„Darth Vader i dziewiąty zamachowiec”

Zaginiony oddział, Widmowe więzienie, Dziewiąty zamachowiec oraz Cry of Shadows to miniserie poświęcone lordowi Vaderowi, opublikowane przez Dark Horse, zapoczątkowane jeszcze przed nabyciem Lucasfilmu przez Disneya i przejęciem komiksowej pałeczki przez Marvela. W Polsce mamy okazję zapoznać się z nią dzięki Egmontowi, wydającemu je pod szyldem Legendy. Obecnie nadszedł czas na trzecią odsłonę cyklu – właśnie ukazał się Darth Vader i dziewiąty zamachowiec.

Podobnie jak w przypadku pozostałych historii, tak i ta nie wydaje się należeć do specjalnie skomplikowanych – lord Vader zostaje wysłany z kolejną misją przez Imperatora, a w jej wyniku dorobi się wroga, tym razem jednak nie poprzestającego na czczych pogróżkach. Zdesperowany i żądny zemsty przeciwnik wynajmuje zamachowca (już dziewiątego z kolei, jak wskazuje tytuł), ewidentnie sprytniejszego i mającego większe szanse na zrealizowanie zlecenia niż pozostali. W międzyczasie dochodzi do zamachu na Imperatora, a w całej sprawie zaczynają przewijać się należący do pewnego specyficznego kultu zamachowcy-samobójcy. Dodatkowo nawet Moc zaczyna Vadera zawodzić… Jak skończy się ta historia? Ano oczywiście, że tak, jak sądzicie, ale… Nie zabraknie również niespodzianek.


Brzmi banalnie, wiem, ale debiutujący zarówno w świecie Star Wars, jak i w ogóle w komiksie scenarzysta Tim Siedell potrafił z takiej opowieści zrobić coś interesującego. Jak w przypadku Zaginionego oddziału, tak i tutaj bardzo podoba mi się kreacja naszego głównego bohatera. Z jednej strony to siepacz Palpatine’a, pozbawiony jakiejkolwiek finezji, bezlitosny i brutalny (egzekucja nieudolnych gwardzistów to majstersztyk), z drugiej jednak czuć pod maską tego dawnego Anakina, nie stroniącego czasami od żartów – rewelacyjnie pokazano to między innymi podczas finałowego starcia. Motywacje innych postaci również nie wymagają wyjaśnienia, są więcej niż oczywiste. Jednocześnie uwagę przyciąga tajemniczy kult, bo w końcu kto z nas nie lubi opowieści o zaginionych twierdzach, przepowiedniach i niesamowitych broniach? Pewnie są i tacy, ale na ogół nie przepadają w ogóle za fantastyką. A już najbardziej podoba mi się końcowa niespodzianka, ale o tym cicho sza! Sami się przekonacie.

Jak już wspomniałam, scenarzysta spisał się na medal, a jak wygląda sprawa rysunków? Bardzo przyzwoicie. Odpowiada za nie młody duet, Stephen Thompson oraz Iván Fernández, dający sobie świetnie radę zarówno z ludźmi, jak i obcymi oraz technologią. Mają kreskę bardzo realistyczną, bez specjalnych eksperymentów i uproszczeń, co stanowi dokładnie to, czego oczekuję od komiksów, nawet tych dziejących się w odległej galaktyce.

Nie zdarzyło mi się jeszcze żałować jakiegokolwiek komiksowego zakupu z egmontowskiej legendarnej serii i na pewno nie zawiodłam się również na tym tytule. To zdecydowanie starwarsowa klasyka i jako taką bardzo gorąco ją polecam.

Spotkaj się z nami na Facebooku!