„Kenobi”

Uwaga! Artykuł został pierwotnie opublikowany w styczniu 2014 roku, trzy miesiące przed zmianą Expanded Universe w Legendy

W ostatnich miesiącach dosyć często przychodziło nam zmierzyć się z pozycją, której tytuł dotyczył znanej postaci. Choć Revan i Darth Plagueis różnią się diametralnie w wielu aspektach, to mają jedną wspólną cechę: tytułowy bohater nie był najważniejszym elementem książki. W Revanie na pierwszy plan wysunęło się Imperium Sithów jako takie, gdzie sam Revan pełnił jedynie rolę dodatku, z kolei w Plagueisie skupiono się na realizacji Wielkiego Planu, w którym Palpatine i Plagueis pełnili istotną, zasadniczą rolę. W przypadku najnowszej książki Johna Jacksona Millera zetkniemy się z bohaterem innego kalibru. O ile w dwóch wspomnianych już pozycjach tytułowe postacie są bardzo cenione i znane fanom, o tyle Obi-Wan Kenobi to ogólnie kojarzona ikona Gwiezdnych wojen. Jak zatem Miller poradził sobie z zadaniem, które przed sobą postawił, i czy udało mu się oderwać od tendencji, jaką obarczyli swych bohaterów Karpyshyn i Luceno?

Szczerze powiedziawszy kompletnie nie wiedziałem, czego oczekiwać po Kenobim. Wydarzenia miały zacząć się już po Zemście Sithów, kiedy to Obi-Wan oddaje Luke’a pod opiekę Larsów, a sam postanawia pozostać na Tatooine. Książkę zapowiadano jako gwiezdno-wojenny western i faktycznie, już po pierwszych chwilach spędzonych nad Kenobim odnosimy takie wrażenie. Mamy tajemniczego, szlachetnego przybysza; bohatera, który dążąc do swych marzeń gubi właściwą drogę wkraczając na ścieżkę auto-destrukcji (brzmi znajomo?); romans i związane z nim perypetię; tubylców pod postacią Ludzi Pustyni oraz pustynne pościgi i konfrontacje. Jednak przede wszystkim najważniejsza jest tu bardzo kameralna atmosfera.

Nie licząc medytacji, pojawiających się zazwyczaj pod koniec niektórych rozdziałów, nie obserwujemy rozwoju akcji z perspektywy Kenobiego. Nie oznacza to jednak, że Ben nie jest jednym z głównych elementów tej powieści. Takie podejście Millera pozwala mu na zabawę z czytelnikiem i swoimi postaciami. Fantastyczną rzeczą jest konfrontować naszą wiedzę z wiedzą tutejszych bohaterów sami starają się wytłumaczyć różne zjawiska i zdarzenia, jak tylko logicznie potrafią, my natomiast dobrze wiemy, co tak naprawdę w danym momencie zaszło, i czyją jest to zasługą. Stajemy się świadkami tego, jak Obi-Wan Kenobi galaktyczny bohater, który chce działać walczy z Benem Kenobi dziwnym pustelnikiem. Millerowi udało się to przedstawić w bardzo interesujący i przyciągający uwagę sposób.


Zresztą nie tylko Kenobi jest tu jedyną z postaci zasługujących na uwagę. Mimo, że większość z nich jest tu wprowadzona po raz pierwszy, dość szybko się do nich przywiązałem i nie miałem problemów z ich rozróżnianiem, jak to w niektórych innych książkach bywa. Tatooine rządzi się swoimi prawami i wyraźnie widać jak łatwo naznacza życia jej mieszkańców. Bardzo spodobało mi się także to, że Miller przedstawił perspektywę drugiej strony barykady, i nie mam tu na myśli jedynie jeźdźców Tusken. Dzięki temu dowiadujemy się, np. jak wielkim echem odbiła się masakra, jakiej w Ataku klonów dopuścił się Anakin. Kenobi musi dokonać rachunku sumienia i poniekąd otrzymuje okazję do rehabilitacji, a ostatnie strony związane z Orrinem Gaultem to po prostu majstersztyk w jego i Millera wykonaniu.

Autor nie zawodzi także w innych aspektach, z których go kojarzymy. Dialogi pomiędzy postaciami zasługują na kilka osobnych zdań. Sama ich jakość jak to w przypadku Millera bywa stoi na bardzo wysokim poziomie, ale ilość aluzji, jaką wprowadza i która jest dla bohaterów niezrozumiała, aczkolwiek dla czytelnika już tak, jest czymś, co sprawia, że książka zyskuje na wyjątkowości. Dla przykładu podam tu choćby jedną scenę, w której Obi-Wan po raz pierwszy spotyka jedną z bohaterek o imieniu Annileen. Ta mówi mu, żeby nazywał ją, jak wszyscy inni, Annie. Nie muszę chyba mówić, jak wielki uśmiech w takich momentach gościł na mojej twarzy. A skoro już o nawiązaniach mowa, Miller także je tu wprowadza. Może nie są one tak liczne jak w Plagueisie, ale patrząc z perspektywy kalibru wydarzeń ich ilość jest jak najbardziej uzasadniona. Miller sięga głównie do komiksówi to nie tylko swoich, gdyż wspomina się choćby Sharada Hetta.

Reasumując, nie oczekiwałem po Kenobim niczego wielkiego i na szczęście zawiodłem się na tym kompletnie. Jest to pozycja bardzo satysfakcjonująca. W pewnym sensie ostatecznie zwieńcza i rozprawia się z Zemstą Sithów, ale nie w sposób widowiskowy, tylko skromny. Jest to jak dla mnie największa zaleta tej książki, co dla niektórych może być z kolei wadą. Kenobi nie jest książką dla osób poszukujących epickich wrażeń, zatem jeśli jesteście nimi zainteresowani, to radzę poszukać czegoś innego.

Spotkaj się z nami na Facebooku!