„Przebudzenie Mocy” (adaptacja książkowa)

Miłośnicy uniwersum Gwiezdnych wojen wiedzą, że filmy to tylko ułamek świata odległej galaktyki. Właśnie z tego powodu adaptacja książkowa Przebudzenia Mocy była jedną z bardziej wyczekiwanych publikacji, gdyż miała uzupełnić historię, którą zobaczyliśmy na ekranach kin. Czy spełniła oczekiwania czytelników? No cóż, zdania są w tej kwestii podzielone, ale zacznijmy od początku.

Pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy po wzięciu książki do ręki, to jakość polskiego wydania. Gruba okładka z wypukłymi, lakierowanymi napisami, papier dobrej jakości i atrakcyjnie wyglądająca wkładka na kredowym papierze zawierająca zdjęcia z filmu okraszone krótkimi opisami to spory skok jakościowy względem książek wydawnictwa Amber. Niewątpliwie Urorobos wie, jak zachęcić czytelnika do zakupu. Ponieważ nie powinno się jednak oceniać książki po okładce, przejdźmy zatem do zawartości.

Autorem adaptacji książkowej Przebudzenia Mocy jest Alan Dean Foster, twórca kojarzony z marką Star Wars niemal od początku jej istnienia. Spod jego pióra wyszła Nadchodząca burza, będąca prequelem do Ataku klonów, ale przede wszystkim był on ghostwriterem adaptacji książkowej Epizodu IV oraz autorem kultowego Spotkania na Mimban (planowanego jako „backup” historii na wypadek, gdyby nie powstał Epizod V). Dlatego nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z człowiekiem, który zna uniwersum.


Adaptacje Starej Trylogii raczej rozczarowują pod względem grubości i zawartości merytorycznej, gdyż są praktycznie przepisanym scenariuszem, uzupełnionym o niewielką ilość dodatkowych informacji, a także pojedyncze odczucia czy przemyślenia bohaterów (nawet droidów!). Ponieważ ostateczny kształt filmu zazwyczaj nieco się różni od scenopisu, pojawiają się pewne rozdźwięki, ale bez większego znaczenia dla przebiegu akcji (przykładowo w Nowej nadziei eskadra myśliwców atakujących Gwiazdę Śmierci to Eskadra Niebieskich, a nie Czerwonych). W przypadku Epizodów I-III autorzy nieco rozwinęli skrzydła, nakreślając bardziej szczegółowy obraz świata, uzupełniany również o sceny wycięte przy ostatecznym montażu filmu (przede wszystkim w Ataku klonów). Swoisty wyjątek stanowi tutaj Zemsta Sithów autorstwa Matthew Stovera, która w mniemaniu wielu fanów jest lepsza od samego filmu. To obowiązkowa lektura dla każdego fana, nadająca głębię całej historii i uwypuklająca motywacje bohaterów. Wysoki poziom tej pozycji zaostrzył czytelniczy apetyt, przez co poprzeczka wymagań stawianych adaptacjom książkowym mocno poszybowała w górę.

Jednym z najczęstszych zarzutów stawianych Epizodowi VII jest brak nakreślenia realiów i tła politycznego wydarzeń. Widzowie są wrzuceni w środek konfliktu, którego motywacji nic w filmie nie tłumaczy, dlatego wiele osób sięgnęło po książkę w nadziei, że rzuci ona nowe światło na ekranową historię. I z przykrością muszę stwierdzić, że praktycznie niczego nie tłumaczy. Zamiast tego otrzymujemy kilka dodatkowych scen (wyciętych z filmu), które nic nowego nie wnoszą do fabuły. Z tych zasługujących na jakąś uwagę, warto wspomnieć fragment, który opowiada o tym, jak Poe Dameron wydostał się z Jakku (o ile widzowi nie wystarczy wyjaśnienie „jakoś się wydostał”). Interesująca jest też rozmowa Lei z Korr Sellą, jej wysłanniczką w rządzie Nowej Republiki (dzięki temu poznajemy, choć bardzo pobieżnie, realia i stosunek władz do księżniczki i Ruchu Oporu). Dodatkowo z książki dowiadujemy się też, dlaczego BB-8 miał wyłączony nadajnik dalekiego zasięgu, co utrudniało odnalezienie go przez Ruch Oporu. W tym miejscu wspomnę jeszcze jedną scenę, która nie jest specjalnie istotna dla historii, ale jako rozdział otwierający wprowadza nas w klimat. Mam na myśli rozmyślania Lei na temat jej brata i jej relacji z innymi członkami Ruchu Oporu.

Nostalgia tego rozdziału przywodzi na myśl początek książkowej wersji Epizodu II, gdzie możemy przeczytać o szczegółach porwania Shmi Skywalker przez Ludzi Pustyni. Zresztą przez całą lekturę Przebudzenia Mocy miałam wrażenie, że książka najbardziej przypomina adaptację Ataku klonów. Co znaczy tyle, że mamy do z pozycją poprawną, którą czyta się gładko, ale bez specjalnego wkładu w rozwój uniwersum. Nie jest wprawdzie tak rozczarowująca jak adaptacje Epizodów IV-VI, ale daleko jej do Zemsty Sithów.

Oceniając polskie wydanie, wspomnę jeszcze o tłumaczeniu, którego dokonała Anna Hikiert. Jak zwykle mamy tu do czynienia z kawałkiem dobrej roboty. Jedyne, co mnie irytuje, to kolokwialnie brzmiące sformułowania, jak np. „Może i nie brylowali w taktyce, ale cela mieli dobrego”. Druga część tego zdania (bez przysłowiowej „baby z wesela”) brzmi niczym slang i wygląda jak błąd (podkreślam, że chodzi tu o narrację, a nie umyślną stylizację).

Na zakończenie podkreślę, że mimo wszystko warto się zapoznać z Przebudzeniem Mocy, choćby po to, by uzupełnić wiedzę na temat Epizodu VII o te kilka strzępków informacji, a także by poczuć klimat Star Wars oraz poznać imiona osób, które widzimy na ekranie i dopasować je do konkretnych twarzy (czytelników głodnych wiedzy na temat sytuacji politycznej i losów bohaterów sprzed Przebudzenia Mocy, odsyłam do pozycji Before the Awakening). Na usprawiedliwienie autora książki dodam tyle, że nowy kanon dopiero się tworzy i w momencie pisania scenariusza do Przebudzenia Mocy nie było żadnych informacji na temat tego okresu w historii odległej galaktyki. Podejrzewam więc, że to w dużej mierze ograniczyło możliwości narracji, podobnie jak to, iż sami twórcy nie mieli pojęcia, jak będzie wyglądać Epizod VIII. A w takiej sytuacji zawsze lepiej opowiedzieć mniej.


Autor: Alan Dean Foster
Wydawnictwo: Uroboros
Data premiery: 18 maja 2016
Objętość: 364
Czas akcji: 34 ABY

Dziękujemy wydawnictwu Uroboros za udostępnienie egzemplarza książki na potrzeby naszej recenzji.

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Pomijając fakt o którym pisze autorka recenzji, że w książce znalazły się praktycznie tylko strzępki dodatkowych informacji, których nie było w filmie, to dla mnie największym problemem tej książki, który sprawił, że myślę o niej z dużą niechęcią, był fakt, że to nie była w ogóle literatura, a tylko i wyłącznie słowny zapis filmu. Mam na myśli fakt, że literatura używa własnych, literackich chwytów do wywołania pewnych wrażeń, odwołuje się do językowych a nie wizualnych sposobów opisywania świata – tymczasem w książkowym „Przebudzeniu mocy” mamy tylko opis tego, co widać – tak jakby ktoś opisywał film, kadr za kadrem. Kompletny brak głębi, kompletny brak językowej finezji, zupełne ignorowanie możliwości języka w przedstawianiu motywacji postaci, ich emocji, myśli, podstaw działania… Czytając miałam przed oczami karty scenariusza, nie świat, który literatura powinna powoływać do życia w wyobraźni czytelnika. To już lepiej by się czytało zwykły scenariusz, przynajmniej bez wygórowanych oczekiwań.

    • Niestety to jest problem bardzo wielu książek na podstawie filmów. Kiedy mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, czyli kiedy film jest adaptacją książki to jednak jest lepiej. Nie spotkałem jeszcze DOBREJ książki powstałej PO filmie.