10-lecie „Jedi Knight II: Jedi Outcast”

Wie ktoś, kim jest Kyle Katarn? To w większości przypadków jest zapewne pytanie retoryczne. A kto z Was wie, gdzie po raz pierwszy pojawiła się ta postać? Tu już pewnie z odpowiedzią byłoby gorzej. Otóż w 1995 roku posiadacze PC, Maca i Playstation mieli okazję spotkać się z Katarnem w Dark Forces, kiedy to zniszczył projekt „Mroczny Szturmowiec” generała Roma Mohca. Trzy lata później, w 1998 roku, kontynuowano opowieść o jego losach w bardziej znanym sequelu gry: Dark Forces II: Jedi Knight. Tym razem przyszło mu się zmierzyć z Mrocznymi Jedi Jereca, którzy chcieli wykorzystać potęgę Doliny Jedi na Ruusanie do przejęcia władzy w galaktyce. Jakiś czas później wyszedł dodatek do Dark Forces II, o tytule Mysteries of the Sith, w którym to poza Katarnem pojawiła się również popularna Mara Jade. W marcu 2002 roku ukazała się kolejna gra z serii, a była nią Jedi Knight II: Jedi Outcast.

Kto by pomyślał, że od czasu premiery minęło już ponad dziesięć lat?

Kyle Katarn, który zerwał swój kontakt z Mocą, oraz jego wierna towarzyszka Jan Ors kontynuują najemniczą karierę. Dosyć nieoczekiwanie kontaktuje się z nimi przywódczyni Nowej Republiki, Mon Mothma, prosząc o interwencję na jednej z górniczych planet… Żeby nikomu przypadkiem nie popsuć zabawy, powiem jedynie, że fabuła Jedi Outcast należy do naprawdę udanych. Twórcy zaserwowali nam ciekawe zwroty akcji, znane z innych źródeł miejsca i bohaterów oraz interesujących protagonistów i antagonistów.

Jedną z największych nowości wprowadzonych w tej części była grafika. Dzięki zastosowaniu silnika z Quake’a III piksele odeszły do historii. Gra na ówczesne standardy była naprawdę śliczna i chociaż mijający czas zrobił swoje, nie można powiedzieć, że odrzuca dzisiejszego gracza od monitora. Jedynym poważniejszym mankamentem nowego silnika graficznego było stworzenie przerywników filmowych właśnie na jego bazie. W poprzednich częściach do ich tworzenia zaangażowano aktorów z krwi i kości, które dzięki temu właśnie budowały niesamowity klimat. W Jedi Outcast przerywniki wypadły tragicznie.

Podczas rozgrywki kierujemy naszą postacią z perspektywy pierwszo- lub trzecioosobowej. Do wyboru mamy szereg broni, poczynając od miecza świetlnego, a kończąc na wyrzutni rakiet, które pomagają graczowi w pokonaniu przeciwników. Wiele osób zraża się z początku do Outcasta, gdyż miecz świetlny otrzymuje się dopiero po ukończeniu kilku misji, co zmusza graczy do używania broni dystansowej. Podobnie dzieje się w przypadku umiejętności związanych z Mocą, przez co ci, którzy chcą używać tej jednej konkretnej, często muszą długo czekać, aby ją otrzymać. Nie zmienia to jednak faktu, że rozrywka i pokonywanie kolejnych przeciwników dają niesamowicie wiele przyjemności. Do tego dochodzi jeszcze wciąż żywy tryb multiplayer, w którym każdy znajdzie coś dla siebie.

Pomimo dekady, jaka upłynęła od dnia premiery, Jedi Outcast jest wciąż grą wartą naszego czasu, tym bardziej, że nie doczekała się (przynajmniej w moim mniemaniu) godnej kontynuatorki. Dla chcących spróbować doświadczenia Mocy tej gry, polecam ściągnąć wersję demonstracyjną ważącą ok. 60 MB. Co ciekawe, ten etap został specjalnie stworzony na potrzeby dema. Weteranom natomiast pozostaje czekanie na jakiekolwiek informacje dotyczące kontynuacji tej zacnej serii. Miejmy nadzieję, że kiedyś je usłyszymy, a w oczekiwaniu na nie pomoże nam ponowne spotkanie z Jedi Outcast.

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone
  • M.T.

    Minęło już praktycznie 15 lat od premiery. Ostatni raz grałem w tę grę 5 lat temu i na podstawie tych wspomnień z nie tak odległej przeszłości mogę śmiało stwierdzić, że to jedna z najlepszych produkcji osadzonych w uniwersum SW, w jakie dane było mi zagrać.
    Mam do niej szczególny sentyment. Była to w zasadzie pierwsza gra, w której mogłem wcielić się w Jedi(formalnie trzecia, bo wcześniej grałem w „Jedi Power Battles” i „TPM”, jednak nie do końca oddawały one walkę mieczem świetlnym). Atutami gry na pewno są: wyrazisty bohater i fabuła, która pomimo wykorzystania w niej wyeksploatowanych patentów wciąż moim zdaniem daje radę, czemu sprzyja na pewno mocno odczuwalny klimat starej trylogii. Sama rozgrywka również stoi na bardzo wysokim poziomie, zarówno etapy, w których mamy do czynienia ze standardową strzelanką, jak i te, gdy jako pełnoprawny użytkownik mocy siejemy spustoszenie w szeregach wrogów nadal dają mnóstwo frajdy. Jeśli dodamy popularny kiedyś tryb multplayer(nie wiem jak jest obecnie, sam rozegrałem kilka dueli w czasie ostatnich podrygów polskiej sceny), to mamy produkt, który i dziś jest w stanie zapewnić sporo rozrywki.

    P.S. Mam nadzieję, że z okazji 15-lecia pojawi się coś od redakcji na portalu 😉

    • Może coś się pojawi, kto wie? 😉 Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio grałem w JKII, ale swego czasu przeszedłem tą gierkę co najmniej z pięć razy. To jedna z najlepszych gier Star Wars ever, bez dwóch zdań. I w multi też się grało, a jakże! Ech, najgorsze w grach komputerowych jest to, że się tak szybko starzeją… Ciężko jest się po latach przebić przez antyczną grafikę, a i niekiedy także mechanikę, trzeba mieć sporo samozaparcia 😉 Mnie się udało swego czasu z „TIE Fighterem”, ale byłem wtedy bardziej, hmm, tolerancyjny na efekt upływu czasu, teraz raczej nie dałbym rady 😛

      • M.T.

        Mechanika faktycznie czasem jest mecząca, ogólnie używanie mocy jest dość mało wygodne moim zdaniem. Niby można do danych skilli przypisać inne klawisze niż domyślne, jednak nigdy nie umiałem tych ustawień pod siebie dopasować, stąd nie używałem mocy w takim stopniu, w jaki bym chciał 🙂
        Za to inne archaiczne rozwiązania, jak bieganie po mapie celem odnalezienia właściwego przełącznika, bądź karty koniecznej do otworzenia zamkniętych drzwi mają swój urok.

        I odbijając od tematu właśnie zauważyłem, że JKII to nie jedyna gra SW, która obchodzi swoje 15-lecie 😉