople zimnego potu, ale choć z trudem opanowali porażający ich ciało bezruch, nie zdołali ukryć nienaturalnej bladości i mimowolnego drżenia rąk.

Wysoka czarna postać okryta ciemnym płaszczem, sięgającym srebrzystej podłogi okrętu, nawet na chwilę nie przystanęła. Mroczna sława osobnika okrytego daalańskim pancerzem w przerażającej obsydianowej masce zakrywającej całą twarz, już od ponad dekady była rozpoznawana we wszystkich zakątkach Znanej Galaktyki.

Lord Darth Vader podszedł do niższej od siebie postaci, ubranej w idealnie dopasowany mundur kapitana Marynarki Imperium. Oficer uprzejmie i z należnym szacunkiem, ale bez strachu towarzyszącego całej reszcie załogi, pokłonił się swojemu zwierzchnikowi.

– Kapitanie Thrawn – rzekł Mroczny Lord Sith osobliwym, basowym głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Czy statek jest gotowy do drogi?
– Oczywiście, Lordzie Vader – odpowiedział spokojnie oficer, przypuszczalnie jeden z niewielu nieludzi w Imperialnych Siłach Zbrojnych. Zza czarnej maski Dartha Vadera zdawał się przezierać lodowaty, przeszywający wzrok, zdolny skruszyć serca nawet najbardziej odważnych istot.
– Wybrałem cię, bo jesteś najlepszy, kapitanie. Imperator osobiście mi ciebie polecił – rzekł z pewną dozą wyzwania i jednocześnie przestrogi. – Mam nadzieję, że się nie pomylił.

Thrawn, którego cechami charakterystycznymi były idealnie błękitna skóra, czarne jak smoła włosy, pałające czerwone oczy zdolne przejrzeć każdego na wylot oraz wiele niezwykłych zdolności, zaszczycił prawą rękę Palpatine’a pokornym uśmiechem.

– Nawet nie zasługuję na zaszczyt bycia wspominanym przez naszego Imperatora, Lordzie Vader – odparł kurtuazyjnie Thrawn – Jak mogę ci służyć, mój panie?

Darth Vader długą chwilę kontemplował ciszę, wypełniając ją złowróżbnym, rytmicznym dźwiękiem wtłaczanego do maski powietrza.

– To proste, kapitanie – powiedział w końcu. – Twój statek ma mnie zabrać do systemu Restuuri.
– Oczywiście, Lordzie Vader.

Thrawn odwrócił się na pięcie i pospiesznie wydał rozkazy swoim podwładnym.

– Będziemy na miejscu za kilka godzin, mój panie – oświadczył po krótkiej konwersacji z drugim oficerem. – Zaraz włączymy hipernapęd.

Gdy tylko wypowiedział te słowa, gwiazdy za iluminatorem rozmazały się, by po chwili utworzyć piękną, błękitno-białą mozaikę nadprzestrzeni. Darth Vader stał chwilę w bezruchu, a następnie odwrócił się do tyłu i na odchodnym oznajmił:
– Będę w swojej kabinie, kapitanie.
– Tak jest, mój panie.

Thrawn powiódł wzrokiem za czarną postacią, po czym złączył dłonie za plecami i spojrzał w głąb hiperprzestrzennej pustki.

***

Wydaje się, iż czas leczy każdą ranę. Nie w jego przypadku.

Koszmar, katastrofa, klęska – w ciągu tych trzynastu lat, nigdy inaczej tego nie nazwał.

To miała być całkiem prosta, szybka misja: uratować Obi-Wana Kenobiego, Anakina Skywalkera i senator Padmé Naberrié. W efekcie rozgorzała najstraszliwsza wojna galaktyczna, jaką widziano od czasów Odkupionego Revana, trwająca trzy lata krwawa batalia o dominację, tocząca się pomiędzy Republiką Galaktyczną a Konfederacją Niezależnych Systemów. Bitwa o Geonosis była jej przerażającym początkiem.

Strugi deszczu zaczęły bębnić o pogięty kadłub wraku, gdy Radena zamknął grodzie oddzielające go od zewnętrznego świata. Poobijany korelliański frachtowiec zlał się ze skałami Restuuri, stając się dla niego niczym więcej niż tylko bezpiecznym schronieniem. Ogarnęła go melancholia. Wspomnienia o tym, jak dostał się w to miejsce, zepchnął na samo dno swojej świadomości. Wystarczyła mu świadomość, że we wnętrzu frachtowca, którego prędko dopadło wyjątkowo paskudne przeznaczenie, ostały się tylko dwa nieuszkodzone pomieszczenia. Przez ostatnich kilkanaście tygodni jego życie zostało zredukowane do tegoż właśnie skrawka przestrzeni.

Bez nadziei na przyszłość.

Nie żeby tej nadziei na początku nie miał – miał, inaczej nie byłby godzien miana Mistrza Jedi. Po prostu doświadczenie nauczyło go, że pewnych rzeczy nie da się uniknąć. Udało mu się na moment przywrócić do życia system łączności frachtowca, ale to nie starczyło; echo jego wołania o pomoc rozeszło się w międzygwiezdnej przestrzeni już grubo ponad tydzień temu. Po pewnym czasie uznał tą beznadziejną próbę za absolutną głupotę. W tej galaktyce nie było już żadnych przyjaciół, za to roiło się w niej od wrogów. Cóż za ironia – zamiast sprowadzić pomoc, sprowadził zagładę.

Nadiru Radena ze spuszczoną głową wkroczył do zrujnowanej sterowni i ciężko rozsiadł się na pokiereszowanym fotelu pilota, pamiętającym jeszcze czasy rządów Finisa Valoruma. Sięgnął do pasa i podniósł na wysokość oczu rękojeść miecza świetlnego. Kilkakrotnie obrócił w dłoniach chłodny, metalowy cylinder będący ucieleśnieniem sztuki Zakonu Jedi, duchem wielu pokoleń rodziny Radena-Sunrider, a także ich uczniów. Nur Taris, jego jedyny padawan, zginął dzierżąc w dłoni ten miecz – w bitwie, która rozpoczęła koszmar trzech piekielnych lat Wojen Klonów, a potem okres panowania Galaktycznego Imperium.

Mroczny cień był coraz bliżej. Wyraźnie czuł jego obecność. Wraz z jego przybyciem, czas ucieczki dobiega kresu.

Nadiru Radena niespiesznie wstał i przypiął miecz świetlny do pasa. Echo jego cichych kroków po raz ostatni rozległo się we wnętrzu korelliańskiego frachtowca, aż w ostateczności umilkło, kiedy wyszedł na zewnątrz. Zimne krople nieprzerwanego deszczu uderzyły w okrytą kapturem głowę, gdy ta po raz ostatni odwróciła się w kierunku wraku.

Wszystko działo się ostatni raz.

***

Niebiesko-biała mgławica zamigotała i przemieniła się w obraz setek tysięcy migoczących punkcików zawieszonych w lodowatej próżni. Dopełnieniem nowego obrazu była olbrzymia tarcza czerwonej planety osnutej pasmami ciężkich chmur.

– Proszę powiadomić Lorda Vadera, że… – Thrawn urwał zdanie w tym samym momencie, w którym stojący przed nim porucznik na ułamek sekundy odwrócił wzrok i zastygł w nieco komicznej pozie.
– Mój panie. – Kapitan lekko skłonił się w kierunku nadchodzącej postaci. – Zaraz znajdziemy się na orbicie Restuuri.

Metaliczny stukot butów Mrocznego Lorda umilkł na rzecz niepokojącego dźwięku recyrkulacji powietrza. Na krótką chwilę zaległa cisza. Dowódca Niszczyciela Gwiezdnego zwrócił pałające oczy z powrotem na niższego rangą oficera.

– Poruczniku, za parę minut chcę mieć dokładny raport o wszystkim, co się dzieje na tej planecie. Liczy się nawet najdrobniejszy detal. Czy to jasne?
– Tak jest, kapitanie.

Podoficer odszedł i przez następnych parę sekund cisza z powrotem objęła w panowanie mostek imperialnego okrętu.

– Mój panie?

Darth Vader trwał w bezruchu niczym kamienny posąg, lecz pomimo tego z wnętrza jego maski dobyła się odpowiedź:
– Proszę przygotować mój prom, kapitanie.
– Pozwoliłem sobie już zatroszczyć o ten aspekt, Lordzie Vader. – Na usta Thrawna napłynął leciutki, niemal niezauważalny uśmiech. – Jakie są twoje rozkazy, panie?

Vader, zdawało się, nieogarniętym wzrokiem ostrym jak wibromiecz, przewiercił błękitną twarz dowódcy okrętu, by po chwili rzec:
– Czekajcie tu na mnie. Każdy, kto wskoczy do tego systemu, ma zostać zniszczony. Bez wyjątków.
– Tak się stanie, mój panie.

Lord Darth Vader nie zaszczycił spojrzeniem nikogo z członków załogi – na szczęście dla niej – i znikł za stalowymi grodziami mostka Imperialnego Niszczyciela Gwiezdnego tak prędko, jak się pojawił.

***

Nadiru Radena wspomógł swoje nogi mięśniami rąk, powoli wdrapując się po stoku coraz wyżej i wyżej. Cały ociekał lodowatymi kroplami deszczu, ale to tylko zwiększyło jego pragnienie dotarcia jak najszybciej na górę. Sam szczyt w istocie go nie interesował, tylko położone nieco niżej wejście do gęstego labiryntu korytarzy i jaskiń. Przez ostatnich parę tygodni spenetrował je wzdłuż i wszerz, a teraz wiedza zdobyta dzięki tym wyprawom miała zostać spożytkowana.

Poślizgnął się na jednym z kamieni, ale dzięki mocnemu chwytowi lewej dłoni, zaciśniętej na skalnym występie znajdującym się obok jego głowy, nie potoczył się w dół zbocza. Jęknął z wysiłku i znalazł lepsze oparcie dla stóp. Kontynuował mozolną wspinaczkę, a po chwili dotarł do szerokiej na kilkaset metrów skalnej półki, skąd dzieliło go zaledwie parę kroków do pogrążonej w mroku pieczary.

Nagle w powietrzu rozległ się potężny huk, którego przyczyną z całą pewnością nie była błyskawica. Obejrzał się za ramię, lecz nie dostrzegł niczego, oprócz wielkiej chmury i prześwitujących przez nią promieni czerwonawego słońca. Mimo to doskonale wiedział, co spowodowało grzmot. Lord Darth Vader – a właściwie jego prom kosmiczny.

Radena, którego nagle ogarnął nienaturalny chłód, bez wahania wkroczył do wnętrza pierwszej jaskini. Nie przyglądał się jej dokładnie ani teraz, ani przedtem, bowiem nie było takiej potrzeby. Znał takie miejsca nie od dziś, a restuuriańskie korytarze – wilgotne, niekiedy rozjaśnione światłem słonecznym, wciskającym się przez liczne szczeliny w skałach, pełne stalaktytów, stalagmitów i strumyczków leniwie sączących się przez ściany – bardzo przypominały mu te na Alaris Prime, gdzie dawno temu walczył z Separatystami.

Mistrz Jedi stanął na samym środku obszernej groty, którą gdzieniegdzie rozjaśniał blask promyczków światła. Potoki wody przechodziły tą samą drogą co światło, przez co w środku groty widniało wiele mniej lub bardziej głębokich kałuż. Odbite od nich refleksy tworzyły skomplikowane wzory na okolicznych ścianach i szacie Mistrza Jedi, przemykającego pomiędzy nimi.

Nadiru Radena już tydzień wcześniej uznał, że jest to doskonałe miejsce na spotkanie z przeszłością i swym niezbyt niemiłym przeznaczeniem.

***

Gdyby na Restuuri mieszkały jakiekolwiek zwierzęta większe niż ślimaki, zapewne rozpierzchłyby się w panice na wszystkie strony. Ale nie mieszkały, toteż ogłuszający jazgot silników jedynie odbił się pustym echem od ścian i zamilkł. Gdyby na Restuuri istniały jakiekolwiek rośliny większe niż mchy, zapewne zgięłyby się wpół, bezsilne wobec nowej, niespotykanej siły. Ale nie istniały, toteż szaleńczy pęd powietrza przetoczył jedynie kilka kamieni i w końcu rozwiał się. Gdyby zaś na Restuuri żyli ludzie, zapewne przygotowaliby się do walki na śmierć i życie. A tak… przelot pojedynczego imperialnego promu klasy Lambda i towarzyszących mu sześciu myśliwców typu TIE nie spowodował absolutnie żadnej reakcji.

Srebrzysto-biały wahadłowiec złożył skrzydła i wylądował na niegościnnej ziemi. Eskorta wykonała kilka okrążeń dookoła nieruchomego pojazdu, po czym oddaliła się i zniknęła za widnokręgiem. W tym czasie rampa promu opadła. Obłoki pary, które bezskutecznie starały się otoczyć schodzącą po niej postać, natychmiast rozwiał gwałtowny podmuch wiatru. Za nią pojawiły się dwie inne, a potem jeszcze dwie i jeszcze dwie, lecz pierwsza charakterystycznym gestem nakazała pozostałej szóstce pozostać na pokładzie wahadłowca.

Mroczny Lord Sithów wyszedł spod ochronnego parasola kadłuba maszyny i nie zważając na strugi deszczu uderzające o jego pancerz, ruszył w dalszą drogę.

Sześciu imperialnych szturmowców obejrzało się za swym dowódcą. Wzruszając ramionami okrytymi płytami białej zbroi weszli z powrotem do środka ciasnego, ale przynajmniej dość bezpiecznego wnętrza pojazdu, zastanawiając się w duchu czego prawa ręką ich władcy szuka na takiej paskudnej planecie.

Darth Vader nie zastanawiał się nad niczym. Wystarczyło, iż był coraz bliżej swojego celu.

***

Nadiru Radena czekał, już ostatni raz.

Ostatnie godziny życia skłaniały do refleksji. Czy to nie zabawne rozmyślać o życiu dopiero, gdy się kończy? Czyżby przez całą tą dekadę nie miał czasu na nic innego niż tylko walka i ucieczka? Dziesięć lat… Któż by pomyślał, że tak długo będzie trwać jego pogoń za nieosiągalnym celem – spokojem. Widać jedyne śmierć może dać ukojenie.

Westchnął. Już od pewnego czasu zastanawiał się gdzie popełnił błąd. On. Zakon Jedi. Obi-Wan Kenobi. Gdzie został popełniony błąd, który doprowadził do upadku tego, co znali? Śmierć Nura Tarisa w Bitwie o Geonosis. Anihilacja Zakonu Jedi. Zatracenie się Anakina Skywalkera. To wszystko, choć tak odmienne i pozornie niezwiązane ze sobą, to błędy wynikające z jednej rzeczy. To ona powodowała, że Nadiru Radena nie miał szans w walce z potęgą Ciemnej Strony Mocy.

Rzeczą tą było nauczanie. Nauczanie, któremu Jedi nie potrafili sprostać. Inaczej nie byłoby śmierci Nura Tarisa, Zakonu Jedi, Anakina Skywalkera i w ostateczności samego Nadiru Radeny.

Taka prosta rzecz. A efekty… efekty niewyobrażalne, tak przerażające, że na zawsze zmieniły oblicze Galaktyki.

Darth Vader już tu był. Odetchnął głęboko. Czekanie nareszcie się skończyło.

***

Czarna postać w zbroi wysunęła się ze skalnego korytarza, weszła do wnętrza dużej groty i wyprostowała się. Od jej smolistego pancerza odbiły się świetliste refleksy najbliższej kałuży i migotliwe, czerwone światełko systemu podtrzymywania życia. Dźwięk jej miarowego oddechu nadawał całej sytuacji wyjątkowy posmak grozy, co było zapewne zgodne z założeniami twórców czarnej zbroi.

– Mistrz Radena. – Głos odbił się głuchym echem pomiędzy pustymi ścianami jaskini. – Minęło sporo czasu od naszego ostatniego spotkania.

Oblicze Rycerza nawet nie drgnęło.

– Doprawdy? Nie przypominam sobie żadnego naszego spotkania – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Za to przypominam sobie kilka spotkań z niejakim Anakinem Skywalkerem – dodał jadowicie. – Czy to imię coś ci nie mówi?

Mroczny Lord Sithów nie dał się sprowokować.

– Anakin nie żyje. Obi-Wan Kenobi zabił go na Mustafarze. – Vader ruszył do przodu. – Zabiłem już wielu Jedi, Radena. Ty nie musisz umierać.

Nadiru Radena prychnął.

– Oczywiście. Wystarczy, że się do ciebie przyłączę, czyż nie?
– Opór jest bezcelowy. – Postać w zbroi przybliżyła się o jeszcze jeden krok. Dwóch władców Mocy dzieliło już tylko parę krótkich metrów. – Wszyscy, którzy przeciwstawiają się woli Imperatora muszą zginąć.
– To w takim razie na co czekasz? – rzucił prowokacyjnie Radena, sięgając po rękojeść miecza świetlnego. – Zabij mnie!

Zaatakował. Dwie klingi – jedna czerwona, druga fioletowa – zderzyły się ze sobą, powołując do krótkiego żywota setki iskier. Właściciele obu broni na moment stanęli twarzą w twarz. Żadna nie wyrażała emocji – nawet pomimo faktu, że Nadiru Radena nie nosił maski, tak jak jego przeciwnik. Miecze rozdzieliły się i fioletowe ostrze skierowało się w głowę Lorda Sithów. Darth Vader bez najmniejszego kłopotu zablokował cios, lekko przekręcając klingę w lewą stronę. Błyskawiczny kontratak w postaci dwóch płynnych uderzeń, wymierzył w okolice klatki piersiowej. Radena przyjął pierwszy na miecz, a od drugiego zwyczajnie się uchylił. Nie chcąc utracić dobrej pozycji, po szybkim piruecie ciął na odlew. Vader zrobił unik i jedną dłonią przeprowadził gwałtowne natarcie, złożone z kilku potężnych pchnięć. Purpurowa klinga zatańczyła, raz po raz przechwytując na siebie uderzenia i raptownie zakreśliła szeroki łuk na wysokości łydki przeciwnika. Mroczny Lord Sithów nonszalancko sparował cios i siłą umysłu bezpardonowo posłał Rycerza Jedi na kamienną podłogę jaskini.

Nadiru Radena boleśnie jęknął, lecz prędko odturlał się na bok. Zebrawszy kilka dodatkowych uncji wilgoci na swoją tunikę, nieco chwiejnie wstał. Pokaleczone łokcie po chwili zaczęły się czerwienić od krwi.

Darth Vader ostentacyjnie skierował karmazynowe ostrze w dół, jakby chciał pokazać, że bez trudu pokonałby Mistrza Jedi; nawet gdyby nie miał broni.

– Twoje zdolności zmizerniały od czasu Bitwy o Geonosis.

Nadiru Radena roześmiał się i ułożył rękojeść w pozycji obronno-zaczepnej. Zbliżył się na kilka kroków do Lorda Ciemności, nie zważając, że buty ma po kostkę zanurzone w kałuży wody.
– Widzę, że odrobiłeś swoją pracę domową, Vader. – Dwukrotnie zamarkował uderzenie w pas, lecz Darth Vader ani razu nie dał złapać się na tą prostą sztuczkę. – Klamka zapadła już wiele lat temu. Próbując wywołać wspomnienia tamtych dni, nic nie osiągniesz.
– Zobaczymy.

Nadiru Radena zerknął na obsydianową maskę oponenta i poczuł, że traci pewność siebie. Był już dawno pogodzony z losem, ale wciąż nie potrafił do końca zapanować nad swoimi uczuciami. Nie w stopniu, który pozwoliłby mu z pełną godnością i poczuciem dumy opuścić świat materialny. Nie w stopniu, w którym przestałby się obawiać, że coś pójdzie nie tak.

Wsłuchując się w złowrogi, trzeszczący w uszach oddech Mrocznego Lorda, odniósł wrażenie, że Vader dokładnie zdaje sobie sprawę z jego obaw. I planuje jak je wykorzystać. Po plecach mężczyzny przebiegł lodowaty dreszcz. Jeżeli zbyt szybko przegra i podda się, będzie to gorsze nawet od śmierci. Musiał zachować spokój… i kontrolę nad swoim umysłem.

A myślał, że dobrze się przygotował do tej potyczki.

***

Niszczyciel Gwiezdny klasy Imperial dryfował spokojnie ponad czerwonobiałą tarczą globu, pilnując aby Mroczny Lord Sithów mógł bez przeszkód kontynuować swoją misję. Spokój na orbicie, nie do końca przekładał się jednak na spokój na pokładzie okrętu.

– Kapitanie?
– Tak? – Thrawn odwrócił się od iluminatora. Podporucznik w perfekcyjnie wyprasowanym mundurze, z nietęgą miną oznajmił:
– W sektorze trzecim z nadprzestrzeni wyskoczyło kilka małych jednostek. Wszystkie kierują się w stronę planety.

Thrawn promieniował pewnością siebie, co tylko w nieznacznym stopniu poprawiło samopoczucie podwładnego.

– Czy zidentyfikowano te jednostki?
– Tak, sir. Siedem Z-95, trzy zmodyfikowane myśliwce ARC-170 i jeden lekki frachtowiec typu YT-1300. – Podoficer zerknął raz jeszcze na monitor i dodał: – Znajdują się dwadzieścia sześć kilometrów od nas, kapitanie. Formacja… zdaje się, że „rój”.

Thrawn skinął głową i nacisnął zielony guzik, znajdujący się na mini pulpicie, tuż pod iluminatorem. Wokół dowódcy rozbłysły hologramy zabarwione na słabą czerwień. Ukazywały one na bieżąco dosłownie wszystkie parametry okrętu, począwszy od tablic z danymi, a skończywszy na kilku dwu i trójwymiarowych mapach taktycznych. System ten był bardzo rzadko stosowany przez innych kapitanów Niszczycieli Gwiezdnych, co Thrawn zawsze uważał za poważne uchybienie, prowadzące do licznych błędów i zaniedbań.

– Proszę oznaczyć te jednostki jako wrogów i wysłać na nie wszystkie nasze TIE Fightery.

Podporucznik zawahał się.

– Wszystkie, sir? Czy nie lepiej byłoby najpierw…
– Rozkazy Lorda Vadera są chyba oczywiste, poruczniku. – Głos Thrawna nie miał w sobie nic z ciepła. – Proszę wykonać rozkaz.

Zawstydzony podoficer kiwnął głową.

***

Nadiru Radena stopniowo wycofywał się, odpierając kolejne ataki zgodnie z planem ułożonym na długo przed walką. Ponieważ grota składała się z dwóch części, jednej położonej wyżej – gdzie toczył się pojedynek – a jednej umiejscowionej niżej, za swój cel obrał przedostanie się na dół.

W pewnym momencie dwa miecze świetlne starły się ze sobą i zablokowały w klasycznej próbie sił fizycznych i mentalnych. Klingi napierały na siebie, a ich właściciele starali się osiągnąć przewagę w tym nierównym starciu.

– Nie masz wyboru, Radena – rzekł Darth Vader. – Jedyną alternatywą jest twoja śmierć. I zagłada twojego długiego rodu.
– Wolę śmierć, niż hańbę i poniżenie pod obcasem twojego Imperatora – odparował Jedi, jeszcze mocniej naciskając na Lorda Sithów. Ku jego zdumieniu, Darth Vader rozłączył ostrza i cofnął się.
– Naprawdę tak uważasz? – Zapanowała swego rodzaju napięta cisza, którą potęgowało budzące grozę buczenie dwóch śmiercionośnych broni. – U boku Imperatora i mnie nauczysz się niewyobrażalnych i wspaniałych rzeczy, których nasi dawni Mistrzowie bali się nam pokazać.
– Skoro się bali, to chyba mieli ku temu dobre powody, czyż nie?

Pogardliwa riposta Mistrza Jedi zdała się odbić od hełmu Mrocznego Lorda, niczym gumowa piłeczka.

– Poznasz prawdziwą potęgę Mocy, nieporównywalną do tych nędznych ochłapów, którymi karmili cię Jedi. – Darth Vader zbliżył się, a jego głos stał się jeszcze bardziej doniosły. – Za sprawą Ciemną Strony Mocy będziesz mógł robić rzeczy, o których nawet nie marzyłeś. Będziesz miał władzę nad wszystkim co żywe i martwe. Przyłącz się, a Imperator da ci wszystko, czego tylko zapragniesz!

Nadiru Radena w odpowiedzi uniósł gardę. Jego oczy zaświeciły niezwykłym blaskiem i spytał:
– A cóż tobie dał Imperator, prócz namiastki władzy i owej potęgi, którą tak zachwalasz? Ciemna Strona nie dała ci nic więcej niż cierpienie, rozpacz i iluzję, że żyjesz w świecie idealnym. Świecie, który w rzeczywistości nie istnieje. Czy jest więc jakikolwiek powód, bym miał się do ciebie przyłączyć? Wątpię.

Darth Vader przez chwilę milczał.

– A więc wciąż wierzysz w te banały. I to po tylu latach…
– Tak. I będę wierzył do końca – odparł ze stanowczością, która zdziwiła nawet jego samego.

Mroczny Lord Sithów zaczął zataczać wokół Radeny koła.

– Czy Nur Taris był wart poświęcenia w imię tych ideałów?

Rycerz uśmiechnął się blado.

– Nie zmieniaj tematu. Już ci powiedziałem, Vader. Klamka zapadła.
– Może – rzekł niespiesznie. – Ale Nur Taris nie był przecież jedyny. Rivert Fateborn, Axel Nyon, Ulyss… i jeszcze jedna, ostatnia osoba.
– Ach tak? – Nadiru Radena ledwo przełknął ślinę przez ściśnięte gardło. Lodowaty chłód przeszył jego kręgosłup i brzuch. I nie był to bynajmniej efekt wymienienia nazwisk osób, które były mu bliskie. – Któż to taki?
– Myślę, że doskonale wiesz, Radena.

Poczuł w sercu ukłucie czegoś ostrego. Czy Vader sugerował… Wszystkie wymienione osoby nie żyją. Sięgnął Mocą w kierunku swojego przeciwnika i choć ten pozostawał nieprzenikalny, wychwycił nutkę goryczy zabarwionej nienawiścią. Elin Vass żyła… Minęło tak wiele czasu odkąd ostatni raz spoglądał na jej piękną, łagodną twarz, czuł jej kojącą obecność i ciepło jej objęć. Wspomnienia z Alaris Prime, kiedy pierwszy raz ją poznał, i z Rhen Var, gdzie zmierzyli się z Rozkazem 66, zatarły się – ale pamięć o niej samej pozostała żywa i czysta, niczym klejnot corusca. W kącikach jego oczu skrystalizowały się łzy. Jakże historia Nadiru Radeny podobna była do historii Aruna Radeny… Jego najodleglejszy przodek musiał czuć się podobnie jak on teraz, kiedy lata Pierwszej Czystki oddzieliły go od ukochanej Vimy Sunrider. Musiał czuć ten sam niematerialny, ściskający wnętrzności ból. I olbrzymią, bezdenną tęsknotę.

Mistrz Yoda powiedział mu kiedyś, że tęsknota, czyli preludium strachu, prowadzi na Ciemną Stronę Mocy. Jednak Wielki Mistrz Jedi nie zawsze miał rację, bowiem sama tylko świadomość, że istnieje ktoś, dla kogo warto żyć, była wystarczającym powodem, aby odrzucić Ciemność. Mroczny Lord Sithów mógł być wszechpotężny, lecz nie mógł zmusić go do poddania się. Byłoby to równoznaczne ze zdradą Elin, i tym samym zdradą jednego dziedzica rodziny liczącej cztery tysiąclecia.

– Zabierasz się nie od tej strony co trzeba. – Radena pokręcił głową. Najwyższy czas przerwać tą rozmowę. – Zresztą, czy to ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Mistrz Jedi zakręcił młynka mieczem świetlnym i ruszył do ataku. Zadał dwa precyzyjne ciosy na wysokości ramion Dartha Vadera, zamarkował trzeci, potem uderzył z góry, odbił mizerny kontratak i potężnie zamachnął się przez prawe ramię. Mroczny Lord Sithów – zamiast wykonać szybki unik, jak uczyniłby doświadczony, zwykły szermierz – przestąpił krok do przodu, przechwytując purpurowe ostrze w połowie jego długości. I nie poprzestał na tym. Oderwał energetyczną klingę od drugiego miecza i z całej siły pchnął rękojeść do przodu.

Nadiru Radena nie miał szans sparować tego natarcia mieczem świetlnym, toteż błyskawicznie wygiął się do tyłu w rozpaczliwym uniku, który uratował mu życie. Czerwona klinga zabuczała parę milimetrów ponad jego piersią, po czym została odparowana przez ametystowe ostrze. Powrócił do pionu i z całej siły odepchnął Lorda Sithów. Dwaj władcy Mocy stanęli naprzeciw siebie, zająwszy lustrzane względem siebie pozycje. Teraz Darth Vader znajdował się parę metrów od krawędzi, dzielącej jaskinię na dwie części.

Wir purpurowej energii zakręcił się wokół Radeny i runął na karmazynową klingę niczym uderzenie tsunami. Ciął raz po lewej, raz po prawej, daremnie starając się zaskoczyć Mrocznego Lorda ciosami wyprowadzonymi ze skrajnie odmiennych kątów. Oszałamiająca fioletowa nawałnica za każdym razem natrafiała na mur czerwonego ognia. Jedi spróbował sprawdzonej kombinacji celów – głowa, lewa łydka, głowa, tułów – lecz poniósł klęskę i został zmuszony do wycofania się. Lekko zirytowany niepowodzeniami, a także – przed czym nie potrafił się sam przyznać – trochę wytrącony z równowagi przez niedawne słowa Dartha Vadera, z większym animuszem ruszył do przodu, celując ostrzem w lewe przedramię przeciwnika… i wtedy właśnie nadział się na błyskawiczną, niemal niedostrzegalną kontrę.

Wrzasnął dziko i zatoczył się do tyłu. O mało nie wypuścił miecza z dłoni. Niewielka rana na lewym ramieniu eksplodowała bólem, lecz powstrzymał się przed dotknięciem jej ręką. Wystarczyło, że woda lejąca się ze stropu, wgryzała się w rozcięcie, potęgując jego cierpienia.

– A jednak ma to dla ciebie jakieś znaczenie – rzekł Darth Vader. Rycerz Jedi postawił krok do tyłu i zdenerwowanym tonem odparł:
– Wypchaj się.
– Intrygujące. – Głos Mrocznego Lorda, lekko podsycony ironią, zrobił się głębszy. – Doskonale wiesz, że możesz ją uratować. Wystarczy, że się do mnie przyłączysz.
– Kto tutaj potrzebuje ratunku? – Radena zgrzytnął zębami, rzucając się na wroga. Tylko walka i ruch mogły odepchnąć od niego uczucia, których nie pożądał. Albo je wzmocnić. Fioletowa klinga niebezpiecznie zabuczała ponad czarnym hełmem, lecz została przechwycona i na moment przetrzymana przez Vadera.
– Dobrze wiesz, że to jedyny sposób.

Mistrz Jedi nie odpowiedział, na wpół świadom tego, że przez chwilę stracił nad sobą panowanie, co było celem słownych zaczepek jego wroga. Wciągnął do płuc potężny haust powietrza. To było absurdalne. Zirytowała go sugestia Vadera, iż wie gdzie jest Elin Vass, gdy tymczasem gdyby tak w rzeczywiści było, Radena już by nie żył. Mroczny Lord potrzebował go, tak więc cały czas siał w jego głowie wątpliwości. To z nimi musiał walczyć w swej duszy.

Odbił klingę przeciwnika do góry i zakręcił się dookoła własnej osi, wyprowadzając miażdżący cios na łydki Dartha Vadera. Mroczny Lord sparował go jedną ręką, po czym zrobił szybki wypad w przód. Zdumiony Jedi omal nie stracił równowagi, broniąc się przed zaskakującym kontratakiem, jednak w zamian otrzymał jedyną w swoim rodzaju okazję, by polepszyć swe szanse w tym pojedynku.

Szybkie salto wsparte siłą Mocy, wyniosło go aż pod najeżony stalaktytami strop i poniosło dwa metry za plecy przeciwnika. Skarpa znowu była za jego plecami. Darth Vader niespiesznie, wręcz arogancko odwrócił się.

– Nie masz szans, Radena. Wraz z twoim upadkiem, zginie nadzieja dla twoich przyjaciół. Czy tego właśnie chcesz?

Mistrz Jedi wymierzył kolejny cios prosto w szyję przeciwnika, podbudowany wrażeniem, że Vader zaczyna się motać w swych słowach. Mroczny Lord Sithów nawet specjalnie się nie wysilił na unik. Zamiast tego z całej siły zamachnął się i wytrącił rękojeść miecza świetlnego z rąk Radeny.

– Widzisz? – Słowa odbiły się echem po całej grocie. – Twoja siła jest niczym wobec potęgi Ciemnej Strony Mocy.
– Może istotnie jest niczym – odparł, prychnąwszy. – Ale kiedyś znajdzie się ktoś, kto pokona ciebie i twojego Imperatora. Nie wiesz o tym, że Sithowie zawsze przegrywają?

Rycerz Jedi wykonał salto w tył, chwycił Mocą rękojeść utraconej broni i wylądował kilka metrów niżej, w dolnej części groty. Natychmiast pobiegł w stronę bezpiecznej czeluści wlotu korytarza, prowadzącego w głąb góry.
Runda pierwsza zakończona.

***

Trzy i pół eskadry gwiezdnych myśliwców z pełną mocą silników zbliżały się do jedenastu niezidentyfikowanych jednostek, na czele z korelliańskim frachtowcem. Odległość malała. Pięć kilometrów raptem było czterema, a cztery trzema. Gdy trzy zmieniły się dwa i wydawało się, że czterdzieści dwa TIE Fightery zmiotą swoje ofiary, te rozpierzchły się i wykonały zgrabny zwrot w tył, zmykając ile sił w silnikach. Trójca starych ARC-170 rozpoczęła ostrzał z rufowych działek laserowych, zmuszając imperialne maszyny do rozproszenia szyku. Dystans utrzymywał się na poziomie półtora kilometra i bardzo powoli malał.

Thrawn, obserwujący to wszystko na jednym z hologramów, powiedział:
– Niech myśliwce kontynuują pościg.
Stojący obok podporucznik zaprotestował:
– Kapitanie, to nie ma sensu…
– Ależ ma, poruczniku. – Thrawn nie wygospodarował nawet ułamka sekundy, aby spojrzeć na swojego podwładnego. – Proszę dokładnie obserwować granice studni grawitacyjnej Restuuri.

Podoficer obrzucił dowódcę skonsternowanym spojrzeniem, aczkolwiek nie wypowiedział swoich obaw na głos, wychodząc z założenia, że skoro Thrawna wybrał sam Lord Vader, to o czymś to świadczy. Zgodnie z sugestią, przypatrzył się dokładnie monitorom sekcji sensorów z zamiarem przekonania się, co chodzi po głowie dowódcy… o ile to w ogóle możliwe. Chwila obserwacji wystarczyła do zorientowania się, że przestworza są puste – nie licząc Niszczyciela i myśliwców. Co więcej, sensory nie wykryły wokół planety żadnych zakłóceń nadprzestrzennych, które mogły by być symptomami…

Podporucznik ściągnął brwi.

…przybycia jakiegoś statku.

– Kapitanie. – Wyprostował się. – Sensory wykryły obecność niezidentyfikowanej jednostki w sektorze ósmym. Zgodnie z odczytami, jest to statek wielkości frachtowca, kształtem pasujący do korelliańskich standardów.
– Proszę udawać, że go pan nie spostrzegł i nie kierować tam żadnych sensorów – powiedział pospiesznie Thrawn, pierwszy raz wykazując jakąś odmienną od spokoju emocję. – Kiedy myśliwce naszych niezidentyfikowanych przeciwników wskoczą w nadprzestrzeń, proszę natychmiast odwołać nasze.

Podporucznik tym razem nie zadał żadnego pytania.

***

Mistrz Radena otarł pot z czoła, ponaglony do dalszego marszu przez niewytłumaczalny lęk i świadomość bliskości Mrocznego Lorda Sithów. Biegnąc, zahaczył głową o wystającą skałę i poczuł, jak na jego ciele rozpala się kolejne ognisko bólu. Przemoczony lodowatą wodą i przybity ranami, które w istocie bardziej przeszkadzały niż bolały, dał się ponieść rozdrażnieniu. Zaczęły go przenikać nieprzyjemne dreszcze, a to jeszcze pogorszyło sprawę. Musiał się uspokoić, zaczerpnąć oddechu, uwolnić myśli od bólu spowijającego potłuczone kolana i łokcie, przysmażony bok i rozbitą głowę. Sęk w tym, że nie miał na to czasu.

Przebiegł labirynt podobnych do siebie korytarzy i jaskiń, co kosztowało go wiele wysiłku, kilka nowych zadrapań i całkowicie zmoczone buty, jako, że sekundy wcześniej przedzierał się przez zalaną do cna grotę. Kiedy wreszcie dotarł na miejsce – do ogromnej jaskini, której strop przypominał gigantyczne sito, pozwolił sobie na krótki odpoczynek… i niestety na nic więcej.

Oczy zalewane przez jego własny pot i przysłonięte pozlepianymi kosmykami włosów, rozwarły się ze zdumienia, a zgrabiałe z zimna ręce mimowolnie rozluźniły uchwyt na rękojeści miecza świetlnego.

– Nie uciekniesz, Radena.

Darth Vader wysunął się z korytarza, zalany rubinowym blaskiem miecza świetlnego. Kolejna kaskada lodowatych dreszczy przeszyła mięśnie Radeny, gdy pomyśl o tym z jakich mocy musiał skorzystać Mroczny Lord Sithów, aby go dogonić. Choć może to była tylko iluzja, mająca na celu wprowadzenie go w błąd i osłabienie woli walki? Nie ma takich technik Mocy, które pozwalałyby na teleportację. Ale nawet jeżeli to była tylko iluzja, a Vader rzeczywiście za nim biegł, nie dostrzegł u niego żadnych oznak zmęczenia.

Przymknął na moment powieki w nadziei, że to pozwoli mu uspokoić się i zaczerpnąć więcej siły z potęgi Jasnej Strony Mocy.

– Skąd myśl, że chcę uciec?

Otworzył oczy. Efekt chwili skupienia wahał się pomiędzy żadnym, a mizernym i Radena zaczął się obawiać, że przegra nie osiągając żadnego celu. Krwawił, cierpiał, opuściły go siły i Moc. Gdyby tylko Vader nie przybył tak prędko…

– Moja cierpliwość ma swoje granice, Radena. Twoja śmierć jest bezcelowa… Nie uratujesz w ten sposób swojej wybranki.

Oczy Mistrza Jedi rozbłysły nowym światłem. To była jego szansa!

– I kto to mówi? – Roześmiał się pogardliwie. – Osoba, która nie potrafiła powstrzymać śmierci swojej ukochanej?

Darth Vader nie odpowiedział. To tylko zachęciło go do pójścia za ciosem.

– Słyszałem nawet plotkę… że to ty ją osobiście uśmierciłeś!

Nadiru Radena bezczelnie wyszczerzył zęby i to przeważyło szalę. Natychmiast zrozumiał jak wielką potęgę wyzwolił swoimi słowami. Zrozumiał i boleśnie poczuł.

Prawdziwa burza Mocy uniosła go w górę jakby ważył zaledwie kilka gramów i rzuciła o skalistą ścianę. Było to uderzenie tak silne, że na moment utracił zmysły wzroku i słuchu. Mrok, pisk w uszach i przejmujący chłód wprawiły go w niemożliwy do opanowania lęk, jakiego nigdy w swoim życiu nie doświadczył. Gdy gigantyczny podmuch wreszcie osłabł, Rycerz runął na kolana i wypuścił miecz świetlny z rąk. Z nosa i tyłu głowy zaczęła lecieć mu krew, plecy zaś odezwały się spazmatycznym bólem. Wiedział już, że przesadził i popełnił błąd, który może kosztować go zbyt wiele.

Resztkami sił poderwał się z ziemi, schwycił rękojeść i nie zważając na swoje rany, krew broczącą na ubranie, przeraźliwy szum w głowie, ani mroczki w oczach, zaczął uciekać.

Byle jak najdalej od Mrocznego Lorda Sithów.

Byle jak najdalej od jego potęgi.

***

Jedenaście niezidentyfikowanych maszyn rozmyło się w otchłani nadprzestrzeni, a czterdzieści dwa imperialne myśliwce wykonały idealnie zgrany zwrot w tył. Po pięciu sekundach intensywnego wpatrywania się w powracające TIE Fightery, podporucznik pokręcił głową.

– Proszę mi wybaczyć, ale nic z tego nie rozumiem, kapitanie. – Podoficer łypnął okiem na dowódcę. – Puściliśmy ten korelliański frachtowiec, dając się złapać na najprostszą sztuczkę w historii Imperialnej Floty… i nie dorwaliśmy też tych myśliwców.
– Cierpliwości – odparł Thrawn, ze śladem irytacji w głosie. – Pozwólmy sądzić naszym wrogom, że nas przechytrzyli.

Czoło podporucznika zamieniło się w jeden wielki zygzak.

– Pozwólmy sądzić…? A co przed chwilą… – Podoficer silniej ściągnął brwi i nagle doznał olśnienia. – Eskorta Lorda Vadera.
– Najwyższy czas – skomentował cierpko szybkość dedukcji podwładnego Thrawn i powrócił do wnikliwego badania hologramów taktycznych Niszczyciela Gwiezdnego klasy Imperial. Podporucznik zamknął usta przygotowujące się do przeproszenia kapitana i z najwyższym trudem zignorował rozbawione spojrzenia pozostałych członków załogi.

***

Nadiru Radena stanął, próbując zaczerpnąć powietrza równie gwałtownie, jak ryba rzucona na brzeg morza. Wiedział, że jest już blisko swojego celu, ale obawiał się, że nie starczy mu sił, żeby zrealizować swoje zamiary. Pomimo ponurych myśli, nie miał zamiaru się poddać. Ciężkim krokiem przemierzał kolejne metry jaskini, prowadzące go do wylotu na powierzchnię. W jego uszach powoli rósł dźwięk szalejącego na zewnątrz deszczu, aż w końcu stanął tuż pod łukiem ciasnego wyjścia z obszernych górskich grot. Zadarł głowę. Punkt przełomu znalazł się tuż przed nim, co oznaczało, że dotarł na miejsce.

Odwrócił się z westchnieniem do wnętrza kompleksu jaskiń. Struktura Mocy była napięta do granic możliwości i nie sposób było zorientować się co przyniesie przyszłość. W pewnym momencie zaczęła jednak falować i wyczuł jakieś dziwne, aczkolwiek znajome wibracje w polu Mocy. Z każdą sekundą rosły w siłę, tak jakby zbliżał się do niego ktoś o przyjaznych zamiarach. Przyjaciel w czasach krucjaty przeciwko Rycerzom Jedi? Nadiru Radena nie miał żadnych przyjaciół – a już z pewnością nie tutaj, na tym ponurym, pozbawionym duszy świecie. Pomimo wszystkich wątpliwości, w jego sercu nieśmiało zakwitła nadzieja na to, że jego los nie jest jeszcze ustalony, że starcie z Mrocznym Lordem nie musi zakończyć się w sposób, jaki sobie zaplanował. Ale czy plan był na pewno sensowny? Czy, gdyby była szansa na ucieczkę, powinien przystąpić do jego realizacji? A może to wszystko jakaś sztuczka Mrocznego Lorda?

Nie, powinien raz na zawsze porzucić nadzieję. Dzisiaj toczy walkę z Darthem Vaderem. Nikt nie wychodzi z tego żywy.

Najpotężniejszy uczeń Imperatora Palpatine’a wyłonił się z ciemności jaskiń Restuuri, tak jakby te przez wieki były jego domostwem.

– To twoja ostatnia szansa, Radena.

Mistrz Jedi wysilił się na prawie beznamiętne wzruszenie ramionami.

– Niech i tak będzie.

Darth Vader zaatakował pierwszy i nie zamierzał się więcej bawić. Jego ciosy były silne, precyzyjne i nie pozostawiły Mistrzowi Jedi żadnych złudzeń, co do wyniku konfrontacji. Purpurowe ostrze przecinało powietrze, stojąc na drodze karmazynowej klindze, ale to było tylko odwlekanie nieuniknionego… Przynajmniej do chwili, gdy Radena zorientował się, że się mylił – ktokolwiek leciał w jego kierunku, istotnie był przyjacielem… Tylko dlaczego jego determinacja, rozpływająca się falami w Mocy, była tak ogłuszająca?

Wytężył wszystkie siły, wytrącając na moment Vadera z morderczego transu. Poczuł, że nie może zawieść tego, kto przybył mu z pomocą. Moc podpowiadała mu, że samobójstwo, nawet takie, które miałoby się zakończyć śmiercią Mrocznego Lorda Sithów, było błędem. To zaś oznaczało, że plan pogrzebania Dartha Vadera pod zwałami skał przestał być aktualny. Bo czyż Moc mogła go oszukać? Czy może źle ją interpretował?

Radena skoczył do tyłu i rzucił miecz świetlny prosto w strop korytarza. Ametystowa energia rozcięła potężny kamienny blok, zapoczątkowując reakcję łańcuchową. Mistrz Jedi popędził do wyjścia, przywołując myślą rękojeść broni. Gigantyczne kawałki skał runęły na dno jaskini i po chwili Darth Vader zniknął, przesłonięty gruzowiskiem. Kamienie nie ominęły też samego Radeny. Kiedy rumor skał ustał, poobijany mężczyzna podniósł się z kałuży wody, w którą wpadł uciekając i rozejrzał się w poszukiwaniu swojej broni. Gdy tylko znalazła się w zasięgu jego ramion, aktywował ostrze. Darth Vader, tak jak zresztą można się było spodziewać po Mrocznym Lordzie, przeżył spotkanie z kilkutonowymi „skutkami” zawału. Wiedział, że tylko będąc w środku kamienistej nawałnicy, byłby w stanie zabić Vadera… co jeszcze minutę wcześniej planował uczynić.

A teraz chodziło wyłącznie o zyskanie czasu. Jego sojusznik lada moment mógł się zjawić. W powietrzu rozchodziły się już leciutkie drgania, które przekształciły się w szum silników zbliżającego się pojazdu. Wyszedł na otwarty teren, nie zwracając uwagi na lejący się z nieba deszcz.

Głazy w rumowisku poruszyły się. Kamienie zaczęły pękać, osuwać się i przemieszczać w różnych kierunkach. Kilka sekund później ukazała się czarna sylwetka Mrocznego Lorda Sithów, która bez wahania przestąpiła przez gruz.

Ale Nadiru Radena na nią nie patrzył. Spomiędzy czerwonoszarych chmur wyłonił się srebrzysty dysk. Dwa silniki żarzące się błękitem, zaryczały jak rozjuszona bestia… i Jedi wiedział już, że płonne były jego nadzieje. Mogąc poświęcić siebie, aby zabić Mrocznego Lorda Sithów, zawiódł. Dał się zwieść fałszywym uczuciom. Najbardziej zaś żałował nieznanego przyjaciela, którego już nigdy nie zobaczy – a także tego, że to on, Nadiru Radena, był przyczyną jego śmierci. Gdyby tydzień wcześniej nie wysłał tego feralnego komunikatu… To od niego wszystko się zaczęło. Po jego stronie leżała wina i odpowiedzialność.

Zbyt nieopatrznie sprowadził śmierć na kogoś, kto chciał mu pomóc.

Zanim jeszcze statek kosmiczny zbliżył się do gór, tuż nad głową Mistrza Jedi rozległ się charakterystyczny jazgot podwójnych silników jonowych. Sześć TIE Fighterów jednocześnie zanurkowało, aby rozszarpać swą zdobycz. Srebrzysty statek szarpnął się w rozpaczliwym uniku, ale zaskakujący atak był zbyt silny. Burza szmaragdowych błyskawic najpierw gładko przebiła tarcze spodkowatej maszyny, a następnie wlała się do jej kadłuba.

Wszystko co pozostało z nadziei Nadiru Radeny można było policzyć w milionach kawałków, które rozpoczęły swą wędrówkę ku powierzchni planety. Gdyby choć wiedział, kto podjął się tej samobójczej misji… Choćby to jedno. Z jego piersi wyrwało się głośne westchnienie. Pomimo bólu, pewnie stanął na nogach, gotowy do finalnej części konfrontacji. Darth Vader nie zatrzymał się i nie powiedział żadnego słowa. Po prostu zaatakował.

Za pierwszym razem rubinowa klinga natknęła się na blok. Za drugim zaskwierczała, przechwycona przez purpurowe ostrze. Za trzecim przecięła powietrze. Za czwartym odrzuciła na bok strugę fioletowego światła. Za piątym rozpołowiła rękojeść miecza świetlnego, wraz z kruchymi kośćmi, trzymającymi go w dłoni. Za szóstym bez oporu wniknęła w ciało Nadiru Radeny.

Mistrz Jedi stał się nicością.

***

Imperialny Niszczyciel Gwiezdny „Zemsta” był niczym bolesna drzazga wbita w przestrzeń kosmiczną Restuuri. Olbrzymi trójkątny obiekt nie pasował tu pod żadnym względem, a mimo to nie zmieniał swojej pozycji, gotowy do zademonstrowanie pełni swej potęgi. To jednak przestało być konieczne kiedy pod jego podbrzuszem znalazł się pojedynczy prom klasy Lambda i sześć myśliwców eskorty. To oznaczało, że już wkrótce naturalny porządek na Restuuri zostanie przywrócony.

Darth Vader wkroczył na pokład mostka, stawiając stopy w rytm miarowego oddechu. Thrawn odwrócił się do niego i niezobowiązującym tonem spytał:

– Czy misja zakończyła się sukcesem, mój panie?

Mroczny Lord Sithów nie odpowiedział na pytanie kapitana, patrząc nieobecnym wzrokiem w przestrzeń międzygwiezdną tak, jakby znajdowały się w niej odpowiedzi na wszystkie najważniejsze pytania tej galaktyki. Gdy Thrawn stracił już nadzieję, że kiedykolwiek uzyska odpowiedź, w tło mrocznego oddechu wkradło się jedno krótkie słowo:

– Tak.