„Phasma” – kontrrecenzja

Przyznam szczerze, że nawet nie zamierzałam sięgać po tę książkę. W końcu po co czytać coś z założenia nieprzeznaczonego dla czytelnika takiego jak ja? Nie przepadam za sequelami, a postać Phasmy to chyba jeden ze standardowych przykładów zabiegów li i tylko marketingowych – w końcu lśniąca figurka ma dużą szansę się dobrze sprzedać, czyż nie? Co więcej, nie jestem fanką opowieści utrzymanych w klimacie post apo… Bez specjalnego żalu zrezygnowałam więc z zapoznania się z tą powieścią…

Kiedy jednak człowiek dłubie w ukochanym świecie, czasami potrzebne mu są dodatkowe informacje. Oczywiście wtedy na myśl przychodzą najrozmaitsze encyklopedie i tak, namiętnie z nich korzystam, ale czasami ewidentnie po lekturze takiego hasła wychodzi na jaw, że jednak warto byłoby tę i tę pozycję jednak przeczytać. Tym razem trafiło na Phasmę. Nie powiem, bym była tym specjalnie zachwycona, zwłaszcza że przecież czytałam recenzje Nadiru i Wixu, zajmujących się tym tytułem na Star Wars Extreme. I wiecie co? I jestem zachwycona!

Jak wspominali moi poprzednicy, narracja jest rozbita na dwie części: jedną na pokładzie niszczyciela gwiezdnego (rozmowy między Vi i Kardynałem) i drugą rozgrywającą się dekadę wcześniej na Parnassosie (przeszłość Phasmy). Przesłuchanie Vi przez Kardynała i perypetie samego odzianego w czerwoną zbroję szturmowca zajmują jednak znacznie mniejszą cześć książki i… chwała bogom! Dawno nie czytałam czegoś tak nudnego, sztampowego i przewidywalnego od pierwszego zdania. Nie rozumiem zachwytów nad wyjątkowością Kardynała i sprytem Vi… Od początku wiedziałam, jak to się skończy, bo trudno nie, zważywszy na fakt, iż akcja książki rozgrywa się przed Przebudzeniem Mocy. Po raz kolejny dostaliśmy także zetknięcie się Dobra i Zła w standardowym wydaniu, zwłaszcza w niektórych pozycjach gwiezdnowojennych. Kardynał wydaje się ciekawy na początku, zwłaszcza kiedy widzimy w nim tego twardego szturmowca, typowy produkt imperialnej czy też nowoporządkowej indoktrynacji. Tak, chciałabym takich bohaterów! Wierzących w coś całym sercem i umiejących o to walczyć… tyle że niestety, sytuacja rozwija się tak, że zamiast tego świetnego żołnierza, dostajemy koniec końców żałosnego naiwniaka, idącego z przysłowiowym „nożem na strzelaninę”. Drażniło mnie też nieziemsko, jak przedstawiona jest Vi Moradi, nietracąca głowy, prowadząca szturmowca jak na smyczy. No na litość dyrektora Krennica! W ostateczności zniosę takie uproszczenia w Rebeliantach, ale Phasma wydaje się być pisana dla starszego czytelnika. Chwalić bogów, że chociaż rozgrywki między starszym a młodszym Huxem są cudownie paskudne i oślizgłe, interesująco uzupełniają byle jak nakreśloną sylwetkę Armitage’a w filmach.


Wszystko to rekompensuje jednak część powieści rozgrywająca się na Parnassosie, czyli to, co przekazuje Vi Kardynałowi. Wspomniałam już, że nie leżą mi specjalnie opowieści post apo, przyznam się nawet, że nie obejrzałam wszystkich Mad Maxów. Jednak wprowadzenie tego typu historii do uniwersum Gwiezdnych wojen okazało się znakomitym pomysłem. Nierzadko już wspominałam, że lubię różnorodność gatunkową nowego kanonu, bo odświeża to zastały w Expanded Universe świat i Phasma jest tego doskonałym przykładem. Dotychczas mieliśmy światy niszczone, przekształcane, kwitnące, vongoformowane, ale chyba jeszcze nigdy nie było szczegółowo opisanego świata wyraźnie umierającego w wyniku katastrofy, którą spowodowali sami jego mieszkańcy. Jako że nie jestem specjalnie obeznana z gatunkiem, poszczególne rozwiązania nie były dla mnie aż tak oczywiste, jak choćby dla Nadiru i choć mogłam się pewnych zwrotów akcji domyślić, bywałam dosyć regularnie zaskakiwana. Poszczególne motywy sprawiały mi naprawdę sporą radochą (Gand!), świetnie czytało mi się również powolne dochodzenie do przyczyny planetarnej katastrofy … Wszystko to opisano bardzo żywym i obrazowym, a jednocześnie bardzo ubogim językiem, bo przecież…

Bo przecież osoba, od której opowieść Vi Moradi zasłyszała, nigdy nie była kształcona, a jej największą wartością stała się walka o przetrwanie. I tak naprawdę to ona jest główną bohaterką tej książki, tylko gdyby zatytułowano ją Siv, nikt raczej by po nią nie sięgnął. Przecież nawet fakty dotyczące Phasmy są filtrowane właśnie przez opowiadającą. Oczywiście, jesteśmy w stanie sobie wszystko ładnie złożyć w całość dzięki Vi, ale Siv przekazuje to, co uznaje za najważniejsze. To JEJ opowieść. Siv jako bohaterka sprawdza się znakomicie, w dodatku jest postacią z krwi i kości, z konkretnymi poglądami i sprecyzowanymi priorytetami. Owszem, w jakiś sposób znamy zakończenie jej historii, skoro słyszymy ją opowiedzianą potem ustami Vi, ale nie przeszkadzało mi to nic a nic, w przeciwieństwie do wydarzeń rozgrywających się dziesięć lat później.

A Phasma? Co z tytułową postacią? No cóż, jest nudna, od początku do końca taka sama – jak wspominał Nadiru: to bohaterka prosta jak konstrukcja cepa. W jej przypadku wyszliśmy od pewnego założenia i wszystko, co na jej temat napisano, było tylko jego potwierdzeniem. Książka jej poświęcona nijak nie wpłynęła na mój odbiór tej postaci, jak była mi obojętna, tak obojętna pozostała. Nie wiem, czy autorka wyszła z takiego założenia, czy „samosię” stało, ale jest to w jakiś sposób zadziwiające, aczkolwiek podkreślające moje wrażenie, że nie Phasma jest bohaterką tej powieści. Chyba że… mamy do czynienia z pozycją, która opowiada o anty-bohaterce, bo tak chyba należałoby ją określić. Wszystko, czego się dopuściła w przeszłości, wszystko, co robi w teraźniejszości, można podporządkować jednemu celowi Phasmy, który realizuje z tak absolutną bezwzględnością, że człowiek zaczyna się zastanawiać, gdzie kończy się chęć przetrwania, a zaczynają cechy psychopaty. Wiecie, takie spojrzenie czyni tę książkę chyba jeszcze ciekawszą. Bo teoretycznie mamy do czynienia z origin story, a w praktyce rzadko jednak spotyka się origin story przedstawione w taki właśnie sposób. Ciekawe…

Jeśli chodzi o polskie wydanie, rzeczywiście nie jest to najlepsza pozycja w starwarsowym dorobku Uroborosa, co już zostało wielokrotnie powiedziane. Odniosę się jednak do jednego z zarzutów Wixu – przekładu. Jest naprawdę dobry, zresztą, trudno, by nie, bo niełatwo o lepszego tłumacza gwiezdnowojennych pozycji niż Anna Hikiert. Wspomniane przez niego przykłady to raczej problem korekty lub redakcji i tak, pod tym względem widać pewne braki (choć to i tak drobiazg w porównaniu z Ostatnim Jedi).

Czy zatem polecam Phasmę? Odpowiedź brzmi: nie wiem. Zapewne nie, jeśli szuka się opowieści dotyczącej li i tylko zakutej w lśniącą zbroję pani kapitan. Jeśli jednak pragnie się interesującej historii osadzonej w bardzo nietypowej dla Gwiezdnych wojen scenerii, jak najbardziej. Mimo mojego pierwotnego nastawienia, muszę powiedzieć, że czytało mi się naprawdę świetnie. To dobra historia, okraszona w dodatku drobnymi nawiązaniami do tych elementów świata, które tak dobrze znamy (zachowanie Vi po schwytaniu czy hełm znaleziony przez Phasmę). Phasma to książka nieoczywista i warto spróbować odczytać ją przez pryzmat swojego postrzegania literatury i Gwiezdnych wojen.

Delilah S. Dawson, Phasma, tłum. Anna Hikiert, wyd. Uroboros, Warszawa 2018.

 

Spotkaj się z nami na Facebooku!