Książka lepsza od filmu? – recenzja „Ostatniego Jedi” ze starego kanonu

Uwaga! Artykuł został pierwotnie opublikowany w czerwcu 2013 roku, pół roku po przejęciu Star Wars przez Disneya… ale na długo, nim Epizod VIII dostał swój tytuł

The Last Jedi to niezbyt oryginalny wybór tytułu, w języku angielskim nawet wszechmocny Google myli książkę Michaela Reavesa i Mayi Bohnhoff z powstałą lata wcześniej serią powieści Last of the Jedi autorstwa Jude Watson. Po drugie, my, czytelnicy obserwujący dzieje odległej galaktyki doskonale wiemy, że słowo „last” jest grubą przesadą i po Rozkazie 66 pozostało przy życiu całkiem sporo zakonników, a że nie mieli okazji się ze sobą spotkać… Cóż, w Imperium średnia gęstość Jedi na jednostkę powierzchni była raczej nikła. Po trzecie, tytuły zaczynające się od „The Last” są takie… patetyczne. Frazy ostatni Mohikanin, ostatni samuraj, ostatni sprawiedliwy, ostatni cesarz sugerują opowieść zapewne niewesołą, wydarzenia wielkie, dawkę wzniosłości na granicy czasem szkodliwej.

I choć my wiemy, że centralny bohater książki ostatnim z Jedi nie jest, on sam za takiego się uważa. Jak czuje się Jax Pavan, niosąc na ramionach całe dziedzictwo swojego Zakonu? Odpowiedzialność to ogromna, należy przekazać wiedzę przyszłym pokoleniom, zachować tradycję, a przede wszystkim przeżyć. Co nie jest łatwe, gdy jest się poszukiwanym wrogiem rządzących, a do tego członkiem pączkującego ruchu oporu. Dzieje owego preludium Rebelii i poprzednie przygody naszego „ostatniego Jedi” opisano w trylogii Noce Coruscant, choć znajomość poprzednich tomów nie jest absolutnie konieczna do zrozumienia wydarzeń w najnowszym dziele Reavesa. Czytałam poprzednie tomy i niewiele z nich zapamiętałam, poza bohaterami oczywiście, ale oni to stały zestaw występujący u tego autora.

Droid I-Five, sullustański dziennikarz Den Dhur i Jedi Jax Pavan to naprawdę świetny i dobrze opisany zespół, co zresztą wie każdy choć troszkę znający poprzednie dzieła pisarza. Każda z postaci wnosi do opowieści swój charakter, sposób widzenia świata, poczucie humoru. Lekkie rozmowy, sprzeczki i poważne dyskusje prowadzone przez te postacie sprawiają prawdziwą przyjemność. Drugo- i trzecioplanowa obsada też niczego sobie, rzuca się w oczy zwłaszcza duet policjanta i poetki, tak więc na poziomie charakterystyki, opisu działań i interakcji postaci autorski duet otrzymuje duży plus.

Trylogia Noce Coruscant rozgrywała się na jednej planecie, teraz autorzy zabierają nas w kosmos i pozwalają bohaterom odwiedzić inne miejsca. Kolidujące podwójne gwiazdy, pola asteroid i tajemnicze stacje kosmiczne to malownicza sceneria rozgrywającej się opowieści. Kosmos jest piękny, który to fakt ostatnio umknął naszej uwadze. Trafiamy także na Dathomirę i Mandalore. W przypadku taj drugiej autorzy starają się pogodzić obrazy z serialu The Clone Wars i książek ukochanej pani Traviss i ich wybór wielce mnie usatysfakcjonował. Choć przydałoby się przy tej okazji kilka dodatkowych migawek i przechadzających się tu i ówdzie postaci z innych opowieści, ale to tylko moja zachcianka. Scenografia oceniona zostaje pozytywnie.

Powieść ucieszy także zwolenników zgłębiania tajników Mocy i sposobów jej wykorzystania. Dla miłośników starożytności i Jedi z dawnych czasów nie pojawi się nic nowego, wszak już pradziad Naga Sadow i praciotka Aleema Keto nie takie sztuki wyczyniali, ale w czasach „współczesnych” sięganie do antycznej mądrości jest cechą wielkich i potężnych. Moc stwarza możliwości niemal nieograniczone, a jedyną barierą staje się ta obecna w umyśle bohatera. Moralność, słabość, odwaga, tchórzostwo… Do jakiej granicy się posuniemy, by osiągnąć cel? Czy słuszny, szlachetny wydawałoby się, cel usprawiedliwia użycie wątpliwych środków?

Czasami Moc działa jak uniwersalne narzędzie do rozwiązywania problemów. Chcemy kogoś odnaleźć, wyśledzić, pozostać ukrytym? No to użyjmy Mocy, po co kombinować, myśleć, komplikować… Nie razi to, gdy działają istoty żywe, ale ukrycie jednej maszyny przed innymi dzięki Mocy? Trochę to dziwne i mnie razi jako pójście na łatwiznę. A zasadę deus ex machina wymyślono wieki przed powstaniem Gwiezdnych wojen.

Nie chcę używać słowa „mroczna”, bo jest mocno przereklamowane, ale w powieści Reavesa próżno szukać radosnej przygody zakończonej odnalezieniem skarbu i zdobyciem serca księżniczki. Jest tu dużo smutku, straty i prób ratowania już nie całego świata, ale tego, co da się uratować. Więc ratujemy resztki przeszłości, strzępy godności, wspomnienia miłości… Bo cóż nam zostało w świecie, w którym ostatni Jedi otacza się depresją, stratą, krwią, zemstą i obietnicami szeptanymi do ucha przez tą drugą stronę Mocy? A może po prostu Jedi staje się człowiekiem, ułomną istotą pełną sprzecznych pragnień, niespełnionych uczuć i niezauważonych możliwości?

Przez całą lekturę bałam się jednej rzeczy. Vadera. A konkretnie Vadera przedstawionego na modłę Reavesa. Potężny, przerażający i tajemniczy Lord nie miał ostatnio szczęścia u autorów komiksów i powieści, wypadał raczej słabo i nieciekawie, żeby nie rzec śmiesznie i żenująco. Vader to postać, która powinna mrozić krew w żyłach, i w konfrontacji z którą najlepszym wyjściem jest ucieczka. Bardzo szybka. Odetchnęłam z ulgą.

Nieco irytujące są pewne, tak naprawdę nic nie znaczące, drobiazgi. Szturmowcy powstrzymują ziewanie lub przewracają oczami – widać to przez ich hełmy? Mugol na pierwszy rzut oka, bez uruchamiana ostrza, rozpoznaje miecz świetlny skonstruowany przez Sithów – w jaki sposób? Bohaterowie nieustannie się za kogoś przebierają – przy drugim, trzecim razie zaczyna to śmieszyć.

Ale to tylko drobiazgi, książkę czyta się bardzo dobrze, postaci są dobrze skonstruowane i przedstawione, dzieje się sporo, podróżujemy dużo, emocji także nie zabrakło. Nic, tylko czytać.