Fizyka a „Star Wars”: kontrargumenty do najczęściej stawianych zarzutów – część 1

Zarówno w internecie, jak i w dyskusjach fanów często powtarza się temat niezgodności uniwersum Star Wars z prawami fizyki. I chociaż Star Wars to bardziej space opera, niż hard science fiction, to wiele ze stawianych mu zarzutów nie ma racji bytu. Oto próba rozliczenia się z takimi zarzutami, której dokonał jeden z naszych czytelników, Wiktor Guzowski. Zapraszam do lektury! [Nadiru Radena]

Silniki w kosmosie są cały czas włączone

To chyba najczęstszy zarzut, jaki stawia się sadze Star Wars. W przestrzeni kosmicznej, na orbicie, panuje próżnia i nieważkość. Oznacza to, że na wprawione w ruch ciało nie działają żadne siły spowalniające lub ciągnące je w dół, więc silników potrzebuje ono tylko do manewrowania, nie muszą być włączone cały czas. Również sam ruch statków powinien wyglądać inaczej – powinny one obracać się przy użyciu niewielkich silniczków manewrowych, zupełnie inaczej niż statki w Star Wars, które manewrują prawie dokładnie tak samo jak samoloty.

Jednak te dwie części się nawzajem wyjaśniają. Statek kosmiczny, lecący z włączonymi silnikami skierowanymi do tyłu i manewrujący przy użyciu wytwarzanego przez nie wektorowanego (czyli zmieniającego kierunek) ciągu, będzie zachowywał się jak samolot również w kosmosie. Silniki w Star Wars są silnikami jonowymi, które mają nieduży ciąg – zbyt mały, by wystartować. Statki startują bowiem przy użyciu repulsorów – generatorów antygrawitacyjnych, które są zgodne z prawami fizyki, lecz wymagają ujemnej energii (patrz sekcja o nadprzestrzeni), więc nie powodują dużego przyspieszenia, ale jednocześnie mogą umożliwiać statkowi bardzo wydajne manewry. Oczywiście można by wykonać manewry inne niż samoloty w powietrzu, ale zmniejszałoby to czas pełnego skrętu bardzo nieznacznie, a za to zwiększało działające na pilota przeciążenia boczne, zdecydowanie bardziej niebezpieczne od przeciążeń dolnych.


W kosmosie nie ma dźwięku

W kosmosie, jak już mówiłem, nie ma atmosfery, koniecznej do rozchodzenia się dźwięku. Jeśli wrogi statek wybuchnie kilkanaście metrów od nas, powinniśmy usłyszeć tylko ciszę. Jednak w Star Wars dźwięki w kosmosie mają się w najlepsze. Dlaczego? Wymyślono może trochę naciągane, ale jednak stosunkowo wiarygodne uzasadnienie – bitwa ma być postrzegana z perspektywy pilotów, a aby umożliwić im orientowanie się lepiej w polu bitwy warto, by dostawali informacje nie tylko wzrokowe, ale i słuchowe [1]. Dlatego myśliwce wyposażone były w czujniki, które analizowały pole bitwy i przy użyciu systemu głośników w kabinie wydawały dźwięki odpowiadające temu, co słychać by było, gdyby statki znajdowały się w atmosferze.

Statki są zbyt aerodynamiczne

Ponieważ w kosmosie nie ma oporu powietrza, statki w kształcie samolotu, klina, kuli, sześcianu i tym podobnych będą zachowywały się tak samo. Bardzo często można się więc spotkać z zarzutami w stylu „Po co więc statki w Star Wars mają aerodynamiczny kształt, skoro latają w kosmosie?

Ludzie, którzy tak twierdzą, są chyba, delikatnie mówiąc, ślepi – widać wyraźnie, że statki w odległej galaktyce latają w atmosferze, muszą startować i lądować na planetach z atmosferą. Po za tym wiele maszyn, takich jak np. korweta „Tantive IV” czy najsłynniejszy „Sokół Millennium”, nie było wcale aerodynamicznych. Jeszcze inna sprawa: elementy, które większość osób bierze w X-wingu za skrzydła, to przede wszystkim radiatory termiczne, ułatwiające myśliwcowi wypromieniowanie w przestrzeń dużych ilości ciepła, powstałych np. podczas strzelania z dział laserowych [2] czy wydzielanych przez silnik. Ale owszem, pełnią one również rolę skrzydeł; w Epizodzie VII widać, jak X-wingi ze skrzydłami podczas walki w atmosferze zmiotły z nieba pozbawione skrzydeł TIE Fightery. Zaś kształt klina, jaki miał gwiezdny niszczyciel typu Imperial (no i w sumie większość innych też), oprócz tego, że ułatwia lot w atmosferze, umożliwia skoncentrowanie większości uzbrojenia na jednym celu – okręt w kształcie sześcianu Borga ze Star Treka może skoncentrować na wrogu w najlepszym ustawieniu połowę swoich dział, zaś okręt w kształcie ISD (oprócz rzadkiej sytuacji, w której wróg atakuje od tyłu) praktycznie większość.

Grawitacja na pokładach

Jak powszechnie wiadomo, w kosmosie nie ma grawitacji, astronauci poruszają się po Międzynarodowej Stacji Kosmicznej odpychając się od ścian i lecą w powietrzu, jak można zobaczyć na tym filmiku. Jednak na statkach w Gwiezdnych wojnach grawitacja na pokładach zawsze była i kierowała się w dół. Dlaczego tak się dzieje?

Nie wiadomo, jak wytwarza się grawitację na pokładach, lecz sztuczne wytwarzanie grawitacji jest zgodne z Ogólną Teorią Względności (w skrócie OTW). Wymaga co prawda gigantycznych ilości energii, ale w niektórych odcinkach kanonicznego serialu animowanego The Clone Wars dochodzi do sytuacji, w której statek traci całe zasilanie, a na pokładzie pojawia się stan nieważkości, dzięki czemu wiadomo, że grawitacja na pokładach to nie błąd fizyczny, ale wykorzystanie nieznanej nam jeszcze, ale na obecny stan wiedzy fizycznej teoretycznie możliwej do stworzenia technologii.

Nie ma żadnej nadprzestrzeni

Częściowo tak, częściowo nie. Sama idea nadprzestrzeni (a raczej hiperprzestrzeni, ang. hyperspace) jest spowodowana błędem w rozumieniu OTW, bardzo często występującym wśród osób, które słyszały o jej postulatach w formie słownej, ale nie zagłębiły się bardziej w temat – myśleniem, że tak jak potrzeba trzeciego wymiaru, by zgiąć dwuwymiarową kartkę, tak samo potrzeba wyższego, piątego wymiaru, by zgiąć czterowymiarową czasoprzestrzeń. Jest to błędna idea, do zgięcia czterowymiarowej czasoprzestrzeni NIE potrzeba piątego wymiaru, ale tę czasoprzestrzeń można zginać (jest to całkowicie poprawna fizycznie metoda podróży z prędkością nadświetlną), doprowadzając do powstania tuneli czasoprzestrzennych, które byłyby najbardziej pasującym wyjaśnieniem podróży hiperprzestrzennej w Star Wars. Do utrzymania takiego tunelu potrzebowalibyśmy, co prawda, ujemnej energii, ale jest ona dozwolona przez OTW i choć nie zaobserwowano jej w laboratorium, prawdopodobnie to tylko kwestia czasu. Stworzenie tunelu czasoprzestrzennego wymagałoby dokładnego mapowania trasy, co w Star Wars dzieje się za każdym razem, gdy dochodzi do tzw. skoku w nadprzestrzeń.

„Sokół Millennium” jest za wolny

Odległa galaktyka ma ponad 100 tyś. lat świetlnych (czyli nawet lecąc z prędkością światła potrzeba by ponad 100 tyś. lat, by przelecieć z jednego jej końca na drugi). Tymczasem według słów Hana Solo najszybszy statek w galaktyce, jego „Sokół Millennium”, osiąga tylko 1,5 prędkości światła (ang. .5 past lightspeed). W jaki sposób więc statki przelatują gigantyczne dystanse w tak krótkim czasie? Odpowiedź jest prosta – .5 past lightspeed wcale nie oznacza 1,5 prędkości światła.

W pierwotnej wersji filmu Han miał powiedzie o „Sokole”, że posiada hipernapęd klasy 0.5, lecz Harrison Ford się pomylił, a ponieważ Star Wars były niskobudżetową produkcją oraz wiedziano, że większość widowni nie ma pojęcia o fizyce, postanowiono nie kręcić ponownie tej sceny. Prawdziwa prędkość „Sokoła” w nadprzestrzeni nie została oficjalnie podana, ale fani oceniają ją na 9 130 000 razy większą od prędkości światła. Warto tutaj też wspomnieć o oznaczaniu klas hipernapędu – niższa wartość oznaczała bowiem większą prędkość.

Statek przyspiesza od zera do prędkości światła w ułamek sekundy, a bohaterowie nie są zabijani przez przeciążenie

Statek NIE przyspiesza [3]. Statek wchodzi w nadprzestrzeń, przez co z punktu widzenia istot pozostających w czterech wymiarach przyspiesza, ale z punktu widzenia statku, na który zaczynają działać inne prawa fizyki, nie zmienia on swojej prędkości.

Jump to lightspeed / hyperspace

Wymienne używanie tych terminów można wytłumaczyć brakiem znajomości fizyki przez głównych bohaterów. Poprawnym terminem jest jump to hyperspace, a jump to lightspeed jest kolokwializmem, swego rodzaju błędnym uproszczeniem.

„Sokół Millennium” pokonał trasę na Bespin bez hipernapędu

Wyjaśnienie tej zagadki nie ma akurat nic wspólnego z fizyką. „Sokół Millennium”, jak wiele statków w odległej galaktyce, był wyposażony w zapasowy (a właściwie awaryjny) hipernapęd klasy 10. Był on wolny, ale wystarczył do tego, by w kilka dni pokonać trasę między planetami, które znajdowały się tak blisko siebie.

[1] Analiza wzrokowa i słuchowa angażują inne obszary mózgu, przez co podawanie informacji zarówno w formie wzrokowej jak i słuchowej zwiększa moc obliczeniową mózgu.

[2] Które tak naprawdę nie są laserami, tylko wystrzeliwują wiązkę plazmy, dlatego też promień blasterowy jest widoczny podczas lotu i porusza się znacznie wolniej od prędkości światła.

[3] Oficjalnie podano, że statek rzeczywiście w ułamku sekundy przyspiesza do prędkości bliskiej prędkości światła, a potem dopiero skacze w nadprzestrzeń. Pasażerowie przeżywają dzięki kompensatorom przyspieszenia. Mimo, że zbudowanie takich urządzeń jest teoretycznie możliwe, ilość energii potrzebna do zanegowania tak ogromnego przyspieszenia znacznie przewyższa energię superlasera Gwiazdy Śmierci, co byłoby bezsensowne. Jednak zmiana metody działania hipernapędu nie wpłynęłaby na fabułę filmów oraz znacznej większości (jeśli nie wszystkich) innych kanonicznych materiałów.

Spotkaj się z nami na Facebooku!