Historia z obrazka: Leia strzela z oczu laserami

-

Poproszę o chwilkę skupienia. To, co zaraz napiszę, wbrew pozorom nie jest żartem ani fanfikiem. Na powyższym obrazku oglądamy… nie, od razu Was uspokajam, to nie jest Leia strzelająca laserami z oczu. Uff, pewnie kamień spadł Wam z serca, co? Ilustracja ta pokazuje wydarzenie, które miało być ślubem księżniczki Lei (tej prawdziwej) z Trioculusem, trójokim mutantem (!), rzekomym synem Palpatine’a (!!) i pretendentem do tronu Imperium (!!!) po niedawnej śmierci „ojca” w bitwie o Endor. Ślub ten ma miejsce na okręcie niejakiego wielkiego moffa Hissy, który nosi dumną nazwę „Moffship”. Nie żaden „Pogromca” czy „Miażdżyciel”, jak przystało na porządny imperialny okręt, a „Moffship”. A dlaczego w ogóle Leia miałaby wychodzić za jakiegoś imperialnego mutanta? Oczywiście dlatego, że została przezeń porwana i zmuszona do zamążpójścia. I, co również oczywiste, tuż przed ceremonią zostaje uratowana przez Hana, Luke’a, Lando i innych herosów Rebelii. Żeby było śmieszniej, bohaterowie akurat mają pod ręką RoboLeię, replikę-droida księżniczki, która zamienia się miejscami z prawdziwą Leią. Wygodne! I to właśnie ona laserowymi oczami, niczym mroczna wersja Supergirl, zabija Trioculusa.

Gdzie poznaliśmy tę godną nagrody Nebula i Hugo opowieść? W zapomnianych (na szczęście…), kompletnie idiotycznych powieściach młodzieżowych z lat 1992-1993, które tworzyły serię o nazwie Jedi Prince i rozgrywały się tuż po Powrocie Jedi. Konkretnie wydarzyło się to w książce pod wiele mówiącym tytułem Królowa Imperium. Zresztą, tytuły z tej serii to jedna wielka beczka śmiechu – sami przeczytajcie, najlepiej na głos: Rękawica Dartha Vadera, Zaginione miasto Jedi, Zemsta Hutta Zorby, Misja z Góry Yody (to jest mój faworyt!) i Prorocy Ciemnej Strony. Może ta campowość była zamierzona? Może te wszystkie postacie, od Trioculusa i Triclopsa (tak, bo najwyraźniej Palpatine miał dwóch synów, obu trójokich mutantów…), przez Zorbę, po dwunastoletniego Kena miały być tragikomiczne? Nie sądzę, ponieważ były to dziewicze czasy Expanded Universe – wciąż jeszcze wychodziła Trylogia Thrawna – i autorzy nie do końca mieli pojęcie, co do Star Wars się nadaje, a co bezwzględnie powinno trafić do kosza. Albo najlepiej od razu do pieca, by nikt nigdy przypadkiem tego nie znalazł. Podobnie jak Kryształowa gwiazda, Dzieci Jedi i inne tego typu „dzieła”.

Co jeszcze warto wiedzieć o Jedi Prince poza tym, że nie wolno tego tykać nawet kijem? Że chociaż seria ta stanowiła część kanonu, wszyscy usilnie starali się o niej zapomnieć, a to, czego nie dało się zapomnieć, połączono z resztą gwiezdnowojennego kontinuum zręcznymi retconami. Gwoli ścisłości dodam, że za całą serię odpowiedzialne było małżeństwo Paul i Hollace Davidsowie, a zaprezentowany tu obrazek sporządził Karl Kesel – była to jedna z wielu ilustracji, które wykonał do wszystkich sześciu powieści. Ta konkretna wersja została pokolorowana na potrzeby artykułu pt. Barely Tolerable: Alien Henchmen of the Empire, Part 1, który ukazał się swego czasu na Oficjalnym Blogu Star Wars.

Share on Facebook107Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Darth sheldon

    Akurat tytuły Prorocy Ciemnej Strony i Zaginione miasto Jedi, wrecz powiedziałbym całkiem nieźle, to drugi tytuł to nadawałby się nawet na tytuł spinn offa, książki, komiksu, gry o kosmiczny archeologach, taki Indiana w kosmosie.

    • Może to bardziej kwestia absurdalności samych Proroków Ciemnej Strony, niż tytułu… W każdym razie „Zaginione miasto Jedi” jest OK, ale właśnie jako tytuł dla gwiezdnowojennego Indiany Jonesa, a dla samego Star Wars… nie, nie bardzo 😉