Prosta, ale świetna historia o Fettach – recenzja „Więzów krwi: Jango i Boby”

Recenzja ta została pierwotnie opublikowana we wrześniu 2012 roku – przypominamy ją w ramach projektu Kompendium Legend.

Fani Star Wars lubią łowców nagród, uwielbiają Mandalorian i wprost kochają Fettów… no, w każdym razie większość z nich. Wydawnictwo Egmont, które od lat systematycznie zalewa rynek gwiezdnowojennymi komiksami, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Efekt jest taki, że co jakiś czas możemy cieszyć swoje oczy historią obrazkową, z okładki której groźnie spoziera na nas hełm jednego z Fettów. Wystarczy przypomnieć sobie Bobę Fetta: Wroga Imperium (SWK WS 3/2010) czy Jango Fetta: Łowy (SWK WS 3/2009). Tym razem nasz wzrok padnie nie na jeden, ale aż dwa hełmy z charakterystycznym wizjerem w kształcie litery „T”, ponieważ pierwsze tegoroczne Wydanie Specjalne Star Wars Komiks zawiera opowieść o dość znamiennym tytule Więzy krwi: Jango i Boba (ang. Blood Ties: A Tale of Jango and Boba Fett). Więzy krwi to także tytuł całego cyklu, którego druga miniseria pt. Boba Fett is Dead wyszła już w Stanach Zjednoczonych, a który nigdy nie zostałby rzeczonym cyklem, gdyby nie sukces Jango i Boby. Bo bez dwóch zdań możemy tu mówić o sukcesie.

Dobra historia z jeszcze lepszymi rysunkami

Historyjki komiksowe z udziałem jednego, dwóch lub obu Fettów są z reguły banalne, proste, by wręcz nie użyć słowa: prostackie. Być może ich twórcom brakuje odwagi, by nadać głębi postaciom, które, bądź co bądź, przez większość czasu noszą bezosobowe maski i posługują się półsłówkami, a może wynika to z niechęci do burzenia określonego wizerunku tajemniczych łowców nagród — nie sposób to stwierdzić. Można za to z całą pewnością powiedzieć, że Jango i Boba to najlepsza z najprostszych opowieści o Fettach, z jaką do tej pory się zetknąłem. Nie znajdziecie w niej nieodkrytych pokładów oryginalności i przełomowych rewelacji, które wstrząsną fundamentami Waszej wiedzy o Expanded Universe, ale prawdopodobnie nie zwrócicie na to tak dużej uwagi, skupieni na postaciach, dobrych dialogach i dawce klasycznego, świetnego i ciętego humoru. Kiedyś, przy okazji recenzji pierwszego numeru cyklu Rycerze Starej Republiki, zwróciłem uwagę na to, że w świecie, gdzie już każdą opowieść przemaglowano na tysiące sposób w tysiącach ziemskich języków, czasem do szczęścia wystarcza jedynie dobre, solidne i przyciągające oko wykonanie. Między innymi dlatego mogę się założyć o każdą sumkę republikańskich kredytów, że największe wrażenie zrobi na Was warstwa wizualna komiksu.

Rysownik Chris Scalf dał się już poznać fanom Star Wars jako twórca grafiki do Czystki: Ukrytego ostrza, która w Polsce ukazała się w styczniu 2012 roku. I jak dał się poznać! Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spotkał się z tak fotorealistyczną kreską, w której twarz każdej postaci jest dosłownie jak wycięta z filmu aktorskiego – nie widziałem tego ani w komiksach, ani w żadnym z wielu przewodników po Star Wars, słynących przecież z doskonałego odwzorowania poszczególnych bohaterów z odległej galaktyki. Szata graficzna Jango i Boby imponuje także we wszystkich innych kategoriach. Sceny akcji? Wspaniałe! Tła i drugi plan? Piękne, przywodzące na myśl malowane pędzlem obrazy olejne. Klimat? Stuprocentowo gwiezdnowojenny. Kolory? Idealne! W mojej opinii pan Scalf właśnie dołączył do panteonu najlepszych artystów rysunkowych, tworzących komiksy Star Wars, do nazwisk takich jak Duurseema, Weaver czy Wheatley. I jest tylko jedna, jedyna rzecz, jaka powstrzymuje mnie przed przyznaniem pełnej dziesiątki rysunkom Jango i Boby widoczne gdzieniegdzie wyraźne odcinanie się sylwetek postaci od tła i zbyt grubo zarysowane kontury przedmiotów, twarzy, rąk czy pojazdów. Poza tymi, dzieło Chrisa Scalfa to czysta perfekcja.


Idealne połączenie składników

W jaki sposób można rozpatrywać siłę lub słabość danego komiksu Star Wars w przypadku, gdy nie jest częścią dłuższego wątku fabularnego w rodzaju Rycerzy Starej Republiki lub Dziedzictwa? Osobiście patrzę przede wszystkim na cztery elementy: dwa najbardziej oczywiste, czyli fabułę i rysunki, ale też nieco mniej uchwytny gwiezdnowojenny klimat (nie tylko rysunków, ale dialogów, czy charakteryzacji postaci) i znaczenie wewnątrz uniwersum Star Wars. Ale jest jeszcze jeden czynnik, według którego da się oceniać większość produkcji ze stajni Lucasa — czy spodoba się fanom konkretnego bohatera, konkretnej frakcji, czy strony Mocy. Więzy krwi: Jango i Boba nie mają może najwspanialszego scenariusza i ich znaczenie historyczne jest raczej znikome, ale we wszystkich pozostałych kategoriach dzielą i rządzą. Prawie doskonała grafika, niesamowity klimat i gwarantowane uwielbienie tak miłośników Boby Fetta, jak i Mandalorian powodują, że musiałbym upaść na głowę, by nie polecić tego komiksu wszystkim fanom, jakich znam i także tym, których nie znam. Jeśli kiedykolwiek zdarzy się Wam mieć chęć na przeczytanie fajnej historii obrazkowej ze Star Wars, przypomnijcie sobie o Jango i Bobie. Nie pożałujecie!

Ocena: 9/10

Spotkaj się z nami na Facebooku!