„Battlefront II: Inferno Squad”

Christie Golden nie należy do moich ulubionych autorek Star Wars. Swoją gwiezdnowojenną karierę zaczęła od trzech słabych książek z wyjątkowo wtórnej i nużącej serii Przeznaczenie Jedi. Prawdę mówiąc, byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że napisze jakąkolwiek powieść Star Wars dla nowego kanonu. Koniec końców jednak Mroczny uczeń, bo o nim mowa, okazał się całkiem dobrą pozycją, tym bardziej, że oparto go na scenariuszach do niewyemitowanych odcinków serialu The Clone Wars. Może pani Golden nie jest wirtuozem języka angielskiego (bo momentami pisze tak, że aż zęby bolą), może jej dzieła są nazbyt naiwne i pełne dziur logicznych, ale za to nie brak im duszy i klimatu. A mówię to także w kontekście jej najnowszej powieści, tie-ina do kampanii fabularnej gry sieciowej Battlefront II: Inferno Squad. Innymi słowy – już na starcie mogę Wam powiedzieć, że jest dobrze.

Zanim jednak powiem, dlaczego, odrobina kontekstu. Chociaż pierwszy Battlefront z 2015 roku również doczekał się swojej książki, Kompanii Zmierzch, to jednak ze względu na brak rozgrywki jednoosobowej była to pozycja, która z grą w zasadzie nie miała nic wspólnego. Tym razem jest inaczej. Inferno Squad opowiada o tytułowej drużynie imperialnych sił zbrojnych, którą przyjdzie nam dowodzić jako pani kapitan Iden Versio w kampanii drugiego Battlefronta. Wprawdzie książka opowiada głównie o wydarzeniach tuż po bitwie o Yavin (i w jej trakcie, warto dodać), a gra dzieje się po bitwie o Endor, czyli mamy tu około cztery lata różnicy, tym niemniej powiązanie jest silne i jasne.

Świetne postacie i brak logiki

Inferno Squad jest dobre, bo podobnie jak Thrawn, pokazuje Imperium od wewnątrz w wiarygodny sposób. W odróżnieniu jednak od książki Timothy’ego Zahna, pokazuje je nie z pozycji kogoś, kto jest outsiderem i ma wielkie ambicje, ale kogoś, kto urodził się w uprzywilejowanej rodzinie, ale zarazem jest zwykłym pilotem. No, może nie takim do końca zwykłym, ale jednak wciąż pilotem. Iden Versio to postać jednoznacznie i na wskroś imperialna, mimo (i na przekór) stosunkowo niezdrowej relacji z ojcem, admirałem Imperialnego Biura Bezpieczeństwa. Fascynujące jest spoglądanie w jej myśli, w to, jak widzi galaktykę osoba w pełni lojalna Imperatorowi i jak sobie tłumaczy wykorzystanie Gwiazdy Śmierci. Christie Golden udało się stworzyć sensowny portret psychologiczny tej, ale też i pozostałych imperialnych postaci, które mamy okazję poznać w Inferno Squad.

Inferno Squad jest też dobre, bo błyskotliwie ukazuje drugą stronę konfliktu. Nie chodzi tu jednak o zwykłych Rebeliantów, a grupkę terrorystyczną kontynuującą walkę metodami Sawa Gerrery. Tym samym w książce w zasadzie brakuje tradycyjnie pojmowanych protagonistów – wszyscy na swój sposób są źli, „dobrzy” Imperialni służący złemu Imperium i „źli” bojownicy służący właściwej sprawie. Jednocześnie jednak jesteśmy w stanie się identyfikować (co jest momentami przerażające) i z jednymi, i z drugimi, zrozumieć ich punkt widzenia i to, czemu obrali taką, a nie inną ścieżkę. Tak jak często zdarza mi się zapomnieć, kim są poszczególne drugoplanowe postacie w różnych książkach Star Wars, bo niczym się nie wyróżniają, tak tutaj zapamiętałem i przejmowałem się losem większości z nich. Bohaterowie, czy raczej antybohaterowie są bez dwóch zdań największą siłą Inferno Squad. Dzięki temu kilka wyjątkowo emocjonujących momentów w końcówce powieści potrafi chwycić za serce.

Problem robi się w momencie, gdy zaczynamy się zastanawiać nad sensownością poszczególnych sytuacji i wydarzeń zachodzących w tej książce. Przykro to stwierdzić, ale powieść Christie Golden należy do najmniej logicznych pozycji nowego kanonu, tak wiele elementów zwyczajnie nie trzyma się tu kupy. Choć w skład tytułowej drużyny wchodzi dwójka pilotów, inżynier oraz analityk wywiadu i dysponują oni okrętem wielkości korwety, zostaje im ni stąd, ni zowąd przydzielona misja infiltracji góra dziesięcioosobowej grupki terrorystów, którzy w skali całego rebelianckiego ruchu kompletnie nic nie znaczą. Więcej, odnoszę wrażenie, że terroryści ci nie tylko czynią Rebelii więcej szkody niż pożytku, to na dokładkę metoda, by do nich dołączyć, obrana przez Iden Versio jest de facto katastrofą PR-ową Imperium. Chciałbym Wam opowiedzieć o licznych innych bezsensach Inferno Squad, ale niestety za bardzo bym się zapuścił w spoilerowe regiony recenzji. Ale uwierzcie mi: tak często, jak zachwycałem się postaciami, tak często też łapałem się za głowę z niedowierzania.

To nie jest książka pełna akcji – i dobrze!

Osoby spodziewające się akcji, strzelanin i tego, z czym w zasadzie kojarzy się gra Battlefront II, od razu ostrzegam: to nie jest to. Chociaż twórcy gry jednoznacznie mówią, że Drużyna Inferno jest rodzajem komandosów sił specjalnych, czymś na wzór amerykańskiego Delta Force, w książce tego nie doświadczymy. Osobną kwestią jest tempo Inferno Squad. Spotkałem się z opinią, że powieść zaczyna się mocnym uderzeniem, po czym nadmiernie się dłuży i niestety muszę przyznać temu pewną rację. Autorka nie do końca wyważyła poszczególne sekcje swojego dzieła i zdecydowanie mogłoby ono być krótsze o kilkadziesiąt stron.

Jeśli jednak nie zastanawiamy się nad sensownością pewnych kwestii, jeśli lubimy oglądać (a właściwie czytać) Star Wars z imperialnej perspektywy – jak w Tarkinie czy Thrawnie – i przedkładamy rozwój osobisty postaci nad blasterową młóckę, to Inferno Squad jest dla Was idealne. Możliwe nawet, że zrobi na Was wielkie wrażenie i kompletnie Was oczaruje. Ze mną było naprawdę blisko, bo mimo szczerych chęci, mimo pewnej umowności logiki świata Star Wars, nie potrafię przejść obojętnie obok bezsensownych założeń głównego wątku. Cała reszta składa się jednak na świetną pozycję i kolejną bardzo solidną cegiełkę literackiego nowego kanonu.


Autorka: Christie Golden
Wydawnictwo:
Del Rey
Data premiery: 25 lipca 2017 (USA)
Objętość: 336
Czas akcji: 0 ABY

Spotkaj się z nami na Facebooku!

Share on Facebook16Tweet about this on TwitterPrint this pageEmail this to someone


  • No widzisz, a dla mnie za dużo tych dziur logicznych, planów tak skomplikowanych, że nie mają prawa się powieść, lub wręcz udających się tylko dzięki przypadkowi jednemu na milion, na wierze w który się opierają… Za dużo uproszczeń, brak akcji wojskowych, brak porządnych przeciwników ma skalę galaktyczną, no i zupełnie żenujące i obrażające inteligencję wyjaśnienie „głównej zagadki”… Przez to wszystko w moim odbiorze książki nie ratują te rzeczywiście świetne postacie i dobry początek.

    • Powiem Ci, że jesteś jednym z nielicznych wyjątków – niewielu recenzentów w ogóle zwróciło jakąkolwiek uwagę na te masy nielogiczności, wylewających się z „Inferno Squad”. To samo na Goodreads, ze świecą szukać negatywnej opinii opartej na wypunktowaniu nielogiczności, za to mnóstwo jest takich, że książka jest zła, bo próbuje humanizować złe Imperium i przedstawiać jego żołnierzy realistycznie. Serio? To im przeszkadza? Może to z nami jest jakiś problem, że wszędzie widzimy dziury logiczne 😉 Anyway, jako się rzekło nie przeszkadza mi to aż tak bardzo; może to dlatego, że po TCW i Rebels nieco się na takie rzeczy uodporniłem 😛

      • Skoro takie są recenzje, to dobrze, że TIE Fighter został wydany w latach, gdy nikomu się jeszcze nie śniło o egalitarnym internecie 😉 Szefostwo LFL musiałoby się podać do dymisji, uprzednio popełniwszy wirtualne seppuku na Twitterze :>
        Tymczasem ja spodziewałem się czegoś w podobnych klimatach, i stąd pewnie cześć mojej goryczy… Rebels I spółka to nie moja bajka, ja się wychowałem na sourcebookach WEG, Zahnie, Stackpole’u i Daley’u oraz wspomnianej grze, przez co oczekuję od książek SW pewnego „realizmu” w obszarach techniki, wojskowości oraz rachunku prawdopodobieństwa. Jeżeli już coś ma być naciągane, to powinno się to dziać dzięki Mocy 😉

        • A co do Imperium, to ja mam książkom że stajni Disneya za złe coś zupełnie innego – że starają się wygładzać jego kanty w zupełnie innych miejscach. Moim zdaniem np. nieobecność kobiet w jego szeregach była absolutnie celowa (a nie wynikała z tego, że jest to „produkt epoki”, patrz kadry Rebelii), a teraz próbuje się to „zrekompensować”, do tego dodając głupie tłumaczenia sprowadzające się do tego, że wysoko postawione kobiety akurat w filmach wylądowały przypadkiem poza kadrem.
          Ale cóż, SW to w chwili obecnej wybitnie „produkt swojej epoki”… To disneyowskie SW.