„Gwiezdne wojny” w Japonii, część 2 – japońscy fani

Czas na drugą odsłonę mojego autorskiego cyklu o fenomenie Gwiezdnych wojen w Japonii. Tym razem, jak obiecałem, poświęcimy trochę czasu japońskim fanom Star Wars i odbiorowi różnych elementów uniwersum w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Skupienie na filmach

Rozmawiając z fanami czy obserwując japońskojęzyczne grupy fanowskie, zauważyłem, że – w przeciwieństwie do nas – lwia część miłośników Star Wars skupia się prawie wyłącznie na świecie filmów. Owszem, niekiedy wspominają postaci starego kanonu, przypominają sobie o pewnych jego elementach, dzielą się wrażeniami z gier gwiezdowojennych (zwłaszcza wydanej na konsole Nintendo klasyki oraz darzonego wielką sympatią Lego Star Wars). Ale… to znikomy procent tego, co pisze się o filmach. Concept arty, materiały zakulisowe, ciekawostki, wspominanie najciekawszych scen, memy komentujące (trzeba przyznać, że często w bardzo dowcipny sposób), różne niedawne wydarzenia… dużo tego. Ale mało gdzie widać „głębsze” wejście w stary czy nowy kanon. Odnoszę wrażenie, że japońscy fani dużo chętniej wydają pieniądze na gadżety. I tu chyba najlepiej przejść do kolejnego punktu, którym jest…

Zbieractwo

No właśnie. Tego jest ogrom. Dzięki sprawnie działającemu rynkowi wtórnemu różnych nerdowych dóbr, łatwo można dostać rzeczy w zasadzie już nie do upolowania u nas – dostępne są w Internecie, antykwariatach dla fantastów (takich jak sklepy sieci Book Off czy różne sklepy porozsiewane w osakijskim Den Den Town czy tokijskiej Akihabarze) czy kompletnie niespodziewanych miejscach (pamiętam dostępną za niemałą kwotę figurkę Boby Fetta z autografem Jeremy’ego Bullocha w jednym ze sklepów ze… zwykłą odzieżą). Fani lubią dzielić się zarówno informacjami o premierach czy zapowiedziach nowych gadżetów i zabawek, jak i chwalić zdobytym np. unikatem z lat 80. czy 90. w dobrym stanie.


Mekką dla kolekcjonerów są sklepy sieci Kotobukiya, w których dostać można wiele unikatowych gadżetów.

Japonia jest także bardzo dobrym rynkiem dla wszelkiego rodzaju limitowanych kolekcji. Poza np. naklejkami czy kapslami z lubianymi postaciami naszej sagi, popularnością cieszą się np. serie DeAgostini i podobnych wydawnictw, wśród których pamiętam modele statków oraz zeszyty tworzące kompendium wiedzy o całym wszechświecie Star Wars. Z tego, co zauważyłem, również bez problemu można było dostać używane elementy takowych kolekcji, nieraz za może nieduże, ale całkiem konkretne jak na tego typu rzeczy pieniądze.

Własne projekty

Co się dzieje, gdy ktoś nieco przeceni swoje możliwości i wrzuci na grupę fanowską nieco jarmarczny cosplay lub koślawo narysowany fanart? Zazwyczaj taka osoba może spodziewać się drwin, ironicznych uwag oraz przynajmniej paru uśmiechniętych buziek w facebookowych reakcjach. Zupełnie coś odwrotnego zauważyłem wśród japońskich fanów. Tam można liczyć na lajki, pozytywne komentarze i skupienie na komplementowaniu autora, że poświęca czas, by twórczo wyrazić sympatię do uniwersum. Nawet, jeśli to koślawe, amatorskie rysunki czy tandetne kostiumy.

Nie oznacza to, że wszystkie z tych projektów są na poziomie kilkulatka. Bynajmniej! Niektóre z demonstrowanych przez japońskich fanów rysunków, cosplayów czy rekonstrukcji filmowych przedmiotów są dopracowane w każdym calu i naprawdę, czasem trudno mi powstrzymać zazdrość. Gdybym tylko ja tak potrafił…

Warto też wspomnieć o mniejszych lub większych spotkaniach fanowskich. Poza integracjami (cóż, pewne rzeczy łączą wszystkich miłośników Star Wars) dotarłem do informacji o m.in. wspólnych kostiumowych wyjściach na seanse (niekoniecznie premierowe) czy… ubarwianiu różnych innych imprez, niezwiązanych bezpośrednio z fantastyką. Przykładowo – Jedi Order, jedna z fanowskich organizacji, co roku udziela się podczas święta miasta Kobe (Kōbe Matsuri), na którym w paradzie ulicami idzie również orszak postaci z Gwiezdnej Sagi. Spójrzcie sami:

Ostatni Jedi w Japonii

Choć Przebudzenie Mocy ze swym „wielkim powrotem do korzeni” zostało przyjęte przez japoński fandom bardzo dobrze, a Łotra 1 odebrano jako miły dodatek do sagi, tak Epizod VIII wywołał nieco kontrowersji. W przeciwieństwie do tych, które znamy z niekończących się dyskusji między entuzjastami filmu a jego krytykami na naszym podwórku, w większości przypadków chodzi o zupełnie co innego.

Ostatniego Jedi promowano hasłem reklamowym  „światło czy mrok…” oraz jako wielki powrót Luke’a Skywalkera. Nic dziwnego – dla wielu to nadal przede wszystkim filmowa baśń, w której dobro walczy ze złem i wygrywa, a Luke jest bohaterem dzieciństwa, chłopcem dorastającym, by stać się zbawcą galaktyki. Ostatni Jedi postanowił wywrócić to wszystko do góry nogami. Niektórzy (zwłaszcza młodsza część fanów, która w fandomie pojawiła się dopiero po rewitalizacji marki) przyjęli to z zaciekawieniem, ale niestety i niestety, wielu – zwłaszcza starszych stażem – odebrało to jako niszczenie szkieletu tego, co jest dla nich tak ważne.

„Światło czy mrok…” – próba zaskoczenia japońskich fanów niejednoznacznością postaci i odarciem z mityczności Luke’a Skywalkera niestety nie została przyjęta za dobrze.

To tyle na dzisiaj. Ze swojej strony dodam jeszcze tylko jedną rzecz – jeśli chcielibyście posłuchać o obecności Gwiezdnych wojen w japońskich reklamach, na nadchodzących Dniach Fantastyki we Wrocławiu wygłoszę prelekcję na ten temat w sobotę 6 lipca o 15:00. A kolejna część cyklu artykułów już niebawem, do usłyszenia!

Spotkaj się z nami na Facebooku!