Idealnie zaplanowany odwrót

21 lat przed zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci

**********

– Ile jeszcze do PE1?

– A co? Nóżki już cię rozbolały? Może chcesz, żebym cię poniósł na banthę?

– Zobaczysz, Sun, kiedyś Adenn wpadnie w naprawdę zły humor i skopie ci shebs2 – powiedział RC-4032 „Rock”, dowódca Drużyny Sigma, kątem oka uważnie śledząc pojawienie się nowego obiektu na projekcyjnym wyświetlaczu obejmującym całe pole widzenia wokół jego hełmu. – Zresztą, sam bym to zrobił, gdyby nie to, że kogoś najwyraźniej zaniepokoiło czterech smętnych facetów biegnących po ulicy w zbrojach.

– O, to nie wzięli nas za blaszaki3?

Blasterowy pocisk śmignął tuż ponad hełmami komandosów Republiki.

– Chyba nie.

Ostrzał wzmógł się, lecz jego skuteczność ani troszkę nie wzrosła, gdyż zaprawieni w boju żołnierze biegli dwa razy szybciej od każdego robota bojowego Konfederacji Niezależnych Systemów. W zasadzie w ogóle nie musieliby uciekać przed mechanicznymi zabawkami Separatystów, gdyby nie beznadziejny punkt ewakuacyjny, do którego dało się dotrzeć tylko przez tą shabla4 ulicę, pomyślał gorzko Rock. Cichcem weszliśmy do Centrum Obrony Powietrznej Camalonu, cichcem wyłączyliśmy cały system, cichcem wyszliśmy i teraz z wielkim hukiem odlecimy w kosmos z pomocą blasterów uczynnych Separatystów, bo jakiś di’kut5 zapomniał włączyć mózg. Całe szczęście, że o tak wczesnej porze dnia ulica była całkowicie pusta.

Jedna ze szkarłatnych błyskawic przemknęła niebezpiecznie blisko jego ramienia.

– Tak w ogóle, to kto wymyślił cały ten plan? – spytał niezobowiązującym głosem RC-7173 „Sun”, jak gdyby czytając w myślach Rocka.

– Generał Nadiru Radena.

– Ach – mruknął Sun. – Założę się, że pierwszy raz dowodzi odziałem erce6.

– Słyszę w twoim głosie zawoalowaną krytykę, czy to tylko zakłócenia w działaniu moich słuchawek? – zapytał prawie poważnym tonem Rock.

– Jakże bym śmiał krytykować naszego mirdala7 jetii8? – powiedział pogodnie Sun.

Chwilę potem czwórka klonów skręciła w prawo na najbliższym skrzyżowaniu.

– Jest i nasz PE.

– Wygląda lepiej niż na hologramie.

Rock jedynie rzucił okiem na całą konstrukcję, ale w myślach zgodził się z uwagą RC-3862 „Cu”. Wysoki na kilkadziesiąt pięter, czerwono-brunatny wieżowiec jednego z miriadów najróżniejszych konsorcjów w Camalonie sprawiał wrażenie, jakby został postawiony wczoraj. W każdym razie na holograficznym obrazie nie świecił się jak gigantyczny klejnot corusca, co działo się tutaj za sprawą tysięcy lustrzanych tafli w oknach, od których odbijały się promienie wschodzącego słońca.

– Aż żal, że musimy tu wpuścić naszych niezdarnych dekoratorów wnętrz – stwierdził Sun z autentycznym smutkiem w głosie. – Taki piękny gmach…

– Czy nikt z was nigdy nie pomyślał o tych istotach, którzy będą musieli to wszystko posprzątać, a potem za to zapłacić? – zirytował się Cu, który jako jedyny z Drużyny Sigma był uwrażliwiony na cierpienia innych i bardzo rzadko korzystał z sarkazmu, ironii, cynizmu i reszty atrybutów używanych bez ustanku przez Suna. Jeżeli dodało się do tego fakt, iż RC-6901 „Adenn”9 był z kolei nie do końca przewidywalny, by nie rzec: porywczy, w całej drużynie najbardziej normalnym klonem był Rock; przynajmniej on sam tak uważał.

– To separańcy10 – odparł zimno Adenn, odwróciwszy się na moment w biegu, by oddać szybką serię z DC-17. – Nie nasi.

– Jutro będą nasi.

– Fierfek11. Cu ma rację – zmartwił się Sun. – Czy to znaczy, że nie będzie fajerwerków?

– Postarajmy się tego uniknąć, dobrze?

– Czyli jest jakaś nadzieja, tak?

Rock nie odpowiedział, gdyż właśnie dopadli do frontowych drzwi budowli, które automatycznie rozsunęły się na boki, wpuszczając ich do szerokiego holu, wyłożonego połyskliwym kamieniem lśniącym blaskiem zawieszonych pod sufitem lamp. Po drugiej stronie pomieszczenia przycupnęła masywna lada, za którą stał jaskrawozielony droid protokolarny.

– No, coraz piękniej i piękniej… i nieco pusto.

– Generał Radena specjalnie wybrał świąteczny dzień, by zminimalizować straty pośród ludności cywilnej – Cu przypomniał Sunowi.

Komandos pokręcił głową w geście zrezygnowania. Rock mógł sobie tylko wyobrazić jak Sun przewraca oczami. Czasem obaj byli i dziwni, i bardzo zabawni, pomyślał.

Dowódca poprowadził swą drużynę wzdłuż ściany holu, ignorując nawoływania robota protokolarnego i przestrzelił zamek drzwi umiejscowionych na lewo od lady. Rock, Cu i Sun bez wahania przestąpili próg, lecz Adenn zatrzymał się, odwrócił na pięcie i wpakował dwie blasterowe błyskawice w tors droida.

– Nie masz się na czym wyżyć? – spytał Sun. – Czy może masz za dużo adrenalinki we krwi?

– Po prostu nie lubię blaszaków – odparł sucho komandos i podążył za kolegami, przechodząc przez drzwi chwilę przed wbiegnięciem do gmachu pierwszych robotów bojowych Konfederacji.

Rock kolejny raz utwierdził się w przekonaniu, że Adennowi w stu procentach pasuje jego imię: Bezlitosny. Czasem przyprawiało go to o dreszcze.

– Może zostawimy po drodze parę niespodzianek?

– Pamiętasz ten fragment o „minimalizowaniu strat pośród ludności cywilnej”, Sun? – spytał chłodno Cu. – Są tacy, co muszą pracować nawet w święta. Na przykład my.

– Tylko pytałem – odparł niewinnie Sun. – Zresztą, nie wszyscy są takimi psychopatami jak my.

– Mów za siebie.

Rock powiódł resztę komandosów po istnym labiryncie pomieszczeń biurowych, korytarzy i sal projekcyjnych, kierując się po zapamiętanej przed misją trasie, prosto do wewnętrznej klatki schodowej – jedynej w całym gmachu, która spinała wszystkie jego kondygnacje i dawała bezpośredni dostęp na dach.

Po minucie wytężonego przeskakiwania po stopniach, kiedy każdy z komandosów, mimo perfekcyjnego systemu chłodzenia pancerzy typu Katarn III, pływał w pocie niczym ciężko ranny żołnierz w zbiorniku bacta, monotonię stukotu butów i chrzęstu zbrój przerwał Sun:

– Może mi ktoś przypomnieć dlaczego nie skorzystaliśmy z dobrodziejstw którejś z sześciu tutejszych turbowind?

– Bo zgodnie z procedurą zostały automatycznie wyłączone, jak tylko tu wpadliśmy z niezapowiedzianą wizytą – odpowiedział dowódca Sigmy, starając się utrzymać w ryzach swój rytm oddychania, co przychodziło mu z coraz większymi kłopotami.

– Racja.

Kilkanaście sekund potem Sun znowu się odezwał:

– To może tutaj zostawimy parę świątecznych prezentów?

– Blaszaki wjadą windą, ty di’kucie – zirytował się Adenn. – To dlatego tak zasuwamy.

– To się nazywa ironią losu – wtrącił Rock.

– Fierfek, ironia czy nie, nie będzie żadnych fajerwerków – zasmucił się Sun.

– A ten tylko o jednym – westchnął, a właściwie sapnął jak rozpędzona bantha Cu.

– A o czym mam mówić? Może o najnowszym przedstawieniu Kalamarian w Operze Galaxies, albo o tym, że zostało nam jeszcze dwadzieścia pięć pięter do właściwego PE?

– Zamknij się, Sun.

– Ja tylko…

– Ty zawsze „tylko”. Zamknij się.

Drużyna Sigma pogrążyła się w ciszy, nie przerywając szaleńczego biegu na szczyt biurowca. Rock instynktownie odliczał kondygnacje i w momencie, gdy zostało im dwanaście do „mety”, gdzieś w głębi klatki schodowej usłyszał znajomy, metaliczny klekot.

– Osik12, chudziaki13 też postanowiły nieco poćwiczyć. Są ze cztery piętra niżej – stwierdził Cu.

Jedenaście, dziesięć, dziewięć… Rock doliczył do dwóch i wtem stało się coś, czego żaden z elitarnych żołnierzy Republiki nie zdołał przewidzieć: natrafili na przeszkodę.

Dowódca Sigmy w ostatniej chwili zahamował przed jakąś kobietą. Jej ta sztuka nie wyszła, bowiem pędząc ile sił w nogach w przeciwnym kierunku, niemalże wbiła się w zbroję klona i wrzasnęła z przestrachu, gdy silne dłonie Rocka uratowały ją od rozbicia sobie głowy na durabetonowych stopniach.

Pozostali komandosi zatrzymali się w okamgnieniu.

– Rock, co jest?

– Cywil – odparł klon, lustrując zgrabną sylwetkę czerwonoskórej dziewczyny; pierwszy raz widział przedstawicielkę rasy Zeltronian, ale mimo to już był pod wrażeniem. – I to ładny.

– Za to nasze shebse przestaną być ładne, jeśli się stąd nie ruszymy – powiedział sarkastycznie Sun. – Zostaw ją… albo lepiej weź, bo Cu znowu będzie się czepiał, że…

– Pani wybaczy – rzekł Rock, nie dosłuchując reszty wypowiedzi kolegi. Schwycił Zeltroniankę wpół i dosłownie wziął ją pod pachę, nie przejmując się ani jej przerażonymi okrzykami, ani nowym, niewygodnym ciężarem.

Moment później znaleźli się na ostatnim piętrze gmachu i wyważyli stalowe drzwi, odgradzające ich od schodków prowadzających prosto na dach.

– Sun, teraz możesz się pobawić swoimi zabawkami – powiedział Rock, poprawiając sobie wrzeszczący, żywy pakunek. – Tutaj cywilańce14 na pewno nie wejdą. A jak wejdą, to już nie moja wina.

– Dzięki, vod15. Wiesz jak poprawić komuś humor.

– Ta-a – mruknął Rock i nie zwracając uwagi na podśpiewującego sobie „Nynir, hettir bal ti briikase parjir”16 przy podkładaniu min Suna, błyskawicznie zlokalizował trzy pozostałe wejścia na obszerny dach, który był najeżony setkami wysokich na metr wylotów szybów wentylacyjnych i kilkunastoma trzykrotnie wyższymi przybudówkami o wyglądzie masywnych klocków.

Nagle z jednego z wejść zaczęły się wysypywać roboty bojowe, a wraz z nimi szkarłatne blasterowe błyskawice.

– Mamy towarzystwo! – wrzasnął któryś z klonów.

Nie zastanawiając się długo, Rock postawił Zeltroniankę na nogach i zaciągnął ją za ścianę najbliższej przybudówki, mówiąc do niej najspokojniej, jak tylko potrafił:

– Proszę się stąd nie ruszać, proszę pani. Jeśli wyjdzie pani zza zasłony, zginie pani. Rozumie pani?

Dziewczyna z szeroko rozwartymi oczami nerwowo pokiwała głową.

– Jesteście… klonami? – wydukała.

– Tak, proszę pani. A teraz proszę się nie ruszać.

Rock przełączył DC-17 na tryb strzelania z wyrzutni granatów, wychylił się i wycelował w trzecie z kolei wejście na dach, biorąc szybką poprawkę na parabolę lotu. Niemal w tej samej chwili, w której nacisnął na spust, w powietrze wyleciały dwa pozostałe przejścia, unicestwione przez pociski Adenna i Cu. Trzecie dołączyło tuż potem, roznosząc rozżarzone szczątki droidów bojowych na wszystkie strony.

Rock ponownie skrył się za ścianą i zauważył, że właśnie podbiegł do niej Sun.

– Miny gotowe?

Jakby w odpowiedzi na to pytanie czwarta eksplozja wstrząsnęła wierzchołkiem gmachu. Oznaczało to, że wszystkie przejścia były teraz zablokowane. Odgłos blasterowej kanonady, który rozległ się kilkadziesiąt metrów dalej, sugerował jednak, że część robotów – i to niemała – ocalała.

– Adenn, Cu: status – powiedział Rock, wychyliwszy się na moment, by rozejrzeć się w sytuacji i wpakować serię z karabinu w kilka metalowych postaci, niezgrabnie chowających się zza wylotami szybów.

– Mam tu parę chudziaków i jednego SDB17. Nic, z czym nie poradzi sobie moje dece18 – usłyszał głos Adenna w słuchawce hełmu.

– U mnie to samo – zgłosił bezbarwnym tonem Cu.

Sun właśnie prowadził ostrzał po drugiej stronie ściany, kiedy raptem odskoczył od jej rogu.

– Fierfek! Trafił moje dece!

– No, ugodził kad19 w kamień – stwierdził ironicznie Rock. – Przypuszczam, że nie widziałeś tu nigdzie w pobliżu sklepu BlasTechu?

– Nie, ale mam w plecaku ich katalog wysyłkowy. Jak myślisz, czy jeśli ładnie poproszę, przyślą mi gratisowy granat jonowy?

– Raczej nie.

– No to nie zamawiam – rzekł smętnie Sun, wyciągając z kabury pistolet blasterowy przewidziany między innymi na sytuacje takie jak ta.

Przestraszona Zeltronianka, która dotąd z olbrzymim zdumieniem, ale też i nieukrywaną fascynacją przysłuchiwała się komandosom Republiki, nadziała się swym rozbieganym wzrokiem na maskę Rocka dokładnie w chwili, gdy ten na nią zerknął.

Klon musiał przyznać, że dziewczyna miała zadziwiająco urodziwą twarz. I piękne, czarne włosy.

– Wy… wy… – wyjąkała, wytrzeszczając oczy na Suna, który zważył w dłoni granat jonowy i z całej siły posłał go w kierunku robotów.

– My, my?

– Wy… sobie żartujecie, prawda?

– Oczywiście – oznajmił beztrosko Sun. – Jak mówią w Drużynie Omega, jeśli ktoś nie lubi żartów, nie powinien zgłaszać się do wojska.

Dziewczyna jeszcze bardziej wytrzeszczyła oczy. Klon westchnął współczująco.

– Co ci separańcy zrobili z tymi biedakami? Zero poczucia humoru!

– No widzisz, jeszcze jeden powód do tego, żeby ich wyprosić z tego przyjęcia.

– Troch20 vod, nasze drugie imię to przecież Śmiertelnie Poważni Rozweselacze.

– I właśnie dlatego należy im zafundować odrobinkę darmowej rozrywki. – Rock uśmiechnął się pod hełmem do pięknej Zeltronianki i ponownie uruchomił tryb granatnika w DC-17. By kolejny raz nie ryzykować bez potrzeby, wysunął broń zza załomu ściany i kierując się obrazem z kamery zamontowanej na karabinie, wycelował lufę prosto w sam środek formacji składającej się z dwóch srebrzystych Superdroidów Bitewnych.

– I po kabarecie – skwitował po głośnej detonacji granatu i wraz z Sunem wspomógł wysiłki pozostałej dwójki komandosów.

Minutę później ostatni robot bojowy rozłożył się z żałosnym jękiem na zdemolowanym dachu.

Chociaż każdy z klonów zdawał sobie sprawę z tego, że wciąż mogą napotkać jakieś przykre niespodzianki, poczuli że poziom adrenaliny w ich krwi maleje. Mimo iż pierwsze oznaki zmęczenia po morderczej wspinaczce po schodach i walce z droidami były łagodnie mówiąc bolesne, mieli też wrażenie, że wykonali kawał dobrej roboty.

– Larty21 powinien tu być za trzy minuty – powiedział Rock. Zgodnie z planem generała Radeny, komandosi mieli zostać ewakuowani z biurowca tuż po rozpoczęciu inwazji na planetę. – Mamy kupę czasu na podziwianie tego, czego bez pomocy nas, cichych bohaterów Republiki, nigdy by nie doszło.

– Podoba mi się ten tekst: „cisi bohaterowie Republiki” – przyznał melancholijnie Sun.

Rock pozostawił swoich braci i powrócił pod ścianę przybudówki, która służyła im tak świetnie za tarczę. Zeltronianka nadal tam była, kuląc się i rzucając zaniepokojone spojrzenia tu i tam.

– Już po wszystkim? – spytała z nadzieją w głosie.

– W pewnym sensie tak – rzekł dowódca Drużyny Sigma, wyciągnąwszy do niej pomocną dłoń. Dziewczyna chwilkę się zawahała, ale w końcu podała mu drżące ramię. – Zaraz zawitają tu regularne oddziały Republiki i wykurzą stąd…

– Dziękuję – wtrąciła znienacka Zeltronianka, wbijając wciąż zlękniony wzrok w wizjer jego hełmu. – Dziękuję, że mnie tam nie zostawiłeś.

Klon nie wiedział co odpowiedzieć; po prostu zapomniał języka w gębie, jak się powiadało na Korelli. Z kłopotu wyratował go Sun, który właśnie do niego podszedł.

– Podrywasz naszego wroga, dowódco? – spytał chłodnym, sztywnym głosem, od którego mina Zeltronianki tak bardzo zrzedła, że komandos od razu się zreflektował: – Żartowałem tylko.

– My, klony, lubimy żartować – wyjaśnił niepotrzebnie Rock, wbijając z trzaskiem łokieć w bok Suna. Ten parsknął śmiechem.

Usłyszeli charakterystyczne zawodzenie silników republikańskich kanonierek LAAT/i. Na niebie dosłownie zaroiło się od ich rdzawo-białych sylwetek. Jedna z nich oderwała się od formacji i zaczęła zbliżać do nich.

– Dzielni rycerze w lśniących zbrojach przybyli nam na ratunek. To się chłopaki zdziwią, gdy zobaczą, że wszystkie czarne charaktery poszły do dar’yaim22, a my zdobyliśmy księżniczkę przed nimi.

– Sun?

– Co?

– Zamknij się.

1 PE – punkt ewakuacyjny
2 shebs [l.p.]; shebse [l.m.] – (mando’a) tyłek, zadek
3 blaszak – robot
4 shabla – (mando’a) nieuprzejmy dobitny przymiotnik
5 di’kut – (mando’a) kretyn, idiota
6 erce – komandos(i) Republiki
7 mirdala – (mando’a) mądry
8 jetii – (mando’a) Jedi
9 adenn – (mando’a) bezlitosny
10 separańcy – Separatyści
11 fierfek – (huttyjski) czarownica, klątwa; popularne przekleństwo
12 osik – (mando’a) łajno, gówno
13 chudziak – Droid Bitewny B1
14 cywilańce – cywile
15 vod – (mando’a) brat
16 Nynir, hettir, bal ti briikase parjir – (madno’a) Uderzyć, spalić i w radości zwyciężyć (pieśń)
17 SDB – Superdroid Bitewny B2
18 dece – karabin typu DC
19 kad – (mando’a) szabla
20 troch – (mando’a) z pewnością, oczywiście
21 larty – kanonierka typu LAAT/i
22 dar’yaim – (mando’a) piekło