„Rebels 3×21 i 3×22: Zero Hour”

-

Taraissu: Na ostatni odcinek serialu Rebels fani czekali od dawna i wiązali z nim konkretne nadzieje. Podobnie jak miało to miejsce z odcinkiem poprzednim pt. Twin Suns i rozczarowującym dla niektórych finałem konfrontacji Kenobi vs Maul. Tym razem fani czekali na spektakularne starcie między dowódcami: Thrawnem i Sato, którego się nie doczekali. Osobiście nie liczyłam na żadną tego rodzaju scenę, bo to, co rewelacyjnie wyglądałoby w książce niestety nie sprawdzi się w serialu animowanym. Samobójcza śmierć komandora Sato wydaje się bardzo odpowiednim zakończeniem losów postaci, zaś Thrawnowi nie można odmówić determinacji i odwagi (osobiście przyleciał na pole bitwy). Imperialni standardowo zawiedli po całości. I sama nie wierzę, że to piszę, ale już mnie to trochę nudzi. Rubasznego, nieudolnego Imperium trudno się bać.

Zdecydowanie na plus zaliczam Kanana próbującego zmusić Bendu do opowiedzenia się po jednej ze stron konfliktu. Fajnie, że na finał powróciła Sabine z kolegami. Prawdziwym hitem odcinka było oczywiście pojawienie się Interdictorów, Death Trooperów oraz fakt, że w końcu nasza rebeliancka ekipa obrała kurs na Yavina (jesteśmy tak blisko Łotra 1!). Zastanawiałam się od jakiegoś czasu, jaki los spotka Fulcruma i w sumie spodziewałam się jego śmierci. Jednak uratowanie Kallusa to też interesujące rozwiązanie – liczę, że postać zostanie poprowadzona dalej równie interesująco. Sam finał był naprawdę w porządku, ale zabrakło mi tego „czegoś”. 8/10. Liczyłam na nieco więcej, ale nie czuję rozczarowania.

Yako: Obejrzałem i mam bardzo mieszane uczucia. Miałem wrażenie, że finalna bitwa przedstawiona w, de facto, dwóch odcinkach, to taka biedniejsza wersja końcowej bitwy z Łotra 1. Owszem, wizualnie było to bardzo fajnie pokazane, ale miałem wrażenie, że końcówka sezonu nie pasuje do reszty serialu. Trochę tak, jakby finalny, podwójny odcinek robiony był przez zupełnie inną ekipę. Jakoś w ogóle nie czułem, że cały sezon DOPROWADZIŁ mnie do tego punktu – do bitwy pomiędzy Rebelią a Thrawnem. Niemniej, ogląda się to z zapartym tchem i czuje się tutaj Gwiezdne wojny pełną gębą. No i, oczywiście, nie ma tutaj głupich pomysłów w postaci helikopterków z mieczy świetlnych. Ale to wrażenie zbliżania się do Łotra 1 cały czas siedzi mi z tyłu głowy…

JediPrzemo: Finał oglądało się naprawdę bardzo przyjemnie, a walka faktycznie zapierała dech. Na początku była dla mnie trochę zbyt statyczna, a niszczyciele znowu zapomniały, że dysponują promieniami ściągającymi, ale fajnie było zobaczyć Thrawna w akcji. Szkoda tylko, że przez głupotę Konstanine’a plan nie wypalił. Zastanawia mnie też, czemu nie wykorzystano TIE Defenderów. Poświęcenie Sato jak najbardziej na plus, tak samo jak ogromne straty Rebeliantów, którzy praktycznie muszą zacząć wszystko od nowa, choć i tak byłoby dużo gorzej, gdyby nie interwencja Bendu, którego zadziwiająco łatwo okazało się powstrzymać.

Na szczęście obyło się bez wspomnianych głupot z poprzedniego sezonu, a Jedi udowadniają swoją użyteczność w bitwie. Myślę, że możemy też na pewno liczyć na obecność Thrawna w czwartym sezonie. Faktycznie finał starał się nawiązywać do Rogue One, zwłaszcza, że widzieliśmy Death Trooperów, a nazwanie jednej z eskadr Massassi jasno sugeruje, że baza Rebelii jest już na Yavinie. Muzyka ponownie na plus i chyba będę musiał gdzieś poszukać ścieżki dźwiękowej z tego sezonu. Podsumowując: 9/10.

Dark Dragon: Osobiście jestem pod wrażeniem, jak zgrabnie twórcy poradzili sobie z zakończeniem. Wszystko było poukładane w logiczną całość i dobrze łączy się z resztą uniwersum. Thrawn w pięknym stylu zdemaskował Fulcruma i zgodnie z oczekiwaniem doprowadził do starcia na swoich warunkach. Jego zimne kalkulacje były precyzyjne i gdyby nie niesubordynacja Konstantine’a, to wszystko byłoby dla Rebelii stracone. Nie mam tego odcinkowi za złe. Był to konieczny ruch z punktu fabularnego. Wydaje się mi także jak najbardziej sensowny. Co więcej, pozbyliśmy się tym samym bardzo niekompetentnego oficera Imperium. Druga strona straciła również bardzo zdolnego przywódcę oraz okręt „Phoenix Nest”. Szkoda jednak, że nie zginęło więcej istotnych postaci po tej „dobrej” stronie.

Przeniesienie części walki na powierzchnię planety również jest logiczne. Tarkin rozkazał pojmać przywódców żywcem, ma to też znaczenie strategiczne. Co więcej, wywołuje skojarzenia, słuszne zresztą, z Imperium kontratakuje. Nawet kod do ewakuacji bezy jest ten sam!

Kanan szuka pomocy u Bendu i… niekoniecznie ją dostaje. Bendu pozostaje wierny swoim przekonaniom i pozostaje na stanowisku neutralnym, chociaż tym razem agresywnym (w przeciwieństwie do tradycyjnie pasywnego). Bardzo podobał mi się fakt, że zabijał i imperialnych, i Rebeliantów. Gdyby nie to niecodzienne zjawisko, Imperium z pewnością by całkowicie zwyciężyło (co miałoby mniej sensu, przez wzgląd na postacie, które muszą dotrwać bezpiecznie do Łotra 1 i Nowej nadziei). Oczywiście kolejnym „cudownie szczęśliwym” czynnikiem ucieczki Rebeliantów byli Mandalorianie. Pomoc udzielona przez mały oddział wojowników była naturalna i oczywista. Któż lepiej poradzi sobie z tak ważnym i trudnym zadaniem bojowym, niż ludzie urodzeni by walczyć? Był to też kolejny czynnik, który musiał pozwolić rebeluchom uciec. Czy musieli ratować Kallusa i czy jego ucieczka była przekonująca? Nie, ale jestem ciekaw rozwoju tej postaci.

Thrawn nie stracił nic na swojej wspaniałości, a przeciwnik z ciężkimi stratami i podkulonym ogonem uciekł. Słodko-gorzki odcinek, jednak bardzo dobry. Po raz kolejny zaznaczę, że Rebels bardzo zyskuje na dłuższych odcinkach (lub tych bezpośrednio łączących się ze sobą). Zyskał także budżet – większość bohaterów to nie armia klonów i postaci wiecznie zakutych w hełmy, animacje i efekty przyjemnie się ogląda. Z zapartym tchem czekam na czwarty sezon, który być może połączy się bezpośrednio z Łotrem 1.

Krzywy: Podwójny finał sezonu oglądałem bez większych emocji. Niczym specjalnie nie zaskoczył, ale nie zgodzę się, by sezon do niego nie prowadził. Wręcz przeciwnie – domknięto w ostatnich dwóch odcinkach wszystkie rozpoczęte wątki (prócz Maula, którego wyeliminowano tydzień wcześniej). Thrawn pokazał Rebeliantom, że jest bardzo wymagającym przeciwnikiem, a Bendu nie został zapomniany, Sabine wróciła by uratować wszystkich w ostatniej chwili, a Kallus dołączył do naszych dzielnych buntowników.

Mam jednak wrażenie, że twórców Rebels mocno ogranicza materiał źródłowy, a nasza znajomość dalszych losów Rebelii wymusza w scenariuszu deus ex machinę, bo wydarzenia muszą doprowadzić do tego, co widzieliśmy w Rogue One. To dlatego bohaterowie nie odkrywają na Geonosis istnienia Gwiazdy Śmierci; to dlatego Obi-Wan Kenobi nie może ruszyć im z pomocą, i to dlatego nie mogą wygrać z Imperium – w końcu to pierwsze zwycięstwo opisane w napisach początkowych Nowej nadziei widzieliśmy w wydanym pod koniec minionego roku filmie.

Rebels w czwartym sezonie ma mimo wszystko spore pole do popisu, bo nie licząc domknięcia tej historii w postaci historii z filmów kinowych, trzeci sezon nie zostawia zbyt wielu pytań bez odpowiedzi i teraz twórcy będą mogli dość dowolnie podejść do kolejnych historii. To, czy taką czystą kartę dobrze wykorzystają, to oczywiście zupełnie inna kwestia.

Nadiru: To był naprawdę dobry finał. Jak na serial animowany, pokazana tu bitwa nie miała się czego powstydzić (no, poza okazyjnym wrażeniem pustki tam, gdzie powinny być chmary myśliwców), a i przeróżne postacie pokazały się od dobrej strony… z wyjątkiem imperialnych oficerów innych, niż wielki admirał Thrawn, rzecz jasna. Ale o wszystkim dogłębnie rozpisali się moi koledzy i koleżanka. Zero Hour pokazało nam, że Rebels dysponuje gigantycznym potencjałem, który, co ważne, potrafi przekuć na fajną, emocjonującą historię. Co więcej, bardzo mnie cieszy, że cały sezon został znakomicie ze sobą powiązany; nawet odcinki, które wydawały się zapychaczami, dokładały kolejne cegiełki do wielkiego finału. W poprzednich sezonach nie było tego tak czuć. Zero Hour dostaje ode mnie zasłużone 9/10.

Share on Facebook26Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone