Kobiety przejmują „Star Wars”

Od zawsze Gwiezdne wojny były dostępne i przeznaczone dla wszystkich odbiorców. Osobiście nigdy nie odczuwałem żadnego problemu i gołym okiem widziałem, że moją pasję podzielała zarówno część kolegów, jak i koleżanek. U korzeni Gwiezdnej Sagi nie było to jednak aż tak bardzo widoczne. W Oryginalnej Trylogii mieliśmy cztery (mówiące) postacie kobiece, które nie zmieniły ze sobą bezpośrednio słowa. Nie liczę tutaj śpiewaczki (Sy Snootles), ani chórku (Greeata Jendowanian i Rystáll Sant). Mimo to sama Leia miała ogromny wpływ na ówczesne dziewczynki. W starym Expanded Universe to grono zostało poszerzone i najbardziej prominentną postacią żeńską bez dwóch zdań była Mara Jade, ale rzecz jasna nie jedyną. Wszystkie te postacie były (i oczywiście są nadal) kochane przez fanów obojga płci.

ogłoszenie
Przedsprzedaż BATTLEFRONT 2! Najbardziej wyczekiwana gra Star Wars tego roku! Jeszcze więcej zawartości i, przede wszystkim, kanoniczna historia opowiedziana w kampanii dla pojedynczego gracza! Iden Versio czeka na Twoje rozkazy! Kup klucz w wersji ORIGIN (wer. angielska).
dalsza część artykułu ↓

Następnie dostaliśmy trylogię prequeli, gdzie bardzo istotną rolę odegrała Padmé. Tam też pojawiło się bardzo dużo drugoplanowych postaci żeńskich. Nie odgrywały tak ważnych ról jak te męskie, ale była między nimi interakcja i nie zostały zapomniane. Prawdziwym rozkwitem był jednak serial The Clone Wars. To on, poza prowadzeniem Ahsoki jako jednej z centralnych postaci, poszerzyła ekranowe równouprawnienie. Mieliśmy więc odcinki typowo skupione na postaciach żeńskich, wprowadzenie nowych pań do uniwersum oraz potężne rozbudowanie postaci znanych z filmów (i innych mediów). Oczywiście dzięki temu, że serial był tak powszechnie dostępny, dotarł do naprawdę dużego grona odbiorców. Tego nie udało się wcześniej osiągnąć grami, komiksami czy książkami.

Kolejny dużym rozdziałem w dziejach jest początek ery Disneya. Postacie żeńskie wyraźnie przejęły pałeczkę. Mamy Przebudzenie Mocy z Rey na czele, Łotra 1 z główną bohaterką Jyn… Mało? Co z Utraconymi gwiazdami (Ciena Ree), Pokłos… znaczy Końcem i początkiem (Norra Wexley oraz Rae Sloane), Ahsoką, książkami o Lei (Ruchomy cel: Przygody księżniczki Lei oraz Leia: Princess of Alderaan) czy mini-seriami komiksowymi jak… Księżniczka Leia (Evaan Verlaine), Doktor Aphra i nowy Battlefront II wraz z towarzyszącą mu książką (Iden Versio)! Teraz jeszcze zapowiedziano cały serial jawnie skupiony na kobietach (Forces of Destiny)! Przeróżowione gadżety i zabawki dla małych dziewczynek szturmują półki sklepowe. Toż to poprawność polityczna i spisek przeciwko męskiej społeczności fanów!

Nie, moi drodzy. Wbrew pozorom nowych mediów skupionych bezpośrednio na kobietach nie jest tak dużo. Nadal w większości pozostałych opowieści pierwsze skrzypce grają mężczyźni. Są oczywiście wspierani przez drugoplanowe postacie kobiece (które czasem zyskują własne serie, jak Aphra) i takie rozwiązanie bardzo mi się to podoba. To oczywiście działa także w drugą stronę (tu jako przykład podałbym Łotra 1).

Gwiezdne równouprawnienie

Mamy dużo pozycji, w których role odgrywane przez postacie rozkładają się po równo między oboma płciami. W niektórych pozycjach wymienionych wyżej tak naprawdę następuje takie przetasowanie. Taka różnorodność bohaterów jest ważna, ale czasami możemy sobie pozwolić na skupienie historii na jednej z płci. W Battlefroncie (2015) mamy sporą możliwość personalizacji naszej postaci i widać tutaj pełne równouprawnienie. Nawet tacy Rebelianci pomimo większej ilości męskich postaci zachowują pewien balans. W końcu to historia rodzinna, gdzie każdy dostaje swoje pięć minut. Tym samym skupienie uwagi widza przeskakuje na różne postacie. To daje nam ich lepszy obraz i znacznie bardziej ubogaca całokształt historii.

Osobiście w Rebels największą sympatią darzę Herę. Nieustraszona, urodzony przywódca, piękna rasa obca i imponujące umiejętności pilotażu. Jako przedstawiciel płci brzydkiej częstokroć preferuję oglądać płeć piękną. Najczęściej jej wygląd, tak jak w tym wypadku, jest tylko jedną cząstką składową mojego afektu. Dlatego nie rozumiem oburzenia niektórych osób na wieść, że bohaterem nadchodzącego Battlefronta II będzie kobieta. Warto dać jej szansę. W końcu mamy sposobność ponownie stanąć po stronie Imperium w grze komputerowej. Samo to powoduje, że gra nabiera swoiście egzotycznego smaku. Ten fakt powinien ekscytować fanów. Zwłaszcza takich, którzy opiewają się po stronie Imperium i/lub Najwyższego Porządku. Czy to ważne, jaką płeć ma postać, której akcje będziemy przez większość czasu podziwiać z perspektywy pierwszej osoby? Dodatkowo w kampanii nie będziemy grać tylko nią. Twórcy wspominali, że wcielimy także w znanych z uniwersum bohaterów.

Fabuła jest istotna, nie płeć postaci

Najważniejsza zawsze powinna być historia sama w sobie. Słaba opowieść nie obroni się, wykorzystując tylko solidne postacie. Jako przykład chciałbym przytoczyć wyżej wspomniane Forces of Destiny. Nowy mikroserial sięga po znane, lubiane i dobrze wykreowane postacie żeńskie. Twórcy nie kryją się z tym, że będą to obrazy przeznaczone głównie dla małych dziewczynek. Czy to powód do żalu ze strony męskiej części fandomu? Takie podejście twórców może być krzywdzące, ale jeśli historia byłaby dobra i dobrze przedstawiona, to spodobałaby się wszystkim. Nie byłaby istotna płeć, wiek ani staż bycia fanem. Jednak na razie nie wygląda to dobrze. Z pierwszego odcinka przedstawionego na Celebration nie byłem zadowolony.

Być może niektórym młodszym odbiorcom się to spodobało, ale Lucasfilm powinien skupić się na czymś innym. Star Wars od zawsze było przeznaczone dla całej rodziny i taka myśl powinna zawsze przyświecać osobom je tworzącym. Mam drobne obawy, czy takie dość lekceważące podejście nie odbije się negatywnie na nas. Obym się mylił.

Czy Gwiezdne wojny są przejmowane przez kobiety? Zdecydowanie nie, ale cieszy fakt, że coraz więcej postaci żeńskich obejmuje istotne role. Nadal jednak, niestety, cierpimy na niedobór dobrze rozbudowanych kobiet po stronie „tych złych”. Obecnie szykuje nam się poszerzenie materiałów o kapitan Phasmie i niezmiernie mnie to raduje. Niestety w Przebudzeniu Mocy było jej zdecydowanie za mało. Zmierzamy jednak w dobrą stronę. Panowie w szczególności powinni być zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Nie tylko będzie na czym zawiesić oko, ale także potencjalne poszerzenie fandomu o kolejne fanki powinno nas cieszyć. Ogólnie więcej fanów zwiastuje coraz lepszą przyszłość dla wszystkich. Twórcy mają coraz większy zysk, my dostajemy coraz więcej Gwiezdnych wojen. Wspólnie zatem powinniśmy się cieszyć z wszechobecnej bujnej ekspansji ukochanego uniwersum. Jeśli już, to nachodzi mnie inna obawa – kosmiczny rasizm. W galaktyce mamy niedobór obcych ras w głównych rolach. Tych postaci jest dopiero mało! To jednak problem na kolejny artykuł.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook117Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • M.T.

    Patrząc obiektywnie da się zauważyć pewną feminizację „Gwiezdnych wojen”, jednak jest to trend spotykany od jakiegoś czasu bardzo często. Wystarczy spojrzeć chociażby na ostatni sezon „Gry o tron”.

  • Piotr Wawrzyniak

    Podpisuję się ręcami i nogami pod tekstem 😀
    Nie rozumiem bólu wielu osób, że „hurr durr, Gwiezdne Wojny feminizujo”. Mamy u naszego gatunku rozkład płci ~50/50. I tak moim zdaniem kobiet jest za mało w popkulturze. Czy, żeby postać była badassem musi mieć takie, a nie inne drugorzędowe cechy płciowe? No sądzę, że nie. Mnie interesuje fabuła, charaktery postaci. Ich płeć, kolor skóry, orientacja (a w przypadku SW także gatunek) nijak się nie ma do tego czy historia przedstawiona mnie porwie, czy nie.