Oceniamy „Ostatniego Jedi” – część 1

Kontynuacja trylogii sequeli zaskakuje, momentami szokuje i jest z pewnością filmem, jakiego mało kto z nas się spodziewał. Oto pierwsza część naszych redakcyjnych opinii o Epizodzie VIII. Uwaga: są to opinie stuprocentowo SPOILEROWE. Pod żadnym pozorem nie czytajcie tego tekstu, jeśli jeszcze nie oglądaliście Ostatniego Jedi.

Nadiru

Już w momencie, gdy Luke Skywalker bezceremonialnie rzucił za plecy podany mu przez Rey miecz świetlny wiedziałem, że zobaczę film, który będzie mnie co rusz zaskakiwał. Ale że aż tak? Że wyjdę z kina w tak totalnym szoku? Ostatni Jedi udowadnia, że Star Wars może być oryginalne i świeże, że wciąż, po czterdziestu latach, potrafi kompletnie zaskoczyć i namieszać nam w głowach tak bardzo, że przez długie dni, jeśli nie tygodnie trudno jest nam się pozbierać. Za takie rzeczy kocham Star Wars i za to Ostatni Jedi ma u mnie bardzo wysoką notę.

Główna oś fabuły Epizodu VIII nie jest porywająca – motyw pościgu za flotą Ruchu Oporu to chyba jedna z najdurniejszych rzeczy w historii, a i obie bitwy są przepełnione absurdami – natomiast Sith tkwi w szczegółach. Historia z użytkownikami Mocy pod każdym względem mnie zachwyciła. Wszystko, postacie, ujęcie Mocy, dialogi, zwroty akcji – wszystko. Luke Skywalker, Kylo Ren i Rey są w tym filmie perfekcyjni. Luke jako zgorzkniały, odwrócony od Mocy mistrz Jedi i zarazem upadła legenda wypadł niezwykle wiarygodnie i strasznie mi się podoba, że nie ma sobie nic ze Skywalkera, jakiego znamy ze starego kanonu. Wątek powiązania w Mocy Kylo i Rey wyszedł błyskotliwie, a punkt kulminacyjny tej relacji – czyli zabicie Snoke’a – wywarł na mnie chyba najmocniejsze wrażenie. Do tego pojawienie się Yody, projekcja Mocy Luke’a, jego epickie „widmowe” starcie z byłym uczniem… cud nad cudami. Długo mógłbym się nad tym rozpisywać, naprawdę długo.

W Przebudzeniu Mocy moim największym problemem była Baza Starkiller. Tutaj dla odmiany nie ma jakiegoś większego problemu, natomiast jest szereg mniejszych. Zbyt baśniowe ukazanie realiów galaktyki – jak chociażby to, że zniszczono stolicę Nowej Republiki i całe państwo natychmiast upadło albo czarno-biały obraz tego, kim są bogacze z Canto Bight – czy konflikt Najwyższego Porządku z Ruchem Oporu, który jest dziwnie ukazany. Właśnie, słowo „dziwnie” jest kluczowe. Boję się, że z perspektywy czasu, gdy miną już szok i zaskoczenie, uznam ten film za nieco zbyt dziwny, pod względem narracyjnym za mało gwiezdnowojenny i chaotyczny. Za to, co ciekawe, nie przeszkadza mi ani Canto Bight (ale ze względu na moje pochodzenie mogę nie być zbyt obiektywny w tej kwestii), ani wyczyn Lei, który pozwolił jej przeżyć spacer w próżni. Bądź co bądź takie akcje zdarzały się już w starym kanonie, a jeśli nowy kanon czymś się różni od starego, to tym, że postacie używające Mocy potrafią w skrajnych sytuacjach dokonywać rzeczy niemożliwych. Ja to kupuję. Tak jak i całego Ostatniego Jedi, mimo pewnych zastrzeżeń. Oglądanie go było przeżyciem, jakiego nie potrafię przyrównać do czegokolwiek innego, przeżyciem absolutnie fantastycznym. A to jest, jakby nie było, najważniejsze.

Cathia

Naprawdę nie spodziewałam się, że pomyślę o Ostatnim Jedi jako o filmie bardzo zaskakującym – po tym, co J(ar) J(ar) zrobił z Przebudzeniem Mocy, byłam przekonana, że dostaniemy kolejną kopię. A jednak nie! Oczywiście, mamy trening Jedi, ale trening skrajnie nietypowy, wręcz zniechęcający potencjalnego adepta do podjęcia tej niebezpiecznej ścieżki. Co więcej, Skywalker nagle okazuje się człowiekiem nie anielskim, nie bohaterem, ale ma swoje (liczne) słabości i tak – czarny charakter nie kłamał – to naprawdę w jakiś sposób była jego wina! A to zaledwie pierwsza z niespodzianek, które nas czekają. Przecież wszyscy nastawialiśmy się na odejście księżniczki Lei i na pewno niejeden z nas uronił łezkę podczas ataku Najwyższego Porządku na krążownik… A tu niespodzianka. I wiecie, tak, podpisywałam się pod groźbami o tym, co to się nie stanie w przypadku śmierci pewnej postaci. Ale, cytując Thrawna, „to było tak artystycznie zrobione”… Odnalazłam spokój w tym zakończeniu, naprawdę.

Nie może być jednak tak różowo – przez pierwszą część filmu wykonywałam facepalm za facepalmem w związku z „tymi złymi”. Jak już wspominałam w recenzji bezspoilerowej, Kylo Ren jest absolutnie fantastyczny, ale tylko on. Snoke stara się być Imperatorem, pomiatającym swoimi podwładnymi, uważającym, że wie jak najwięcej, ale… jest tylko naśladowcą. Naśladowcą, który mnie irytuje i cieszę się, że ten wątek rozwiązano tak, a nie inaczej. Kreacja Huxa jest również poniżej wszelkiej krytyki – obecnie przerysowano go już wręcz skrajnie, a rzucanie głównodowodzącym po mostku w obecności podwładnych należy do najbardziej kretyńskich pomysłów, jakie w życiu widziałam. Ten potężny Najwyższy Porządek jest jakąś kpiną i naprawdę zastanawiam się, jak kiepska była ta Nowa Republika, skoro uległa czemuś takiemu. Tym bardziej, że logicznie też myśleć nie potrafią – skoro już gonimy za tymi rebeliantami i my mamy paliwo, a oni nie, to czy problemem byłby skok przez nadprzestrzeń minimalnie do przodu i atak z dwóch stron? Nie. Ale musiano wygospodarować czas na kretyńską poboczną misję Finna i Rose, która naprawdę niewiele wniosła. A przepraszam, pojawiła się Phasma. Jak zwykle bezużyteczna. Co więcej, skoro uciekające transportowce były w zasięgu strzału, dlaczego nie był w nim krążownik? Dlaczego nie zrobiono blokady orbitalnej, która przechwyciłaby „Sokoła” lecącego po rebelianckie niedobitki? To są wszystko pytania, na które odpowiedź brzmi „imperatyw narracyjny i droga na skróty” i poważnie zaburzają mi odbiór tego filmu.

Jednak nie da się ukryć – Ostatni Jedi jest bardzo nietypowym filmem. Jak wspomniał Krzywy, ucina fanowskie dyskusje lub sprawia, iż stają się zbędne. Ale martwi mnie to, że J.J. ma teraz czystą kartę – już raz pokazał, że sobie z tym nie radzi, kręci filmy dobre technicznie, ale puste, bezpieczne. Tymczasem Rian Johnson stworzył film, o którym mogę powiedzieć, że był jak wizyta u starych znajomych z podstawówki – mogłabym bez niego żyć, ale miło zajrzeć i dowiedzieć się, co się właściwie tam dzieje. I zostawia miłe ciepełko na sercu.

Krzywy

Ostatni Jedi może nie jest najlepszymi Gwiezdnymi wojnami, ale z pewnością wzbudza największe kontrowersje. Zamiast remake’u Imperium kontratakuje dostaliśmy film odważny, który nie bał się zachwiać status quo. Wiele osób może nie spodobać się to, co spotkało Luke’a po Powrocie Jedi. Ja ten motyw jednak kupuję. Dostaliśmy coś fajnego, świeżego, pięknego i poetyckiego.

Zaskoczyło mnie, że Rian Johnson zamiótł pod dywan tajemnice z filmu J.J. Abramsa. Albo udzielił nam odpowiedzi na trapiące pytania, albo sprawił, że dalsze ich zadawanie nie ma sensu. Kim jest Snoke, kim są rodzice Rey, o co chodzi z rycerzami Ren – wątki zarysowane dwa lata temu się albo skończyły, albo je ucięto. Z pewnością rozwścieczy to niektórych fanów, ale moim zdaniem Lucasfilm wyszedł z twarzą. Przy takich oczekiwaniach każda odpowiedź byłaby zła.

Epizod IX to wielka niewiadoma, a dla Abramsa – tabula rasa. Żaden z filmów nie zostawił tak posprzątanej szachownicy przed następną częścią. Nie zdziwię się, jeśli teraz dostaniemy przeskok czasowy o długości dekady, jak pomiędzy Mrocznym widmem i Atakiem klonów. Wojen Klonów też nie widzieliśmy w pełni i z chęcią spotkałbym w kolejnym filmie Ruch Oporu już pod koniec wojny z Najwyższym Porządkiem.

Jedi Przemo

Z sali kinowej wyszedłem w wielkim szoku, z którego jeszcze się do końca nie otrząsnąłem. Nie spodziewałem się absolutnie niczego po tym filmie i może stąd ta reakcja, ale Ostatni Jedi naprawdę mi się spodobał! Wreszcie dostaliśmy coś świeżego i odważnego! Wreszcie pokazano, że da się zrobić dobre Gwiezdne wojny bez kalkowania sprawdzonych rozwiązań! Postać Luke’a była kapitalna. Bliżej mojego serca pozostaje ten z Expanded Universe, ale mimo wszystko spodobała mi się ta wizja rozgoryczonego mistrza Jedi, który odcina się od Mocy. Jego odejście (bo „śmierć” nie jest tu dobrym słowem) było bardzo gorzką pigułką, ale jednocześnie było satysfakcjonujące, zwłaszcza po jego „nieoczekiwanym” pojawieniu się na Crait, aczkolwiek miałem nadzieję na jakiś epicki pojedynek z Renem.

Nadszedł również ten moment, kiedy postać Rena mnie nie wkurza. Nadal zachowuje się jak sfochowane dziecko, ale tutaj ma to sens – w końcu widać, ile tak naprawdę jest w nim z Anakina i to tego z Nowej Trylogii! Czy tylko mnie jego rozmowa z Rey po zabiciu Snoke’a bardzo przypominała dialog z Padme na Mustafar? Bardzo spodobało mi się też ucięcie (oby…) tych wszystkich teorii o pochodzeniu Rey i wszelkich możliwych pokrewieństwach. Oczywiście, nadal nie mamy odpowiedzi na wiele pytań, ale w tym momencie nie mam tego filmowi za złe. Mieszane uczucia wzbudziło we mnie wystąpienie Yody, który na początku miał straszną animację, ale później w bardzo przyjemny sposób ukazano jego wizerunek ze Starej Trylogii zarówno pod względem wyglądu, jak i całego zachowania. Wreszcie też poznaliśmy lepiej Poe Damerona, który faktycznie często zachowuje się jakby najpierw działał, a potem myślał, tym niemniej cieszy mnie rozwinięcie jego postaci.

Żeby nie było za słodko to parę słów o tym, co nie wypaliło. Przede wszystkim maestro Williams udowodnił, że powinien się udać na emeryturę: muzyka była lepsza niż w „siódemce”, ale to nadal tylko lekko zmodyfikowane utwory, które już znamy bez żadnego tematu przewodniego. Poza tym to, co strasznie rzucało się w oczy to śmieszkowanie. W żadnym innym filmie nie mieliśmy tylu gagów i tylu heheszków, co w tym i nie do końca mi to pasuje do Gwiezdnych wojen. Humor jak najbardziej powinien być, ale tu już go było za dużo. Leia używająca Mocy, żeby się wskrzesić (przynajmniej ja to tak odebrałem)? Eee… no, po prostu nie. Tajna misja Finna i Rose, która w mojej ocenie służyła wyłącznie przedstawieniu nowej postaci (bo oczywiście Rose nie mogła zginąć…) oraz dodaniu do filmu znanego nazwiska – film kompletnie mógłby się bez tego obejść. Hux to przykład kompletnego upadku potencjalnie ciekawej postaci, ponieważ ukazano go jako jeszcze większego oszołoma i fanatyka niż w Epizodzie VII. Jedyne co będzie z nim ciekawe, to ewidentna wojna domowa w najlichszym porządku między nim, a Renem i w tym należy szukać przyczyn zwycięstwa Ruchu Oporu w kolejnym epizodzie. Poza tym to wszelkie bzdurki taktyczno-strategiczne, które wymieniła Cathia i papierowe okręty Porządku. Podsumowując: bawiłem się naprawdę dobrze i najwięcej o moim stosunku do tego filmu mówi to, że z chęcią pójdę do kina kolejny raz!

Vidar

Dawno żaden film nie wywołał u mnie takiego uczucia błogości, takiej dziecięcej radości jak Ostatni Jedi. Dwa poprzednie mogą pod tym względem mu buty czyścić. Był humor. Była przygoda. Były wzruszenia. Były momenty szokujące. Czy było idealnie? Nie. Kategoria „jedyny film z sagi, w którym nic większego mi nie przeszkadza” niepodzielnie okupowana jest przez Epizod V. Ale do rzeczy.

W filmie jest trochę rzeczy, jak na przykład napiętnowany już przez Cathię i Nadiru idiotycznie przeciągnięty pościg za flotą Ruchu Oporu czy nagle władająca wcale niesłabymi technikami Mocy (lot w kosmosie?!) Leia, które mimo wszystko jestem w stanie zaakceptować, bo w ogólny kształt filmu wpisują się w miarę nieźle. Co mi naprawdę przeszkadza? Humor, który w kilku momentach szedł za bardzo w stronę MCU (w szczególności rozmowa Huxa i Poe). Poe Dameron, który przez pierwszą połowę filmu jest bezmyślnym, irytującym, działającym bez prawdziwie strategicznego spojrzenia dzieciakiem, który niczym Rico z Pingwinów z Madagaskaru ma obsesję na punkcie wybuchów. BB-8 – nareszcie robi coś więcej, niż tylko dosładzanie, ale z jakiegoś powodu musi nagle być istną Mary Sue wśród droidów. Snoke, który nagle zrobił się roześmianym dziadziem, którego posiadający OGROMNY potencjał wątek nagle zdaje się być urwany. Momentami słabnące w jakości CGI.

Co mi się podobało? Dobrze, skupię się na tych, które najbardziej mi zapadły w pamięć. Pokazanie nowych elementów podkreślających bogactwo galaktyki – Canto Bight, planeta Crait, żółwie zakonnice i porgi na Ahch-To. Finn, który w końcu ma szansę kupić ludzką sympatię. Rose – niby postać banalna, ale w sumie w dobry sposób pokazująca, że odległą galaktykę zamieszkują zwykli ludzie, którzy wcale nie muszą godzić się na poświęcanie tysięcy, by przeżyć mogły miliony. Ścieżka Rey i zaskakujące rozwinięcie wątku jej przeszłości. Luke pokazany jako osoba zagubiona, która popełniła duże błędy i ma swoje na sumieniu. Kylo Ren, którego wątek poprowadzony jest lepiej, niż sądziłem w jakichkolwiek przypuszczeniach. Pięknie pokazane bitwy kosmiczne. Podkreślony postęp technologiczny. Wiele scenek, w których uśmiech sam ciśnie się na usta (Luke wyrzucający miecz, Chewie zabierający się do jedzenia porga, niektóre wymiany zdań…). No i ogólnie – bardzo odważny kierunek, w którym popchnięto fabułę. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony.

Wyszło chaotycznie? Owszem. Na razie ciężko mi zebrać myśli. Kiedyś skupię się i napiszę porządną, rozbudowaną recenzję. Ale na to za wcześnie. Czas na kolejne seanse. I być może – zupełną zmianę opinii, gdy element zaskoczenia przestanie działać.

Share on Facebook159Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • Heian

    Dobrze. Żeby nikt się nie zaskoczył, rozpoczynam Dysputę z Wami: Bo mam obiekcje i dostrzegam w Waszych tekstach różne… mankamenty, które łatwo można wyjaśnić. Let’s go!

  • Heian

    Dobra. Muszę powyjaśniać rzeczy osobom, które nie rozumieją geniuszu Ostatniego Jedi:
    (Cyfry odnoszą się do akapitów)
    Nadiru:
    2) Ciekawa oś fabularna, całkowicie odmienna od tej „głupkowatej” znajdującej się w TFA, które po latach stanie się nowym TPM, które jest głupie, a zapamięta się TLJ, bo to film z Inteligentnym przesłaniem i połączeniem. A Historia pokazuje wszystkie strony konfliktu z przeróżnych stron, doskonale ukazując postacie powstałe w TFA i w Nowych Książkach.
    Na KONIEC to był Właśnie Stary Dobry Luke Skywalker. Ten z EU. Chłopiec z farmy. Człowiek gotowy dla przyjaciół i ukochanej Rodziny zrobić dosłownie Wszystko. Nawet poświęcić się i złączyć całkowicie z Mocą [widać to ewidentnie w tym, że się prawie całkowicie wypalił. Tak długi czas nieużywania Mocy spowodował trudności z połączeniem, co pewnie zapoczątkowało olbrzymie zmęczenie i jednocześnie Zgon-po prostu miał dość].
    EU = > Walka Dartha Ceadusa z iluzją Luke’a Skywalkera. Miód. Nie mogłem zamknąć ust, bo to było tak… Prawdziwe. Jakbym ponownie wszedł w świat Dziedzictwa Mocy… Cud!
    3) Nie zrozumiałeś problemów przedstawionych w NK i książkach, to widać. NR to zgrupowanie sektorów, które mają senatorów, które mają własne floty. NR nie ma prawie Nic, a flota i senat zostały zniszczone. TLJ dzieje się chwilę po TFA. Nie ma z czego być czegoś. Bo nie ma NIC! Wszyscy nawet nie ogarniają, że FO rozwaliło senat. Kto wie? Kto uwierzy? A bardziej… Kto zacznie robić cokolwiek? Jak mówiłem, Rian zrobił to czego pragnąłem: Ukazał realny świat polityki w GW. Nie ma biegnących z szabelkami, bo trzeba zaczekać na Pospolite Ruszenie (że tak zarzucę metaforę z Ogniem i Mieczem).
    Canto Bight zostało przedstawione przez pryzmat Rose. JEJ! A DJ podkreślił to, że to miasto było Szare. Nie Czarne ani Białe. Każdy bogacił się na Wojnie #USA.
    Leia to zrobiła jak Bastile Shan [prawie] i to już zapoczątkowało Mój Szacunek, a Iluzja… To był koniec obiekcji.
    Cathia:
    1) Snoke to „imitator, imitator” – cytat z „Batman i Superman” [film animowany]. Ktoś kto nie ma znaczenia, a zarazem Potężna Persona. Miotła Rey jak chciał, a Kylo załatwił jedną błyskawicą… To jest POTĘGA! A zgubiła go Pycha. Pewność we własne umiejętności. Czy na pewno nie zobaczymy go znowu? Jak mówimy w shonen: Jak widzisz śmierć postaci i ciało, to wcale nie znaczy, że nie wróci 😀
    Snoke był zbyt potężny na Walką z Rey i Kylo. Luke musiałby się wtrącić. Inaczej… byłoby to durne. Bo czemu by go pokonali? A Tak mamy Kylo, który jest utalentowanym-geniuszem Mocy a Rey jest utalentowanym-pracusiem Mocy. Ona wszystko będzie Wypracowywać, a On umie zyskiwać i rozkładać problem na czynniki pierwsze: To On ogarnął jak działała „Wieź” 😉
    2) Hmmm, mam rozpocząć tyradę odnośnie idiotyzmu dowódców z R1, którego tak kochacie, oraz z TFA? Sądzę, że to bez sensu. Przemilczę Huxa. Bo ten Hux jest taki JAKIM wykreowała go książka Phasma: Naturszczyk, który do władzy dochrapał się poprzez zdradę i własne urodzenie. Idiota. Reszta dowódców też to wie i to widać.
    3) Odnośnie krążowników, bomb, myśliwców i transportowców odpowiem tak: Tarcze raz działają a raz Nie. A Jak to mówi Pablo: „Fizyka w GW działa inaczej.” Nie zadawajcie pytań, na które odnaleźć odpowiedzi się nie da. Tam lasery leciały parabolą… Nic dodać. Nic ująć. Przyjąć.
    A z transportowcami to Ci odpowiem: Tarcze ochronne krążownika były silniejsze niż transportowca, więc ostrzał przy tak dużej odległości nie przebijał ich, ale transportowce już ich nie mają i nie takie jak Krążowniki MonCalamari, więc… Masz odpowiedź.
    4) Blokady? Z czego? Rozwalającego się statku dowodzenia? Z rozpołowionych niszczycieli? Ludzie! Jak Wy oglądacie te filmy z uwagą!
    Koniec z papką dla dzieci, nadszedł Czas analitycznego podejścia do GW. Mój Ukochany kierunek 😉
    Krzywy:
    1) Prawda. Luke jest inny. Mroczny, bo historia jest inna. Całkowicie odmienna. Nie mógł pozwolić powstać Nowemu Vaderowi. Nie potrafił sobie też wybaczyć tego, że Za Bardzo Chciał… Za bardzo marzył, co Yoda mu wytknął 😉
    2) PRAWDA!
    Jedi Przemo:
    1) Odcięcie od Mocy – Technika Bena Skywalkera…Począwszy od Lei, to były kolejna Miody spływające na mą duszę.
    Też miałem, ale pięknie to zrobili. Wspaniałe nawiązanie do Dziedzictwa Mocy. Wspaniałe! To zawsze marzyłem zobaczyć na ekranie i to DOSTAŁEM!
    3) Nie. Źle odebrałeś. Ona się za-hibernowała i potem po prostu pociągnęła się w stronę statku. Jak napisałem już wyżej.
    Śmieszki? Hmm, mi żarty z TFA odpadły po 1 obejrzeniu, jak Deadpool – 1-razowe. Te w TLJ są… wieczne.
    Z tymi statkami to masz rację, ale JAK już myśliwiec może zniszczyć wszystkie działa i statki sam… To pokazał Vader, to Ja już w ogóle straciłem wiarę w Osłony i logikę bitew w kosmosie w GW… A to już straciłem podczas TCW.
    Vidar:
    2) Leia [jw.], a z Huxem… Taka postać. Beznadziejna, ale On już taki jest. Zobacz sobie jak przedstawiła go książka Phasma, tam doskonale ukazany jest chłopczyk, który nigdy nie wyrósł z pieleszy i zamordował ojca, aby uzyskać tytuł generała… Żart! Nie dowódca 😉
    A kiedyś był inny? Nigdy! O to chodzi. Właśnie o to. Wmówiliście sobie, że Snoke jest Potężnym Vitiatem z TOR, a tu niespodzianka. Potężny Mocą, ale zbyt pyszny i przy okazji potomek jakieś pradawnej rasy [z atlasu o filmie TLJ.]

    A poza tym… to się zgadzam 😀

  • Damian Zięciak

    Pozostawia wiele pytań, nie dostałem odpowiedzi na te, które zadawałem sobie przy oglądaniu Przebudzenia, a teraz jest ich jeszcze więcej. Najgorsze jest to, że chyba nie uzyskam na nie odpowiedzi, takie odnoszę wrażenie po obejrzeniu Ostatniego Jedi. Nie było pojedynku na „świecące szabelki”! Ani jednego! Ogólnie mi się podobał, dałbym takie 7/10, ale tylko dlatego, że jestem fanem SW.

    • Tomasz Woźniak

      Nie mogę się nie zgodzić z Twoją opinią. Rok temu „Rogue One” zrobił na mnie o wiele lepsze wrażenie, a teraz jest tak samo jak z „Przebudzeniem Mocy”. Myślę, że film o Hanie Solo pomimo zawieruchy na planie zdjęciowym może okazać się dobrym filmem i tu rodzi się moja obawa, że nową trylogię będę odbierał jako średnią, podczas gdy wszystkie dodatkowe filmy będę ubóstwiał. 😛

  • Szymon Lachowski

    Czy tylko ja mam wrażenie, że walka Kylo-Luke stanowiła wspaniały odświeżenie po akrobatycznych wygibasach w częściach 1-3? Od razu przypomniało mi się zachowawcze cięcia i pchnięcia z starej trylogii, zwłaszcza pojedynek Kenobiego z Vaderem, kiedy walka stanowiła bardziej pojedynek psychologiczny i ciekawą wymianę zdań niż kaskaderską naparzankę.

  • M.T.

    Już odrobię ochłonąłem, tak więc w miarę na spokojnie mogę wyrazić swoją opinię na temat filmu, który na pewno inny niż reszta. Czy mi się podobał? Oczywiście, choć nie obyło się bez paru minusów, o których wspomnę niżej. Ale zacznijmy od tego, co mi przypadło do gustu.
    Przede wszystkim Kylo Ren i jego relacja z Rey. Tak jak uwielbiałem tych bohaterów w ”Przebudzeniu mocy”, tak tutaj sympatia do nich jeszcze wzrosła, zwłaszcza do Kylo, którego motywacje Kylo: jego punkt widzenia, niechęć świata, jaki funkjonował do tej pory(tutaj jest dość podobny w swoim spojrzeniu do Luke’a, jednak w przeciwieństwie do niego Ren pragnie działać i zbudować coś nowego) czynią go znacznie bardziej atrakcyjnym bohaterem niż w epizodzie VII, któremu można kibicować(miałem nadzieję, że Rey stanie u jego boku).
    Luke jako złamany i przepełniony poczuciem winy upadły mistrz Jedi to również strzał w dziesiątkę. Może jego postawa pozornie jest pewnym zaprzeczeniem zwycięstwa jakie odniósł w epizodzie VI, ale odpowiada mi takie rozwiązanie, tym bardziej, że na końcu udowodnił, że jednak jest wielkim mistrzem.
    O Snoke’u ciężko cokolwiek powiedzieć, bo nie miał okazji zbyt długo sobie poczynać. Admirał Holdo również mi się spodobała, jak i Poe Dameron, którego trochę rozwinięto..

    Zachwyciła mnie również spora liczba zwrotów akcji jak na „Gwiezdne wojny”. Śmierć Snoke’a, Losy Kylo, poznanie prawdy o powodach, dla których stał się tym, kim się stał, konfrontacja Luke’a z Kylo. Mistrzostwo, jak rzadko kiedy w przypadku „Gwiezdnych wojen” byłem zaskakiwany podczas seansu.

    A co mi nie zagrało? Przede wszystkim zbędne wątki takie jak misja Finna i Rose, no i niektóre z nowych postaci, których czas na ekranie można by poświęcić dla innych bohaterów, a więc Rose i DJ pomimo pewnego uroku są niestety niepotrzebni. Finn również taki nijaki.
    Co jeszcze? Mała rola Phasmy(kurde, przecież ona była jedną z najbardziej widocznych postaci na gadżetach dwa lata temu), niewykorzystanie potencjału drzemiącego w Huxie, pewne nielogiczności, zbyt mało mroku i moc Lei. O ile nie widzę nic dziwnego, że wyczuwa pewne rzeczy poprzez moc(w końcu geny Vadera), ale to przeżycie w próżni to lekka przesada. Zastanawia mnie jak rozwiążą kwestię tej postaci. Aha, no i brak choćby wzmianki o rycerzach Ren to spory minus. Skoro coś zostało już zarysowane, to warto byłoby jakoś to rozwinąć.