Ekscentrycznym Jedi zostać – część 4

Skoro już rozsiedliśmy się w naszej siedzibie, zadecydowaliśmy, po co w ogóle chcemy się parać Jediowym zawodem i wybraliśmy sobie odpowiednie szaty (obowiązkowo niepiaskowego koloru!), to wypada jeszcze zaopatrzyć się w środek transportu. Wróć, nie w środek transportu, a statek kosmiczny, na widok którego wszystkim szczęka opadnie (lub inny aparat mowy), wyjdą oczy (jak wyżej) lub, w przypadku wyjątkowego ekscentryzmu, opanuje zażenowanie. W każdym razie, nie może być mowy o jakichś „myśliwcach Jedi”. Phi!

Latająca akademia Jedi


Choć może nie jest to zbyt osobisty statek, czy, w zasadzie, w jakikolwiek sposób prywatny w rozumieniu „to mój i tylko mój statek”, to i tak bije na głowę jakąś tam Deltę-7, nie? Pomyślcie tylko – mobilna świątynia Jedi! Czyż to nie wspaniała idea? By znaleźć się w środku akcji, wystarczy szybki skok w nadprzestrzeń i już na „złych” zwala się cała zgraja Jedi. Tylko te wszędobylskie i irytujące dzieciaki-Jedi z ich mieczykami i zdalniakami… Ach, cóż, coś za coś. Taki „Chu’unthor”, piękny, potężny, ogromny… Co prawda rozbił się na niegościnnej planecie i miliardy kredytów utopione w jego budowę wystarczyłyby na wyszkolenie tysiąca nowych rycerzy, ale – idea!

Gwiezdny jacht

Fantastyczny wygląd, luksusowe wnętrza, potężne silniki – jak podróżować, to z klasą! Mawiają, że Jedi nie powinni afiszować się z bogactwem. Mawiają też, że Jedi to szurnięci magicy. Nie trzeba więc wierzyć w to, co się mawia, za to warto iść śladem niejakiej Mary Jade. Ona to dopiero wiedziała, co to jest klasa. Jej pierwszy statek, „Ogień Jade” to może trochę zbyt pospolity Osobisty Luksusowy Jacht 3000 (w końcu latał nim także Lando Calrissian, więc niespecjalnie to oryginalne), jednak „Cień Jade”? Uff, aż ma się ochotę zasiąść za sterem.

Niewielki statek przemytniczo-kuriersko-rodzinny

Co jest lepszego, niż własne cztery kó… to znaczy silniki podświetlne z hipernapędem? To samo, ale poruszające statek, który może być Twoim domem! Po co być uwiązanym do jednego miejsca, skoro można latać po całej galaktyce, i to bez rzeczonej zgrai Jedi i padawanów? Taką możliwość oferują różne tańsze lub droższe maszyny jak przykładowo „SunGem” wspomnianego już ongiś Arcy Jetha, czy legendarny „Mroczny Jastrząb”. Mnóstwo miejsca do rozwijania swoich pasji, zadziwiająco dużo wolnej przestrzeni (ciekawe, że „Jastrząb” z zewnątrz wydaje się być mały, a z wewnątrz wręcz gigantyczny, nie?), do tego kilka łóżek dla potencjalnej załogi. Na przykład dziewięciu innych osób, z których, z jakiegoś nieznanego powodu, na wyprawę możesz wybrać tylko dwójkę… Ot, szczegóły.

Osobista korweta

Sithowie lubują się w dużych okrętach. Na przykład w dziewiętnastokilometrowych superniszczycielach gwiezdnych. I choć byłoby to niewątpliwie ekscentryczne, to, będąc Jedi, nie wypada nam jednak mieć czegoś aż tak megalomańskiego. Ale korweta? Jak najbardziej! Wystarczy spojrzeć na lekką korwetę typu Defender. Przestronne to niczym sala Galaktycznego Senatu, wygodne, do tego zwrotne jak na swoją masę, choć troszkę mu na uzbrojeniu poskąpiono. Co to bowiem dwa podwójne działa laserowe i wyrzutnia rakiet dla takiego okrętu? Ale i tak – warto.

Drewniany żaglowiec

Ekstremalna wersja gwiezdnego jachtu to gwiezdny jacht wyglądający jak… jacht. Autentyczny, zdolny do podróży nie tylko morskich, ale też kosmicznych. Koniecznie drewniany! Jakim cudem to cudaczne coś nie spłonie w atmosferze przy dowolnym starcie czy lądowaniu to już Moc jedna wie, ale takiego poziomu ekscentryczności nie przebije nikt – z wyjątkiem samego Valenthyne’a Farfalli i jego „Fairwinda”. Ale jego nie przebije absolutnie nikt, nigdy, i sądzę, że niewskazanym jest, by nawet próbować. Efekt może być, cóż, lekko komiczny, by nie rzec wprost, że na widok statku wszyscy będą się pokładać ze śmiechu.

Spotkaj się z nami na Facebooku!