„Misja Jedi”

Recenzja ta została pierwotnie opublikowana w październiku 2013 roku – przypominamy ją w ramach projektu Kompendium Legend.

Między wydarzeniami z Mrocznego widma i Ataku klonów mija dziesięć lat. Dziesięć długich lat, podczas których Obi-Wan nauczał Anakina tajników Mocy. Taki temat to praktycznie nieskończona żyła złota. Autorzy Star Wars postanowili wydobyć to złoto, stawiając na powieści młodzieżowe, podobnie, jak to uczynili z układem Kenobi-Jinn w serii Uczeń Jedi. I tak w 2001 roku powstał cykl Jedi Quest, który miał opowiadać o przygodach nastoletniego Skywalkera pod czujnym okiem mistrza Kenobiego. Jednocześnie ukazał się komiks pod tym samym tytułem, który był zarazem adaptacją obrazkową pierwszej książki Path to Truth. Czy miał stanowić początek dłuższej serii, towarzyszącej młodzieżówkom i przerabiającym je na formę graficzną, nie do końca wiadomo, w każdym razie pojawił się w USA w tym samym czasie, a teraz możemy go wziąć w swoje łapki my, polscy fani, gdyż jego przetłumaczona wersja trafiła do nas jako ostatnie w 2012 roku Wydanie Specjalne Star Wars Komiks pt. Misja Jedi.

Wcale nie taka młodzieżowa adaptacja

Jako się rzekło, Misja Jedi to adaptacja powieści młodzieżowej. Z tego faktu można by było wysnuć teorię, że fabuła komiksu będzie dziecinna i podporządkowana wymogom gatunku. Tymczasem odnoszę wrażenie, że została idealnie skrojona pod komiks – przy czym pierwsza część, o poszukiwaniu kryształu do miecza świetlnego na Ilum, mniej, niż druga, o wiele dłuższa, o intrydze z Colicoidami i Kraynem. Główny wątek nie jest przesadnie skomplikowany, od razu zdajemy sobie sprawę z prawdziwej natury jednej z postaci, co w książce być może zostało lepiej zamaskowane, ale całość wypada nader interesująco i otrzymujemy parę zaskakujących zwrotów akcji. Komiks doskonale bierze na swoje barki odpowiedzialność ukazania przyszłych, mrocznych losów Anakina. Wątki zostały tak poskładane, że wszystkie największe problemy Skywalkera – tęsknota do matki, nienawiść do niewolnictwa i gwałtowny charakter – jakoś się manifestują i odgrywają dużą rolę. Misja Jedi robi wiele, wiele dobrego jako most spinający dwa epizody Gwiezdnej Sagi.

Jakkolwiek fabuła przypadła mi do gustu, tak o rysunkach niestety nie mogę powiedzieć tego samego. Po pierwsze trzeba jasno i wyraźnie zaznaczyć – jest wykonana w stylistyce bardzo bliskiej mandze (chodzi zwłaszcza o twarze bohaterów), której osobiście nie lubię nigdzie poza tymiż japońskimi komiksami. Jeśli nie lubicie mangi, trzymajcie się od Misji Jedi z dala. Po drugie, abstrahując od wątpliwej stylistyki, świat komiksu nie przypomina za bardzo uniwersum Star Wars. Nigdzie, w żadnym miejscu, nie czuć klimatu odległej galaktyki. Rysunki są pod tym względem jednoznacznie nijakie, pomimo gęstego i częstego wykorzystywania gwiezdnowojennych elementów. Po trzecie, karygodnie zilustrowano zarówno Anakina, jak i Obi-Wana. Wyjątkowo śmiesznie się składa, że młody Skywalker jest bardziej podobny do… młodego Obi-Wana, gdy był w tym samym wieku, i swojego wnuka, Bena z Dziedzictwa Mocy, niż siebie samego. A sam Kenobi? Podobieństwo do Ewana McGregora jest zerowe, nie istnieje. We wszystkich pozostałych aspektach grafika jest w najlepszym wypadku średnia.


Gdyby nie te rysunki…

Tak jak to wielokrotnie się zdarzało w gwiezdnowojennych komiksach, Misji Jedi przytrafił się problem w postaci dużej nierówności występującej między dwoma kluczowymi (przynajmniej dla mnie) elementami komiksu – rysunkami, a fabułą. Podobnie jak na przykład Rycerze Starej Republiki: Wektor ze świetną opowieścią i potworną szatą graficzną, Misja Jedi sprawia bardzo dobre wrażenie w sferze fabularnej, dialogach i charakteryzacji postaci, natomiast zwodzi tam, gdzie najważniejsza jest dłoń artysty-rysownika, w kresce, kolorach i tworzeniu jakże ważnego klimatu Star Wars. Zawsze w takich momentach mówię, że zmarnowano potencjał komiksu i źle dobrano współpracujące ze sobą osoby, ale z dwojga złego lepiej chyba mieć opowieść, która zapadnie nam bardziej w pamięć z powodu opowieści i bohaterów, niż oszałamiających rysunków, kryjących jednak pod sobą brak treści. Dla mnie, recenzenta, jest to jednak problem, bo o ile łatwo mi jest jednoznacznie polecić lub nie polecić komiks, gdzie oba elementy są w równowadze, o tyle nie da się tego zrobić, gdy sytuacja jest odwrotna. Misja Jedi to taki trudny przypadek. Wybór, czy ją kupicie, należy tylko do Was.

Spotkaj się z nami na Facebooku!