35 powodów, dla których kochamy „Star Wars” – część 2

-

Dlaczego kochamy Gwiezdne wojny? Każdy z nas ma swoje powody. Z okazji rocznicy premiery Nowej nadziei, członkowie naszej redakcji postanowili zastanowić się, co tak naprawdę sprawia, że cenią sobie Gwiezdne wojny. Oto druga z czterech części zestawienia 35 powodów, dla których kochamy Star Wars na 35-lecie Star Wars.

11. Za miecze świetlne

Mały Vidar oglądając pierwszy raz Star Wars w 1997 roku był zachwycony przede wszystkim fikcyjną technologią. Niedługo później marzenie zostania Power Rangersem zastąpiło marzenie o zostaniu rycerzem Jedi i posiadaniu własnej „latary”, które do dziś prześladuje mnie niemal codziennie potrzebą realizacji. Obyśmy dożyli czasów, w których podobna broń będzie wynaleziona. Dam za nią każde pieniądze.

12. Za Moc

To już podświadome. Idę przez miasto, widzę kogoś, kto w danej chwili działa mi na nerwy, np. gimnazjalistę-dresika. W takich chwilach automatycznie zaciskam pięść w zakotwiczonej gdzieś w czeluściach mojego mózgu nadziei, że za chwilę będę mógł powiedzieć „I find your lack of faith… disturbing” patrząc, jak delikwent traci oddech. O drzwiach automatycznych nie wspomnę, bo to pewnie ma każdy z Was.

13. Za Vadera

Bez tego Star Wars to nie byłoby Star Wars. Najbardziej charakterystyczny czarny (nomen omen) charakter w historii. Jego postura, sposób mówienia, bezwzględne zimno i przede wszystkim złowieszczy, sprawiający, że staje się maszyną jeszcze bardziej oddech znane są każdemu.

14. Za Chewbaccę

Kto się choć nie uśmiechnął, widząc pierwszy raz jego kudłatą czuprynę i słysząc, jak pociesznie sobie porykuje? Widok kabiny, w której asystentem pilota jest gość w kostiumie psa do dziś, za nie powiem już za którym razem, gdy oglądam Star Wars rozbraja mnie na drobne kawałki. No i genialnie sprawdza się jako ksywka dla wysokich i kudłatych znajomych.

15. Za to, że jednoczą ludzi pozornie bardzo różnych od siebie

Dzięki rodzimemu fandomowi zauważyłem, że ludzie, którzy powinni być dla siebie jak ogień i woda, mogą być naprawdę świetnymi kumplami. I kilkanaście lat różnicy w wieku nie gra tu roli. Tak samo, jak spojrzenia ludzi, którym nie mieszczą się w głowie nerdowskie rozmowy.

16. Za liczne drobne smaczki i poukrywane aluzje

Warto czasem spróbować sprawdzić, co imię i nazwisko danej postaci znaczą w jakimś mało znanym języku. Można się mile zaskoczyć. Tak samo historie i nazwy niektórych postaci są zapożyczone z różnych mitologii światowych. Przykładowo, dzieciożerca Dezono Qua z komiksów Dark Times, jest nawiązaniem do podobnie nazwanego ducha z mitologii jednego z plemion indiańskich, a Bastila Shan to nawiązanie do egipskiej bogini kotów Bast (przypomnijmy: imieniem „Bastila” miała być nazwana Catharka w pierwotnej wersji scenariusza KotOR, którą w ostateczności nazwano Juhani).

17. Za to, że pokazały, że teoretycznie nudne napisy opisujące świat filmu mogą się podobać

Napisy wprowadzające w klimat filmu? Na papierze wygląda to na spowolnienie akcji filmu i męczenie widzów oczekiwaniem. Ale wystarczy dobrać odpowiednio epicką muzykę i odpowiednio klimatyczny styl napisów, a widzów przejdą dreszcze. Co sekutecznie udowodniły Gwiezdne wojny.

18. Za pokazanie mądralińskim, że film skazany przez nich na porażkę może się stać legendą

Pamiętacie pierwsze recenzje Nowej nadziei? Film skazany na porażkę jako mało kreatywny hołd dla Flasha Gordona, na który poszło za dużo forsy, prostacki, kiczowaty… kto ich słuchał? Ludzie wiedzieli i do dziś wiedzą swoje.

19. Za to, że są finalnym argumentem za tym, że muzyka może być głównym bohaterem filmu

Bez głównego motywu, Marszu Imperialnego, Duel of The Fates czy muzyki z kantyny w Mos Eisley idealnie ilustrujących wydarzenia z ekranu, emocje, jakie budzą nasze ulubione filmy byłyby na pewno o połowę mniejsze. Dzięki genialnie wkomponowanej w akcję ścieżce dźwiękowej, nasza ukochana saga mogła zagościć na stałe w pamięci również osób spoza kręgu miłośników kina sci-fi i fantasy, jednocześnie stając się wzorem wykorzystania soundtracku.

20. Za to, że jak nic innego pobudzają wyobraźnię i kreatywność. Przynajmniej moje

W swojej głowie jestem Jedi. Ścigam ciemnych Jedi. Stawiam przed sądem ludobójców. Sprytnym posunięciem zapobiegam aż tak daleko posuniętej ekspansji Vongów w Galaktyce. W realu, próbuję popełnić fanfiki osadzone w półświatku, tworzę coraz to bardziej rozbudowane wizje postaci (na umieszczenie których w jakiejkolwiek historii pomysłu nadal brak). Zresztą, nie ja sam staram się kreować mój własny świat Gwiezdnych wojen. Przejrzyjcie fanfiki, obejrzyjcie filmy fanowskie, zrozumiecie, jak wielką kopalnią inspiracji jest saga Lucasa.

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone