Góry Mocy i góry głupoty – recenzja „Tajnej wojny mistrza Yody”

Serię Star Wars cenię sobie niezmiernie, w końcu od lat moimi ulubionymi postaciami są bohaterowie Oryginalnej Trylogii. Mimo to, myślami najczęściej wracam do tych zeszytów, które pozwoliły odsapnąć od problemów naszych bohaterów i wprowadziły powiew świeżości. Takim zeszytem był Star Wars 7: Z dzienników Bena Kenobiego (recenzję numeru Star Wars Komiks z tą historią możecie przeczytać tutaj), bardzo klimatyczny i wartościowy, a co najważniejsze (przynajmniej dla mnie) sentymentalny. Tym bardziej nie mogłem doczekać się kolejnych historii wprost z dzienników pustelnika Kenobiego.

Centralną postacią recenzowanej miniserii Tajna wojny mistrza Yody jest – zgodnie z tytułem – mały zielonoskóry Jedi. „W końcu!”, zakrzyknąłem przed lekturą, bo dotychczasowe komiksy Marvela nie korzystały z potencjału uszatego mędrca. Moja ekscytacja była jak najbardziej uzasadniona, przecież każdy chciałby w końcu zobaczyć w akcji komiksowego Yodę. Czy niniejsza historia spełniła moje fanowskie oczekiwania? Niestety, ale muszę zdradzić od razu: nie. Jest momentami klimatycznie, momentami ciekawie, ale przede wszystkim niebotycznie głupio i pseudointelektualnie.

Paradoksalnie historia zaczyna się całkiem obiecująco: od śmiesznej sceny przesłuchania C-3PO przez oddział SCAR, który uprzykrza życie naszym legendarnym bohaterom od kilku zeszytów. Miło zachęcony nieporadnym droidem protokolarnym pochłonąłem kolejne strony, na których przenosimy się do czytanej przez Luke’a historii z dzienników swojego mistrza, osadzonej przed wydarzeniami z Mrocznego widma. W tym momencie zaczyna się robić cokolwiek dziwnie, jakbyśmy cofnęli się do żenujących komiksów Marvela z końca lat 70. albo do perełek Dark Horse Comics pokroju Mrocznego Imperium. Mały mistrz trafia bowiem na planetę, na której żyją… góry Mocy. Jason Aaron, twórca scenariusza, ewidentnie odleciał. Ale wróćmy do pokręconej fabuły. Na planecie tej władzę dzierżą dzieci i to nie takie zwykłe, a zapatrzone w madmaxową stylówkę, samodzielne i szalenie niebezpieczne. Dziatwa prowadzi między sobą odwieczną wojnę. Niby fajnie, fabuła otoczona jest pewną tajemnicą, która odsłania się stopniowo, ale zaczynasz się zastanawiać: czy to wszystko ma sens? I wtedy szybko odkrywasz, że jednak nie.

Rozumiem, że ten scenariusz ma pewną konwencję i niesie naukę zgodną z tytułową postacią, jest tylko nośnikiem większej myśli, ale szczerze, miniseria Tajna wojna mistrza Yody oprócz tego, że nie jest zbyt mądra (choć taką zgrywać próbuje) to jeszcze nie wnosi zbyt wiele do serii Star Wars. Siłę wcześniejszego zeszytu z dziennikami Kenobiego stanowiło to, że opowieść rzeczywiście była istotna dla Luke’a. Tutaj zaś mamy historię przesadnie rozdętą na pięć zeszytów, a nie stracilibyśmy wiele, gdyby została streszczona do jednego. Albo w ogóle nie istniała. Brzmi to brutalnie, ale takie są fakty. Można włożyć sobie między bajki pojawiające się rzekomo nawiązania do Władcy much i podobieństwa do tego klasycznego dzieła amerykańskiej literatury. To tylko tani chwyt. Szkoda, bo Yoda zasługiwał na mądrą, pouczającą przypowieść.

Skoro fabuła nie domaga, to może ratuje ją kreska? Otóż nie. Nie jest może tak tragicznie, ale rysunki nie ustrzegły się choroby typowej dla komiksów Marvela. Mowa o pojawiających się tylko czasami „fotorealistycznych” twarzach bohaterów, oderwanych od całościowej stylistyki. Strasznie to drażni, nie jest ani oryginalne, ani ładne. Ot, irytująco niespójne. Co do reszty, trudno się przyczepić. Salvador Larroca, rysownik miniserii, odwalił chałturę i nie pokusił się o porywającą kreskę. Pochwalić za to można kolorystykę. Niebieski chłód dominujący w historii Yody dobrze kontrastuje z przeplatającą się główną osią fabularną, która umiejscowiona jest kilka dekad później.

Tajna wojna mistrza Yody wypadła blado, choć początek na to nie wskazywał. Zmarnowano historię, która miała potencjał, choć ktoś może powiedzieć, że przecież nie ma co płakać, bo to tylko poboczna miniseria. Ja patrzę trochę inaczej: w krótkich opowieściach szukam detali, które budują świat i, co pisałem na wstępie, do nich wracam najczęściej. Ale niestety nie tym razem.

Miniseria została opublikowana w Star Wars Komiks 6/2017.