Z wizytą wśród porgów na Skellig Michael

Do Irlandii wylecieliśmy 3 czerwca z lotniska w Modlinie. Lądowanie miało miejsce na położonym w południowo-zachodniej części wysypy mieście Shannon, skąd przetransportowaliśmy się na oddaloną o jakieś trzy godziny od lotniska wyspę Valentia w hrabstwie Kerry. Na miejsce dotarliśmy około godziny 1:30 w nocy (w Polsce 2:30) zatrzymując się na noc w malutkim i pięknym hoteliku Shealane Country House (Położonym, na oko jakieś 500 metrów od wioski rybackiej Portmagee).  Następnego dnia, po śniadaniu, zeszliśmy do oddalonego nieopodal „The Skellig Experience Visitor Centre”, gdzie oprócz przystani, z której odpływał nasz kuter, mieściło się również małe muzeum poświęcone głównie mnichom, którzy zamieszkiwali Skellig Michael około VI-VII wieku. To właśnie owi mnisi są autorami tych niezwykłych ulo-podobnych eremów, które w Przebudzeniu Mocy i Ostatnim Jedi grały pozostałości po pierwszej świątyni Jedi. Oprócz tego na miejscu znajduje się jeszcze bufet, sala projekcyjna, gdzie wyświetlany jest film dotyczący historii wyspy oraz oczywiście sklep z pamiątkami, w którym to dało się zauważyć wiele koszulek w mniej i bardziej zabawny sposób nawiązujących do gwiezdnowojennej sagi. Pluszowych porgów niestety brak.

Transport na Skellig Michael

Mniej więcej po godzinie od przybycia do centrum (w trakcie której oglądaliśmy między innymi film instruktażowy o treści „Jak nie zabić się zwiedzając wyspę”) zostaliśmy skierowani na przystań, gdzie wraz z 10 innymi członkami wycieczki, czekał już na nas podstawiony kuter. 


Transport na wyspę trwa około 45 minut. Pogoda wyjątkowo dopisała – niebo było praktycznie bezchmurne. W trakcie rejsu warto zaopatrzyć się w kurtkę przeciwdeszczową, gdyż momentami ocean potrafi zafundować całkiem spory prysznic. Na szczęście pan z  obsługi kutra, dla uproszenia będę go nazywał „Seamusem”, był przygotowany i w razie czego dysponował zapasem kurtek. „Seamus” co jakiś czas komentował widoki za burtą, jednak jego toporny irlandzki akcent i szum silnika praktycznie uniemożliwiały zrozumienie, o co mu właściwie chodzi. 

Po przybiciu do brzegu pierwsze, co sobie pomyślicie to „wow !” Tak jest. Ogrom i piękno tej wyspy potrafią naprawdę powalić na kolana. Żaden film czy zdjęcia nie oddają tego, jak niesamowicie to wszystko wygląda, a mówimy tu tylko o pierwszych sekundach, gdy statek przybija do brzegu – dalej jest jeszcze lepiej! Na miejscu „Seamus” powiadomił nas o godzinie, o której mamy się spotkać z powrotem przy kutrze, a następnie wyszliśmy na stały ląd. 

Na wyspie nie ma żadnej przystani z prawdziwego zdarzenia, a pasażerowie wysiadają prosto z łodzi na strome kamienne schodki, po których niekiedy lepiej dla bezpieczeństwa poruszać się na czworaka. Na wyspie nie ma również toalet, więc naprawdę nie warto obciążać plecaka zbyt dużą ilością napojów, aby nie popsuć sobie wrażeń ze zwiedzania, bo krzaków też nie ma. Zaraz po wyjściu na brzeg, zwiedzający kierują się drogą do miejsca, gdzie rozpoczynają się schody prowadzące do położonych na samym szczyćcie ruin sanktuarium. Tam należało przystanąć i poczekać na nadejście jednego z przewodników, który następnie informuje nas jak należy poruszać się, aby nie zrobić sobie krzywdy. I nie należy bagatelizować tych rad, gdyż do pokonania jest około 700  stromych stopni ułożonych z kamiennych płyt, które swoje lata świetności mają już za sobą. Po skończonej „przemowie”, przewodnik oficjalnie „zezwala” na zwiedzenie wyspy, na co mamy ustalony czas około 2,5 godziny. 

Jedi musieli się wspinać!

No to czas rozpocząć wspinaczkę! Choć widoki bombardują swym pięknem z każdej strony, to dla własnego bezpieczeństwa, wchodząc lepiej nie zadzierać głowy do góry, a z fotografowaniem zaczekać do częstych przystanków (czyli płaskich fragmentów podłoża w miejscu, gdzie zakręcają schody). Wysokość, na jaką przyjdzie wam się wdrapać to ponad 180 metrów, a jak wcześniej wspomniałem jest naprawdę stromo. Pierwszy przystanek i od razu rozpoznacie znajomą scenerię z filmu. Jest to około dwumetrowej wysokości, naturalna skalna rzeźba, przy której Rey w Ostatnim Jedi ćwiczyła fechtunek mieczem świetlnym. Dementując plotki, Rey jej nie przecięła i nie zniszczyła. Skała stoi nadal.

Idąc dalej schodami uwagę wszystkich przykuwały wszechobecne maskonury (ptaki będące inspiracją dla porgów), przyzwyczajone do obecności człowieka pozwalały podejść naprawdę blisko, z czego większość fotografujących (w tym piszący ten tekst) skrzętnie korzystała.

Patrząc na te ptaki naprawdę nie sposób nie zaakceptować decyzji twórców o wykreowaniu porgów! Kilka „przystanków” dalej doszliśmy do chyba najpiękniejszego miejsca na wyspie. Jest to rozległa polana pomiędzy dwoma szczytami wyspy. To właśnie tutaj doszło do spotkania Rey z Lukiem, choć akurat ten konkretny fragment polany został ogrodzony i zamknięty dla zwiedzających. W tym miejscu zatrzymaliśmy się na mały lunch i sesje foto. Widoki jakie rozpościerały się dookoła urzekały i zaiste były zupełnie jak z innej planety. Tutaj powstało również  jedno efektowne ujęcie, gdy Rey wspinała się po schodach „przyozdobionych” po bokach niezwykłymi skalnymi kolumnami. 

Wyżej dochodziło się w końcu do wyglądających jak wielkie skalne ule ruin dawnego sanktuarium, w którym to grubo ponad 1400 lat temu urzędowali chrześcijańscy mnisi. Konstrukcje te są niesamowite nie tylko ze względu na kształt, ale i sposób, w jaki je zbudowano. Całość postawiono z płaskich kamieni ułożonych jeden na drugim, nie związanych żadnym spoiwem. W filmie obiekty te grały oczywiście pozostałości po dawnych budowlach Jedi. Oprócz tego na miejscu leży również maleńki cmentarz, a przy nim spory kamienny krzyż, który o dziwo nie został wymazany cyfrowo z filmu. Idąc dalej docieramy do widowiskowej panoramy, w dole której widać kolejny ciąg schodów otoczony wysokimi skałami. 

Powrót na ląd

W tym miejscu spojrzeliśmy na zegarek i okazało się, że te dwie godziny zleciały nam jak 10 minut! W ostrożnym pośpiechu skierowaliśmy się więc z powrotem w stronę „improwizowanej przystani”, co rusz zatrzymując się na parę sekund, by cyknąć jeszcze jedną fotkę niesamowitych formacji skalnych czy przeuroczych maskonurów. 

Po załadowaniu się z powrotem na kuter, ten przed powrotem zrobił jeszcze rundkę dookoła wyspy, dzięki czemu mogliśmy dojrzeć obecne tam ruiny starych latarni morskich, a następnie skierował się w stronę leżącego nieopodal Małego Skelliga (wyspa ta jest jednym wielkim domem dla głuptaków. Naraz przesiaduje tu niemal 20 000 par tych ptaków! Dzięki nim wysepka zawdzięcza charakterystyczne białe szczyty) i po opłynięciu wysepki skierowaliśmy się z powrotem na ląd.

Co jest prawdą w Star Wars

Jeśli będziecie mieli kiedyś okazje wybrać się na Skellig Michael, to nie zastanawiajcie się ani przez chwilę. To jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi i żadne zdjęcia czy słowa tego nie oddadzą. Zupełnie nie dziwię się, iż właśnie to miejsce zostało wybrane jako plener do filmów naszej ukochanej sagi. Wszędzie wokół unosi się atmosfera mistycyzmu i niesamowitości, idealne miejsce dla rycerza Jedi. Jako ciekawostkę dodam, że filmowcy nie trzymali się ściśle topografii wyspy i dopiero teraz mogę to zweryfikować.

Przykładowo w Epizodzie VIII obserwujemy jak Rey stawia pierwszy krok na schodach i po zmianie ujęcia widzimy, jak pnie się już po stopniach znajdujących się… po zupełnie innej stronie wyspy. Zabawniejsza sytuacja ma miejsce w kolejnych ujęciach, w których to Rey zaczyna wspinać się na kolejny odcinek schodów, dociera do góry, a w rzeczywistości wychodzi u podnóża tych samych schodów, na które przed chwilką weszła. Zmieniło się tylko ustawienie kamery (cyfrowo delikatnie zmieniono również położenie niektórych kamieni, czy też zamazano ścieżki, po których poruszają się turyści). O ile w Przebudzeniu Mocy bez trudu można rozpoznać plenery Skellig Michael, to w przypadku Ostatniego Jedi sprawa wygląda już nieco inaczej. W Epizodzie VIII widać, że na prawdziwej wyspie powstała łącznie minuta filmu, może dwie. Na pewno jest to scena przekazania miecza świetlnego oraz trening Rey przed „skalną rzeźbą”. Gdzie indziej można spotkać jeszcze parę ujęć wykorzystujących prawdziwe plenery, choć zwykle są one mocno zmienione za pomocą efektów specjalnych. Reszta to scenografia i górskie plenery hrabstwa Kerry.

Artykuł i zdjęcia dzięki uprzejmości Pawła Hudeczka, wspaniałego rysownika i właściciela sklepu z fajnymi koszulkami – BER!
Jeśli chcesz śledzić BERa i jego prace – możesz to robić także na Facebooku!

By przejrzeć poniższą galerię wystarczy kliknąć w wybrany obrazek.

 

Spotkaj się z nami na Facebooku!