Klasyka, ale w mandaloriańskim stylu – oceniamy „The Mandalorian 1×04”

Suweren

The Mandalorian po raz czwarty. Kolejny odcinek naszego aktorskiego serialu Star Wars, który zdaje się być tą przysłowiową kurą znoszącą złote jaja, ponownie trzyma poziom pod względem technicznym (scenografia, kostiumy, efekty specjalne), a także pod względem muzyki. Żeby nie było jednak tak kolorowo, już na samym początku warto zaznaczyć, że to, co wciąż razi, to długość odcinków. W czwartym widać to szczególnie wyraźnie przez namnożenie wątków – twórcy chcieli opowiedzieć w sumie dość złożoną historię, upychając ją w swe standardowe +/- 30 minut. Przez to niektóre jej elementy zostały potraktowane po macoszemu i czuć pewien niedosyt. Można by powiedzieć, że dostaliśmy dość, ale chciałoby się więcej.

Drugą rzeczą zasługującą na naganę, są dość prosto napisane (i przez to sprawiające wrażenie drętwych) dialogi. Choć nawet wśród nich da się znaleźć istne perełki – na przykład mandaloriański podryw „na zupę”. A jeśli już przechodzimy do chwalenia, to na pewno odcinek czwarty należy pochwalić za klimat. Klimat fantasy w kosmosie. Bajkowy sposób ukazania nowej planety, jej społeczności, fauny i flory, a także antagonistów (Klatooinianie do złudzenia przypominają tolkienowskich Orków), okraszony do tego oklepanym (ale wciąż angażującym) motywem „obrońców uciśnionych” rodem z Siedmiu samurajów, skutkuje bardzo przyjemnym seansem, podczas którego można sobie przypomnieć, za co kocha się Star Wars.

Na zakończenie pragnę zauważyć, że mój wniosek z zeszłego tygodnia został przez twórców rozpatrzony pozytywnie – Baby Yody było w tym odcinku jeszcze więcej, niż zwykle i był chyba jeszcze bardziej uroczy (jeśli to w ogóle możliwe).


Vidar

Może i filler, może do całości historii nie wnosi za dużo poza Carą i kolejnymi łowcami polującymi na małego ale… oglądało się to bardzo, bardzo przyjemnie. Oczywista aluzja do Siedmiu samurajów mnie nie zniechęciła. Scenografie, muzyka, klimat… super. Widok post-imperialnego sprzętu (wreszcie czuć potęgę AT-ST!) w rękach zwykłych bandytów, którzy terroryzują ubogich – świetna rzecz. Ale to, co najbardziej mi się podobało – „sielankowa” wioska na obrzeżach galaktyki. Prości farmerzy apetycznie wyglądających krewetek w może i prymitywnej, ale jakże urokliwej wiosce. Dzieci, które po prostu starają się być dziećmi i cieszyć życiem. Knajpka na odludziu z życzliwą panią barman – naprawdę, mogłem wsiąknąć w klimat tej planety i na chwilę zapomnieć o tym, że jestem zupełnie gdzie indziej. No i Baby Yoda – kapitalnym pomysłem było zderzenie go ze zwykłymi ludźmi. I pokazanie, że w odległej galaktyce jest miejsce na zwykłe dzieciństwo, zwykłe „chwytanie chwili” i życie z dala od konfliktów, porachunków gangsterów i reszty tego chaosu. Czekam na więcej!

Dark Dragon

Odcinek wydaje się być przejściem pomiędzy kolejną dłuższą częścią historii. Nawiązanie do Siedmiu samurajów jest oczywiste i identyczny motyw z trenowaniem mieszkańców wioski pojawiło się już w The Clone Wars (sezon 2, odcinek 17). Od razu mnie to uderzyło, ale nie przeszkodziło w czerpaniu radości z serialu. Estetyka odcinka przywodziła mi na myśl filmy o Ewokach, ale w znacznie lepszym wydaniu. Przerobienie technologii Imperium (AT-ST!) wyszło świetnie, do tego delikatne elementy niedające nam zapomnieć, w jakim uniwersum się znajdujemy (np. droid pomagający w zbiorach). Dziecko było nienachalnym dodatkiem rozładowującym napięcie i wprowadzającym gwiezdnowojenny humor. Współpraca Mando z Carą wypadła bardzo dobrze i już teraz zastanawiam się, czy może wraz z IG i Kuiilem połączą siły w jakimś odcinku. Cieszy mnie też, że odcinek był nieco dłuższy od pozostałych (ten wydał się być idealnej długości).

Ithilnar

Czwarta odsłona wywołała we mnie nieco mieszane uczucia, a raczej nie wiem do końca, co o tym sądzić. Czy to jest hołd złożony twórcom klasycznych westernów czy może pójście na łatwiznę ze strony twórców? Jakkolwiek by nie było, odcinek mi się zwyczajnie podobał, a Baby Yoda siorbiący zupkę w dość ciekawym momencie to jedna z fajniejszych scen tej odsłony. Sama fabuła jest bardzo przewidywalna (i, jak się zastanowić, niektóre elementy są nielogiczne), nie sprawia jednak, że widz się nudzi. AT-ST robi wrażenie, chociaż spece od efektów mogliby trochę dłużej popracować nad jakością strzałów czy samym widokiem czerwonych „oczu” maszyny. Mam nadzieję, że Cara Dune pojawi się jeszcze w serialu, bo to postać, która (obok Kuilla) ma potencjał i szkoda by było, gdyby jej występ zamknął się tylko w jednej odsłonie serii. W każdym razie czekam na kolejną część, bo choć nie jest to serial wybitny i daleko mi od wielkich zachwytów, to traktuję go jako bardzo przyjemny element każdego piątku.

Nadiru

Nie jestem do końca przekonany, czy przerabianie po raz n-ty fabuły wielokrotnie tu wspominanego filmu, to nie przegięcie, ale tak jak pozostali członkowie redakcji nie mam z tym wielkiego problemu. The Mandalorian jest jakoś tak nakręcony, jakoś tak wystylizowany, że to działa. Przyznam też rację Vidarowi, że zaskakująco przyjemnie się ogląda życie zwykłych wieśniaków na odległej planecie odległej galaktyki; może to za bardzo Star Trekowe (nie Stargate’owe, jak wielu wspominało w różnych komentarzach; fanom tego uniwersum pragnę przypomnieć, że takie numery to klasyka przygód załogi Kirka z The Original Series), za mało Star Warsowe, ale – znowu – ważne, że działa. I zdecydowanie czekam na powrót Cary Dune, tym bardziej, że wiemy, że występuje też we właśnie kręconym drugim sezonie.

Spotkaj się z nami na Facebooku!