„Koniec i początek”

Na Koniec i początek czekałam niecierpliwie aż do pierwszych recenzji. Potem czekałam jeszcze bardziej niecierpliwie, bo trzeba się bardzo postarać, żeby zebrać tak złe opinie. W założeniu książka miała załatać lukę między Powrotem Jedi a Przebudzeniem Mocy, ale nawet to się nie udało. Powieść Chucka Wendiga ma tyle wad, że zanim zabrałam się za tę recenzję, wypisałam wszystkie i wyszła mi lista na ponad stronę. Ale po kolei.

Koniec i początek serwuje nam opowieść o rebeliantach, których losy splotły się tuż po zniszczeniu drugiej Gwiazdy Śmierci na Akivie. Na tej kompletnie dla nas nowej planecie trwa spotkanie pozostałości Imperium, o czym dowiaduje się Wedge Antilles. Niestety, zostaje uwięziony przez wroga i nie udaje mu się powiadomić o tym Nowej Republiki. Na ratunek pilotowi przychodzi Norra Wexley, rebeliantka, która wraca na Akivę po syna. Tam poznaje resztę paczki – byłego agenta imperialnego oraz łowczynię nagród Jas Emari – i zaczyna się przygoda! A raczej: powinna się zacząć.

Skoro już wiemy, o czym to wątpliwe dzieło traktuje, możemy przejść do konkretów. Koniec i początek jest pierwszą gwiezdnowojenną książką, przy której nie czułam, że akcja rozgrywa się w odległej galaktyce. Nie chcę porównywać jej do Legend, ale nawet gdy czytałam znienawidzonego przez mnie Luke’a Skywalkera i Cienie Mindora, wiedziałam, gdzie jestem. Wydaje mi się, że zawiniło tu zbyt „ziemskie” słownictwo i brak neologizmów. Wina może leżeć też po stronie głównych bohaterów – nieznanych, pozbawionych charyzmy i tak schematycznych, że aż boli.


Drugim problemem, z jakim mierzy się powieść, jest jej długość. 450 stron jest OK, pod warunkiem, że coś się na nich dzieje. Tymczasem przez ¼ książki nie miałam pojęcia, do czego zmierza autor, on sam chyba też. Po prostu lanie wody na poziomie eksperckim. Żeby jeszcze dało się to czytać… Obrazowo mówiąc: raz obudziłam się z książką na twarzy. Tak, było AŻ TAK nudne.

Oderwaniem od nudy może być niezwykle bałaganiarski styl Wendiga. Tu machnie trzy strony o Tatooine, tam siedmiostronicowy rozdzialik o naszych dzielnych rebeliantach, zaraz na moment przerzuci akcję na Korelię, potem zobaczymy, co słychać na spotkaniu Imperialnych i tak w kółko, zamieniając tylko piaskową planetę na inne. Niektóre fragmenty są całkowicie od czapy, ba – spora część nijak się ma do samej historii o Akivie. Zdaję sobie sprawę, że taki był pewnie zamysł: pokazać, co się działo na innych planetach po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci, ale wyszedł z tego totalny bajzel. Te skoki niezwykle utrudniły czytanie, a nawet bez nich nie byłoby łatwo.

Kolejną wadą książki są postacie, które jak wcześniej wspomniałam, ani nie są ciekawe, ani sympatyczne, ani nie zapadają w pamięć. Najwięcej potencjału miał Sinjir, były agent Imperialny. Jak na ironię, dostał najmniej czasu rozdziałowego z całej spółki. Znaczną część powieści zajmuje dwójka niezwykle wkurzających osobników, a ci z Was, którzy to „cudo” przeczytali, pewnie wiedzą, o kogo mi chodzi. Tak, o Wexleyów. Na Moc, ile razy chciałam walnąć głową w ścianę, gdy pojawiały się wywody Norry! Kiedyś słyszałam, że najgorsze postacie w postapokalipsie to matki… Proponuję rozszerzyć to o science fiction. Gdy Wendig pisał tę książkę, zapewne był przekonany, że Norra i jej syn, Temmin, będą nietuzinkowymi bohaterami. Oj, pomylił się. Wątek rodzica, który przez obowiązki zaniedbuje dziecko, często pojawia się w filmach, serialach, książkach i nie wiem jak Wy, ale ja mam go, delikatnie mówiąc, dość. Tak samo jak biednego, porzuconego nastolatka, który ni cholery nie chce dogadać się z dawno niewidzianą matką. Oczywiście stosunki matka-syn muszą wrócić do normalności, co tu dzieje się z prędkością światła. Serio, tak nagle! Ja rozumiem, że traumatyczne wydarzenia wyzwalają w ludziach tłumione uczucia, naprawdę rozumiem. Tylko tu wszystko zostaje zapomniane; jest świetnie, tęcza, jednorożce i takie tam. No i jest jeszcze Jas Emari, o której zapamiętałam tyle, że jest łowczynią nagród.

Jest też kilka postaci znanych z filmów. Mamy Ackbara, Mon Mothmę, Dengara, a przez moment nawet Hana i Chewbaccę. Ostatni dwójka to największy ewenement. Pojawili się, dostali cynk o akcji, zniknęli. Cały rozdział! Czyste szaleństwo, prawda? Nie mówię, że to za mało, twierdzę, że w ogóle nie powinno ich być. Może to jakieś wprowadzenie do następnego tomu (oj tak, będzie cała trylogia; czyż to nie cudowne?), ale bardzo słabo zaznaczone, w dodatku z niemal zerowym powiązaniem z głównym wątkiem. Pozostali bohaterowie z Sagi wyskakują co chwilę, zazwyczaj po to, żeby wydać rozkaz albo rzucić jakimś frazesem. O właśnie, frazesy! Tyyyle mądrości, wywodów, monologów, że Rebelianci mogą się śmiało schować. Jakie to Imperium jest złe, jak ważna jest wolność, walka i takie tam… Bo przecież my o tym nie wiemy i trzeba nam wszystko wyłożyć jak krowie na łące.

No, koniec żalów. Podsumowując, Koniec i początek to książka dla ludzi z problemami ze snem albo tych, którzy koniecznie chcą znać każdą pozycję z nowego kanonu. Jak dotąd to najnudniejsza gwiezdnowojenna powieść, jaką czytałam i żałuję, że to od niej zaczęłam swoją przygodę z „nowym porządkiem”. Żeby nie było, że nie znalazłam pozytywów – bardzo chętnie przeczytałabym coś z Sinjirem i mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w trylogii Wendiga. A samemu autorowi życzę poprawy w następnym tomie!

lisa


Autor: Chuck Wendig
Okładka: Scott Biel
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 18 listopada 2015
Objętość: 364
Czas akcji: 4 ABY

Dziękujemy wydawnictwu Uroboros za udostępnienie egzemplarza książki na potrzeby naszej recenzji.

Spotkaj się z nami na Facebooku!