Legendarna wtopa – recenzja „Boby Fetta: Wroga Imperium”

Uwaga! Artykuł został pierwotnie opublikowany we wrześniu 2010 roku, dwa lata przed zmianą Expanded Universe w Legendy

Boba Fett to niewyczerpalne źródło inspiracji, które prędzej przebije żywotnością same Gwiezdne wojny, niż wyschnie. Mamy tego niezliczone dowody nie tylko w Star Wars, które roi się od postaci wzorowanych na najsłynniejszym łowcy nagród w galaktyce (ot, Mandalorianie, by daleko nie szukać), ale też na naszej, bardziej realnej płaszczyźnie, choćby pod postacią tzw. robonauty skonstruowanego przez NASA. Fett to również, czego łatwo się domyślić nawet nie będąc fanem, bohater licznych gwiezdnowojennych opowieści z Expanded Universe: gier, książek i przede wszystkim komiksów, do którego to medium zdaje się najlepiej pasować. A przynajmniej zdawał się pasować, bo czasy, gdy Fett naprawdę był tajemniczym, niezniszczalnym i małomównym facetem, który kiwnięciem palca wykańczał całe zastępy wrogów, minęły bezpowrotnie gdzieś w okolicach premiery Ataku klonów. No, może nie do końca bezpowrotnie, tak się bowiem składa, że z tej „dziewiczej” pre-Jangowej i pre-klonowej epoki pochodzi komiks, który zagrzał sobie miejsce w szóstym numerze wydania specjalnego magazynu Star Wars KomiksBoba Fett: Wróg Imperium. A czy zagrzeje sobie miejsce także w pamięci tudzież sercach fanów Star Wars? Śmiem w to poważnie wątpić.

Poza humorem, nie ma tu czego szukać

Fett nie należy może do najbardziej eksploatowanych postaci w odległej galaktyce, jest jednak bezsprzecznie postacią niezbyt oryginalnie eksploatowaną – zwłaszcza w komiksach. Co rusz dostaje jakieś zlecenie, mimo wielkich trudności wykonuje je i inkasuje swoją należność. Typowy do bólu żywot łowcy nagród, nic w nim ciekawego poza strzelaninami, wybuchami i opryskliwą „zwierzyną łowną”. Pierwszy, duży minus należy się więc Wrogowi Imperium za pójście tą właśnie drogą, po linii najmniejszego oporu. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, przewidywalna i jej jedyną użyteczną rolą jest przygotowanie nas na finałowy pojedynek Dartha Vadera z Bobą Fettem. Sprawę ratuje jedynie to, że cała ta historyjka jest pokazana z mocnym, bardzo mocnym przymrużeniem oka, w sposób pół-kanoniczny i do cna przerysowany. I o ile komuś pasuje typ humoru, z jakim mamy do czynienia we Wrogu Imperium, humor, w którym wiodą prym członkowie starożytnego Zakonu Pesymistów (!), to komiks ten będzie, jak sądzę, w miarę strawny. Dla kogoś innego, liczącego na przysłowiowe „coś więcej” – na przykład mnie – przygody Fetta z tej konkretnej produkcji będą w najlepszym wypadku nudzić, irytować, może miejscami nawet złościć. Tym bardziej, że fabuła wcale nie jest najgorszym z elementów Wroga Imperium. Oj, nie.

Palmę pierwszeństwa bezsprzecznie zdobywają rysunki. Nigdy nie byłem przeciwnikiem eksperymentowania z komiksowymi formami grafiki w Gwiezdnych wojnach (vide Jedi: Yoda, wydany ongiś w regularnej edycji miesięcznika Star Wars Komiks), bywają jednak artyści, którzy po prostu przeginają. W gronie tym znajduje się Ian Gibson, twórca 75% rysunków we Wrogu Imperium, który, być może chcąc trzymać się wspomnianego humorystycznego tonu opowieści, przemienił uniwersum Lucasa w coś, co owo uniwersum stanowczo nie przypomina. Nie licząc Boby Fetta, Vadera i ich charakterystycznego otoczenia (Slave I, niszczyciele gwiezdne, szturmowcy etc.), w komiksie nie znajdziecie niczego – budynku, stroju, czy maszyny – choćby marginalnie pasującego do stylistyki Star Wars. Klimat, niekiedy tak wspaniale budowany sprawną ręką utalentowanego rysownika, leży, kwiczy i domaga się litościwego dobicia. Ale nawet gdyby rozpatrywać kreskę pana Gibsona w oderwaniu od Star Wars – zawsze można sobie poteoretyzować – miałbym olbrzymi kłopot z polubieniem pucułowatych facjat większości bohaterów, wszechobecnej kanciastości, wtórnych pomysłów, nijakich scen walki czy pozostawieniem detali wyobraźni czytelników.


To mogło wyglądać o niebo lepiej

O wiele, wiele lepsze wrażenie sprawia dwadzieścia kilka ostatnich stron, na których swoją koncepcją artystyczną na Gwiezdne wojny podzielił się z fanami John Nadeau. Nie jest to może najwyższych lotów koncepcja – Vader w wersji Nadeau raczej wprawia w śmiech niż strach, przywodząc na myśl grafiki koncepcyjne Rapha McQuarriego sprzed premiery Nowej nadziei – niemniej wyprzedza wątpliwej jakości dokonania Gibsona o całe parseki. I bardzo dobrze, bo to właśnie lepszemu z rysowników przypadło jakże istotne zadanie zaprezentowania „ostatecznego pojedynku”. Tylko żałować, że pan Nadeau nie zobrazował całego Wroga Imperium. Na słowa krytyki moim zdaniem zasługują także koloryści, Perry McNamee i Brian Gregory. Jak w przypadku rysunków, tak i w dziedzinie nakładania barw postawiono na wersję lekko eksperymentalną: ograniczoną paletę mdłych kolorów, z żółcią i zielenią w dominującej roli. Efekt do najtragiczniejszych się nie zalicza, ba, niektóre kadry da się nawet określić mianem ładnych, ale nie chciałbym już nigdy w żadnym komiksie Star Wars go oglądać.

W podsumowaniu tej recenzji zdecydowanie nie powinienem mówić, że pomysł starcia Vadera z Fettem miał potencjał. W końcu to tak, jak powiedzieć, że woda zamarza w temperaturze mniejszej niż zero albo, że słońce to gwiazda – takie rzeczy rozumie się same przez się. Pojedynek mógł mieć miażdżącą otoczkę, stać się komiksową legendą w uniwersum Star Wars, mieć siłę rażenia takich klasyków jak co druga walka w starej serii Tales of the Jedi. Tymczasem uraczono nas koszmarną historyjką, która z założenia miała być chyba humorystyczna, a taką nie jest, oraz paskudne, odpychające rysunki, nieklimatycznie, nijakie kolorystycznie i do bólu niestarwarsowe. Ze wszystkich wydanych dotąd przez Egmont dłuższych opowieści, wliczając wydania specjalne i kolejne tomy cykli w rodzaju Dziedzictwa czy Rycerzy Starej Republiki, Wróg Imperium jest bez wątpienia najgorszą. Jeśli ktokolwiek z Was przymierza się do kupna tego komiksu, czy choćby się nad tym zastanawia – całkowicie odradzam. Ze swoich ciężko (lub nie) zarobionych dziesięciu złotych można zrobić o wiele, wiele lepszy pożytek.

Spotkaj się z nami na Facebooku!