Spojrzenie z dystansu na „The Force Unleashed”

Cały projekt The Force Unleashed i grający w nim pierwsze skrzypce Galen “Starkiller” Marek to jedna z największych kontrowersji w uniwersum Star Wars. Większość z Was pewnie wie, o co chodzi: Vader upupiony, balans pomiędzy mocą poszczególnych postaci zachwiany, historia Sojuszu Rebeliantów zamieszana i tak dalej. Z drugiej strony pojawiały się głosy o tym, że nie taki diabeł straszny, że to kawał klimatycznego Expanded Universe i nie ma za bardzo o co się pluć. Nie będę ukrywał, że w większości dyskusji z innymi członkami fandomu zawsze stałem po stronie TFU-entuzjastów. Gra bardzo mi się spodobała, polubiłem przedstawione postaci i światy, które zostały pokazane, a sama historia bardzo mnie wciągnęła. Jednak nie da się być zupełnie ślepym na to, że przynajmniej część zarzutów TFU-sceptyków jest jak najbardziej uzasadniona. Postaram się teraz, kiedy już The Force Unleashed to dość odległa przeszłość, subiektywnie, ale w miarę trzeźwym okiem ocenić perypetie gwiazdobójcy.

Postacie i balans

Zacznę od samej postaci Galena, której zarzuca się zbyt dużą potęgę. Podczas, gdy mam mieszane uczucia co do sceny wytrącenia przez kilkuletniego brzdąca miecza świetlnego z uścisku Dartha Vadera (z jednej strony przecież się tego nie spodziewał, a mały był w desperacji i midichlorianów mu nie brakowało, a z drugiej coś mi tu nie gra…), w kwestii mocy dorosłego Starkillera zawsze używałem jednego argumentu. Wyobraźmy sobie naczynie pełne wody i kilka mniejszych misek. Zaczynamy przelewać wodę z jednego do kolejnych. Nagle okazuje się, że chcąc zapełnić jedną lub dwie miseczki nie starcza wody na pozostałe, bądź zostają jej śladowe ilości. To właśnie przypadek Galena. Chłopak był chodzącą maszyną do zabijania, nie wgłębiał się w tajniki zrozumienia Mocy, tylko używał jej jako broni. No dobra, zdjęcie na ziemię całego niszczyciela było lekko przegięte, ale… przynajmniej w głównej, przeznaczonej na Xboxa 360 i Playstation 3 wersji sprawiało dużą frajdę, a to o radość z obcowania z nimi chodzi w Gwiezdnych wojnach przede wszystkim, nieprawdaż?

Jeśli zaś chodzi o jego balans w pojedynkach z innymi istotami. Tu faktycznie bywa różnie, bo niektórzy znani już bohaterowie zaskakują nagłym przyspieszeniem. Cóż, jak już wspomniałem, Starkiller skupił się tylko na Mocy jako broni, przez co jego sytuację można porównać do osiłka atakującego tylko swoim ciężarem i siłą mięśni przeciwnika, który, choć fizycznie nieco słabszy, może wykorzystać np. spryt, strategię i zręczność przeciwko niemu, wyrównując szanse bądź nawet przechylając szalę na swoją stronę, zmuszając napastnika do obmyślania taktyki. Jak jednak oddać starcie mistrza Jedi z tego rodzaju „czołgiem” tak, by było w pełni grywalne dla odbiorców? Trudno. Więc mając na uwadze, że oficjalnie w grach Star Wars tylko fabuła i cutscenki są kanoniczne, a sam gameplay już nie, zwiększono ich zdolności tak, by wyszło na starcie dwóch tytanów, które łatwiej przekazać konsumentowi.

Spytacie się – co to zmienia w kwestii tego, że uczeń pokonał Vadera, a nawet całkiem nieźle poszło mu kopanie tyłka lorda Sidiousa, który w pojedynkę wykończył niemal pół składu ostatniej Rady Jedi starego Zakonu? Pamiętajmy jedno. Sidious wyszedł ze starcia w jednym kawałku, przeżył eksplozję, zaś sam pojedynek-gameplay można uznać w dużej części za niekanoniczny; w kończącej go sekwencji filmowej Imperator leży w całkiem niezłej formie (a po takim wycisku, jaki zaserwował mu gracz, powinien choć trochę się zmęczyć) i kusi młodego Jedi wiedząc, że Rahm Kota powstrzyma go przed tym ostatecznym aktem oddania się Ciemnej Stronie, a w końcu atakuje starego mistrza Jedi i w zwarciu błyskawic ze Starkillerem wygrywa. A samo to, że Vader tak bardzo oberwał? Cóż, tu nie ma już wątpliwości, w sekwencji widać, że uczeń naprawdę mocno go sponiewierał. Czułem, że jest to nieco przesadzone, ale z drugiej strony młody i zwinny chłopak przeciw groźnemu mężczyźnie w pancerzu podtrzymującym jego życie ma raczej spore szanse. No i w końcu Vader był osłabiony, a po paru minutach już był w stopniu się podnieść. Ale czy jest to wystarczające usprawiedliwienie dla stanu, w jakim się znalazł? Tu Wam przyznam rację, twórcy nieco przegięli.

Zgrzyty kanoniczne i sequel

Teraz przejdę do historii Sojuszu Rebeliantów. Oficjalnie, The Force Unleashed kończy się dwa lata przed akcją Nowej nadziei. Bail Organa miał być przez wiele lat oficjalnie wiernym sługą Imperatora, knującym za jego plecami, słyszałem wiele głosów, że pokazanie jednego momentu, w którym nagle się obraca i zostaje przyłapany, jest niekanoniczne. Ale, po pierwsze, przecież już w Rebel Alliance Sourcebook został wspomniany traktat zakładający sojusz, potem wielokrotnie wspomniany, ale nigdy nie opisany. Tak samo, projekt „Starkiller” miał na celu nie tylko dokończenie Rozkazu 66, ale i znalezienie w Senacie osób, które planują bunt. Jako najpotężniejsza istota w galaktyce, Palpatine na pewno coś przeczuwał przez Moc, więc nie rozumiem, dlaczego tak bardzo przeszkadzał ten element niektórym osobom.

Jeśli chodzi o sequel gry, jest to bubel na bublu zrobiony dla fanów gry niebędących fanami Star Wars w ogóle. Co tu widzimy? Po pierwsze klona, który nie przejmuje całej tożsamości pierwowzoru, ale wszystkie zdolności i emocje. Poza tym, jak to możliwe, że w tym wszystkim miał nie uczestniczyć Palpatine? Tyle potężnych istot w jednym miejscu na pewno wywołałyby zaburzenia w Mocy. Potem jest głupota na głupocie, ze szczytowym idiotyzmem – czyli Vaderem, który nie potrafi uciec ze zwykłej klatki i daje się tak sobie związać na czele. A niekanoniczne zakończenie? Tuż za rogiem czekał doskonały klon Starkillera, pozbawiony emocji oryginału. Czemu więc nie atakował, gdy jego mistrza pojmano? Czemu nic więcej o nim nie wiadomo?

Jeśli chodzi o gameplay – jest fajnie, ale oburzająca krótkość gry i brak zapadających w pamięć momentów (no dobra, jest walka na arenie, jest też fajny mind trick) sprawia, że jest tylko „w porządku”. A czekałem z zapartym tchem.

Podsumowując, pierwsza połowa przygód Galena Mareka jest dla mnie bardzo dobra i wracam do niej dość często. A druga? Szczytowy sygnał alarmowy dla LucasArts, bo w końcu fani aż tak głupi nie są i widzą, gdy chce się im wcisnąć popłuczyny jako świeżą i aromatyczną zupę.

Share on Facebook61Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone
  • Wojciech Dzieliński

    Ogólnie więcej jest takich głupot – chłopak, który ściąga gwiezdny niszczyciel z orbity, pokonuje Vadera i prawie Imperatora – a w starciu przeciwko wielu szturmowcom jest jak małe dziecko (największą głupotą jest to, że musi parę razy(!) uderzyć mieczem świetlnym w garnka, by go zabić. Już stare Jedi Knight robiły to 1000x lepiej w tej materii. Dlatego też, dla mnie już w momencie grania to było niekanoniczne, takie po prostu zabawy twórców gry.