Yuuzhan Vongowie atakują – recenzja „Inwazji. Uchodźców”

Niewiele chyba jest rzeczy, które tak zaskoczyły swojego czasu fanów Star Wars jak Yuuzhan Vongowie. Od premiery Wektora pierwszego i spektakularnej śmierci Chewiego wiadomo było, że oto nastała nowa era opowieści gwiezdnowojennych, w których może zginąć każdy (no dobrze, może bez przesady…). Morderczy, zabójczo skuteczni, niewidzialni w Mocy przeciwnicy wnieśli pewien powiew świeżości do skostniałej galaktyki, niezmiennie targanej nudnymi powtarzającymi się konfliktami jak nie między niedobitkami Imperium i Nową Republiką, to Jedi i Sithami. Wraz z nowym wrogiem zaistniała szansa, że to się zmieni. Oczywiście, każdy ma swoją opinię na temat tego posunięcia fabularnego, ale nie da się ukryć, że stało się doskonałym tłem nie tylko dla książek, ale i komiksów.

W 2009 r. wydawnictwo Dark Horse wypuściło na rynek serię Inwazja, otwieraną przez tom Uchodźcy, prezentowany nam obecnie przez Egmont w cyklu Legendy. Koncentruje się ona na samym początku wojny z Yuuzhanami, tym nieznanym i nieoczekiwanym zagrożeniem. Oczywiście, komu nieznanym, temu nieznanym – wszak już w Poza galaktykę pojawiają się wzmianki o czyhającym w Nieznanych Przestrzeniach zagrożeniu, do czego zresztą bardzo ładnie nawiązuje nasz komiks – to Chissanka rozpoznaje siły uderzeniowe obcych. Jednym z pierwszych celów najeźdźców będzie planeta Artorias, a członkowie rodziny królewskiej staną się pierwszoplanowymi bohaterami tej walki, tak nierównej, niemal z góry skazanej na niepowodzenie.


Lubię niemal wszystkie postaci w tym komiksie, są pełnokrwiste i w miarę wiarygodne. Wspomniana przeze mnie rodzina królewska jest dosyć nietypowa, ale jednocześnie doskonale oddaje ducha starwarsowego świata – wystarczy tylko przeczytać o przeszłości króla i królowej. Żołnierz Sojuszu i niewolnica? Dlaczego nie! Ciekawie nakreślone są także ich dzieci, Kaye i Finn (sic!), choć miejscami wydają się być po prostu nową wersją rodzeństwa Skywalkerów. I tak Kaye, choć inspirowana Leią, jest jednak dużo mroczniejsza niż alderaańska księżniczka i zdecydowanie mi to odpowiada. Analogicznie Finn, trenujący, by stać się Jedi, miewa więcej rozterek niż Luke na samym początku swojej drogi. Oczywiście, sprawia to w jakiś sposób, że akcja jest przewidywalna, jeśli chodzi o te postaci, szczęśliwie jednak w scenariuszu pojawia się wystarczająca liczba zwrotów akcji, by czytelnika zaskoczyć. Nawet obecność Wielkiej Trójki z przyległościami nie sprawia, że wszystko udaje się idealnie. I o to chodzi!

Jak ze stroną graficzną komiksu? Jak Uchodźcy wypadają pod tym względem? Bardzo zacnie, zarówno jeśli chodzi o szczegóły, elementy techniczne, tło i plenery, jak i rzecz najtrudniejszą – twarze. Nie dostajemy jednak hiperrealistycznej kreski, nie spodziewajcie się tego, ale też nikt nie wygląda jakby nosił sztuczną maskę (poza tymi, którzy ją noszą) tudzież jakby zaliczył bliskie spotkanie trzeciego stopnia z łopatą. Podoba mi się też kolorystyka – początkowo sielankowe Artorias przywodzi na myśl Naboo, także Yavin 4 jest tak inny od tego, co zobaczymy na stronach przedstawiających inwazję Vongów.

Inwazja: Uchodźcy to kawał solidnej komiksowej roboty – doskonale spisał się zarówno scenarzysta, Tom Taylor, jak i rysownik, Colin Wilson. Lektura dostarcza rozrywki na solidnym poziomie i pozostawia czytelnika z pewnym poczuciem niedosytu, spowodowanym faktem, iż Uchodźcy to zaledwie pierwszy tom serii. Zdecydowanie polecam!

Spotkaj się z nami na Facebooku!